Wtedy była wichura i śniegu po kolana, a teraz przynoszę na butach piasek. Nie wiem, czy był księżyc; dziś mi świeci nad głową. Tyle się zmieniło i tyle pozostało takie same. Cieszyłam się z pierwszego tygodnia i załamywałam ręce nad ilością rzeczy. Najszybciej zaaklimatyzował się wyratowany od dziadków Albert. Najpierw były naleśniki i szampan, nigdy nie jadłam lepszej kolacji. Narzekałam na dojazdy i odmrażałam palce na przystankach. Zaczęły kwitnąć kwiaty skazane na śmierć. Uczyłam się czasu na nowo. Zapominałam i starałam się zapamiętać. Pojawiali się i znikali ludzie, zostawały po nich słowa i migawki chwil w głowie. Było dużo śmiechu i sporo wina. Trochę wyjazdów i powrotów. Góry książek i godziny filmów. Wiele rozmów przy stole. Choroby i wyzdrowienia. Kilka kryzysów. Cisza przed burzą i głośna muzyka. Zapracowana wiosna i leniwe lato. Rozgościł się na dobre i złe Miki. Nad polami fruwały stada wróbli. Na zimę został jeden bocian i jedna czapla. Były sukcesy i porażki. Świętowałam wszystko, co tylko możliwe. Bywały też dni bez sensu. Chandry. Wypiłam hektolitry malinowych herbat. Spadały gwiazdy. Czasem w skupieniu, a czasem beztrosko oswajałam nową rzeczywistość. Uczyłam się. Uczę się.
Hej, roku prostych pytań, rok minął. Jak szybko.
poniedziałek, 8 grudnia 2014
wtorek, 11 listopada 2014
pif paf giń
Kup chłopcu broń, niech ci ją przystawi do skroni, żeby zobaczyć, jak to jest, a ty śmiej się z wycelowanej w siebie lufy i patrz, jak beztrosko pociąga za spust ("pif paf, mama, nie żyjesz!"). To tak z autobusowych obserwacji, z niezrozumienia i niezgody.
Mignęła mi jakaś reklama kolejnej ambitnej gazety dla "kobiet wyznających tradycyjne wartości" czy coś w ten deseń i aż uwierzyć nie mogłam, że naprawdę drzewa muszą umierać za miliony (no sorry, że tak z Mickiewicza jak z grubej narodowej rury, ale tradycja zobowiązuje). Jak głosi reklama, w środku same rewelacje, z artykułem o jakiejś świętej i przepisami na wspaniały sernik włącznie. Kilkudziesięciostronicowe cudo do nabycia w najlepszych kioskach. Ciekawe tylko, czy te "tradycyjne wartości" to szeroko rozumiany bóg pod rękę z honorem i ojczyzną, czy może coś innego - na przykład ideał "baba-to-do-garów" zmiksowany na papkę z kalendarzykiem małżeńskim i niedzielną mszą. Smacznego. Trochę nie wiem, czy się śmiać, czy płakać, ale chyba zawsze lepiej się jednak śmiać.
Znów mnie jutro zaatakują płótna w kolorze śniegu i krwi, o jakże mi tego brakowało, o jakże się cieszę, że to raz na rok. Piękna, wolna, niepodległa, hej (nie, wbrew pozorom to nie o mnie). Więc jutro sielanka i kotyliony, a pojutrze znów się zeżremy w tej naszej nienawiści i małości. Zawsze sobie wtedy słucham Marii (takiej albo takiej), wbrew wszystkiemu i ponad wszystkim. Nic nie poradzę, że tak właśnie myślę, a ona to wyśpiewuje.
Ależ sobie nawrzucałam na Polskę, pójdę do piekła jak nic. Gdybym tylko była kobietą wyznającą tradycyjne wartości, to pewnie bym się bardzo przestraszyła.
Mignęła mi jakaś reklama kolejnej ambitnej gazety dla "kobiet wyznających tradycyjne wartości" czy coś w ten deseń i aż uwierzyć nie mogłam, że naprawdę drzewa muszą umierać za miliony (no sorry, że tak z Mickiewicza jak z grubej narodowej rury, ale tradycja zobowiązuje). Jak głosi reklama, w środku same rewelacje, z artykułem o jakiejś świętej i przepisami na wspaniały sernik włącznie. Kilkudziesięciostronicowe cudo do nabycia w najlepszych kioskach. Ciekawe tylko, czy te "tradycyjne wartości" to szeroko rozumiany bóg pod rękę z honorem i ojczyzną, czy może coś innego - na przykład ideał "baba-to-do-garów" zmiksowany na papkę z kalendarzykiem małżeńskim i niedzielną mszą. Smacznego. Trochę nie wiem, czy się śmiać, czy płakać, ale chyba zawsze lepiej się jednak śmiać.
Znów mnie jutro zaatakują płótna w kolorze śniegu i krwi, o jakże mi tego brakowało, o jakże się cieszę, że to raz na rok. Piękna, wolna, niepodległa, hej (nie, wbrew pozorom to nie o mnie). Więc jutro sielanka i kotyliony, a pojutrze znów się zeżremy w tej naszej nienawiści i małości. Zawsze sobie wtedy słucham Marii (takiej albo takiej), wbrew wszystkiemu i ponad wszystkim. Nic nie poradzę, że tak właśnie myślę, a ona to wyśpiewuje.
Ależ sobie nawrzucałam na Polskę, pójdę do piekła jak nic. Gdybym tylko była kobietą wyznającą tradycyjne wartości, to pewnie bym się bardzo przestraszyła.
poniedziałek, 27 października 2014
pa szto?
Skaży, jak można palubić tak druhoho czaławieka? Czamu? Pa szto?
No właśnie. Takie to historie się przytrafiają, jak człowiek sięga na oślep po pierwszą lepszą książkę na pobliskiej bibliotecznej półce. Do spotkania z Karpowiczem już się długo przymierzałam, a tu taka niespodzianka, Sońka sama wpadła w ręce. Dawno mnie nic tak nie wciągnęło. Dawno tak nie płynęłam razem z melodią słów, fraz, zdań. Dawno tak nie miałam ochoty krzyczeć.
A tak poza tym to trochę nuda wieczna, jak mawiał klasyk. Gwiazdy mi świecą olbrzymie nad głową prawie co wieczór, a ja wciąż nie mogę wyjść z podziwu, że to tak można.
Czas mnie dawno dogonił i mam wrażenie, że już zdążył prześcignąć. Za to ja zdążyć z niczym nie mogę i lekka panika codzienna to stan już od dłuższej chwili permanentny. No cóż, bywa i tak.
Przychodzą do mnie mądre rzeczy i domagają się uwagi. Przyszła dziś ta Sońka, przyszedł wcześniej tekst Stachury, o którym niesłusznie zdążyłam trochę zapomnieć; przychodzi muzyka i przychodzą filmy, przychodzi niezmiennie mądrość pani Jandy Krystyny; czasem delikatnie pukają do drzwi mojego nie-tak-znów-wolnego czasu, a czasem walą pięściami i dzwonią dzwonkiem z całych sił, bylebym tylko usłyszała i otworzyła... No i otwieram, otwieram coraz częściej. A one ratują życie. Poważnie.
Z wiadomości złych - nie da się uniknąć kompromitacji, niezrozumienia, bezsilności. Wiem, sprawdziłam, nie polecam. Nie próbujcie tego w domu. W ogóle lepiej nigdzie tego nie próbujcie.
Z wiadomości dobrych - mój pies coraz częściej ze mną rozmawia, opowiada mi swój dzień albo mnie budzi. Nad ranem dostrzegam tylko z moich niebotycznych wysokości jego karcące spojrzenie z uniesionego łba i słyszę przeciągły, pełen pretensji jęk, który zapewne w jego języku oznacza coś w stylu: "no wstawaj wreszcie!".
No i wstaję. Bo przecież... jak to było? Piąty aviomarin i do przodu.
"Cześć, ściana".
No właśnie. Takie to historie się przytrafiają, jak człowiek sięga na oślep po pierwszą lepszą książkę na pobliskiej bibliotecznej półce. Do spotkania z Karpowiczem już się długo przymierzałam, a tu taka niespodzianka, Sońka sama wpadła w ręce. Dawno mnie nic tak nie wciągnęło. Dawno tak nie płynęłam razem z melodią słów, fraz, zdań. Dawno tak nie miałam ochoty krzyczeć.
A tak poza tym to trochę nuda wieczna, jak mawiał klasyk. Gwiazdy mi świecą olbrzymie nad głową prawie co wieczór, a ja wciąż nie mogę wyjść z podziwu, że to tak można.
Czas mnie dawno dogonił i mam wrażenie, że już zdążył prześcignąć. Za to ja zdążyć z niczym nie mogę i lekka panika codzienna to stan już od dłuższej chwili permanentny. No cóż, bywa i tak.
Przychodzą do mnie mądre rzeczy i domagają się uwagi. Przyszła dziś ta Sońka, przyszedł wcześniej tekst Stachury, o którym niesłusznie zdążyłam trochę zapomnieć; przychodzi muzyka i przychodzą filmy, przychodzi niezmiennie mądrość pani Jandy Krystyny; czasem delikatnie pukają do drzwi mojego nie-tak-znów-wolnego czasu, a czasem walą pięściami i dzwonią dzwonkiem z całych sił, bylebym tylko usłyszała i otworzyła... No i otwieram, otwieram coraz częściej. A one ratują życie. Poważnie.
Z wiadomości złych - nie da się uniknąć kompromitacji, niezrozumienia, bezsilności. Wiem, sprawdziłam, nie polecam. Nie próbujcie tego w domu. W ogóle lepiej nigdzie tego nie próbujcie.
Z wiadomości dobrych - mój pies coraz częściej ze mną rozmawia, opowiada mi swój dzień albo mnie budzi. Nad ranem dostrzegam tylko z moich niebotycznych wysokości jego karcące spojrzenie z uniesionego łba i słyszę przeciągły, pełen pretensji jęk, który zapewne w jego języku oznacza coś w stylu: "no wstawaj wreszcie!".
No i wstaję. Bo przecież... jak to było? Piąty aviomarin i do przodu.
"Cześć, ściana".
piątek, 10 października 2014
co dalej, Jack?
Co dalej? Takie dwa niewinne słowa, osobno jeszcze do strawienia, ale razem to już za cholerę. Klucha w gardle i nie można odpowiedzieć, ba - nie można sobie nawet tego pytania zadać.
Co. Małe, uporczywe co, to z Mianownika. Kto? Ja, no raczej nikt inny. Co? Nie wiem. Właśnie o to chodzi i w tym cała rzecz, że bardzo nie wiem.
Dalej. Powtarzałam sobie to słowo w życiu wiele razy. Szłam dalej, mimo bolących nóg i ciężkiego plecaka. Czytałam dalej, mimo późnej pory i zmęczonych oczu. Mówiłam dalej, mimo drżącego głosu. Pisałam dalej, mimo krytyki i dzięki krytyce. Dalej, dalej, dalej. Toczyłam się w rytmie tego słowa jak wakacyjny pociąg ruszający po przygody. A teraz czuję jak się ode mnie szybko oddala to moje dalej.
Wychodzi na to, że niekompromitowanie się prywatnie nijak się ma do niekompromitowania się zawodowo. Należy wybrać jedną opcję, więc mój podstępny mózg wybrał pierwszą. Ktoś kiedyś powiedział, że nie można mieć wszystkiego. Kto to był i czego nie miał?
Pan Haruki nie dostał Nobla. Może o wielkości pisarza decyduje właśnie to, że jakiejś nagrody nie dostaje, choć jest o włos. Włos się na głowie jeży, jak się pomyśli, komu czasem te nagrody wręczają. To niech już pan Haruki sobie siedzi w tej swojej Japonii i niech już po cichu pisze te swoje fantastyczne książki o takich smutnych ludziach, takich zupełnie jak coraz częściej ja.
A w mojej głowie (i oby też w sercu) zamieszka na dobre Jack, już niebawem - przynajmniej mam taką cichą nadzieję. Na razie jest w fazie wypakowywania rzeczy, ale za czas jakiś chyba się zadomowi i razem będziemy w drodze, a ja pewnie wiele razy walnę głową w ścianę, rzucę wszystko w cholerę by ładnie to potem pozbierać i poskładać, będę bezgłośnie wyć z bezsilności i zdam sobie sprawę z własnej nierozważnej beztroski. Ale to za chwilę, bo na razie "stanę wobec pustki i zawołam cię: Jack!".
Co. Małe, uporczywe co, to z Mianownika. Kto? Ja, no raczej nikt inny. Co? Nie wiem. Właśnie o to chodzi i w tym cała rzecz, że bardzo nie wiem.
Dalej. Powtarzałam sobie to słowo w życiu wiele razy. Szłam dalej, mimo bolących nóg i ciężkiego plecaka. Czytałam dalej, mimo późnej pory i zmęczonych oczu. Mówiłam dalej, mimo drżącego głosu. Pisałam dalej, mimo krytyki i dzięki krytyce. Dalej, dalej, dalej. Toczyłam się w rytmie tego słowa jak wakacyjny pociąg ruszający po przygody. A teraz czuję jak się ode mnie szybko oddala to moje dalej.
Wychodzi na to, że niekompromitowanie się prywatnie nijak się ma do niekompromitowania się zawodowo. Należy wybrać jedną opcję, więc mój podstępny mózg wybrał pierwszą. Ktoś kiedyś powiedział, że nie można mieć wszystkiego. Kto to był i czego nie miał?
Pan Haruki nie dostał Nobla. Może o wielkości pisarza decyduje właśnie to, że jakiejś nagrody nie dostaje, choć jest o włos. Włos się na głowie jeży, jak się pomyśli, komu czasem te nagrody wręczają. To niech już pan Haruki sobie siedzi w tej swojej Japonii i niech już po cichu pisze te swoje fantastyczne książki o takich smutnych ludziach, takich zupełnie jak coraz częściej ja.
A w mojej głowie (i oby też w sercu) zamieszka na dobre Jack, już niebawem - przynajmniej mam taką cichą nadzieję. Na razie jest w fazie wypakowywania rzeczy, ale za czas jakiś chyba się zadomowi i razem będziemy w drodze, a ja pewnie wiele razy walnę głową w ścianę, rzucę wszystko w cholerę by ładnie to potem pozbierać i poskładać, będę bezgłośnie wyć z bezsilności i zdam sobie sprawę z własnej nierozważnej beztroski. Ale to za chwilę, bo na razie "stanę wobec pustki i zawołam cię: Jack!".
środa, 1 października 2014
nie ma takiego miasta
Wiele razy wyjeżdżałam i wracałam, ale dopiero teraz sobie uświadomiłam, jak mi jeszcze daleko, ile jeszcze nie wiem i ile się muszę nauczyć, jak bardzo się różnię. Ale też jak mi niewiele potrzeba, żeby się zakochać.
W Londynie wszyscy chcą bardziej i to widać na każdym kroku. Bardziej żyć, bardziej czuć, bardziej wiedzieć. Taka się czułam malutka wśród tych wielkich, wysokich domów, wśród tego zgiełku miasta i tłumu przechodniów - malutka fizycznie, ale i malutka z moim sposobem myślenia, patrzenia na świat... A mimo to paradoksalnie wszystko mi tam do siebie pasuje, jak wiele różnych puzzli tej samej układanki. Nikt nie ma czasu się zatrzymać tak po prostu, ale nikt też nie ma problemu z pomocą dwóm (chwilami) średniorozgarniętym turystkom. Nowe łączy się ze starym, wiekowe mury z piaskowca niemal stykają się ze szklanymi ścianami. Jest pięknie oznaczona sygnalizacja, ale piesi i tak za nic mają kolory i przechodzą kiedy chcą (a kierowcy, ku naszemu zdumieniu, zdają się wcale nie mieć im tego za złe). Domy idą w górę, choć czasem też i w bok; okna otwierają się w każdą stronę, choć zawsze na zewnątrz; ludzie siedzą w knajpkach, choć jest poniedziałkowe popołudnie i przed nimi jeszcze cały tydzień pracy. Zdumiewające.
Chodziłam po tych obcych mi ulicach i nie wierzyłam, że tam jestem. Te wszystkie miejsca i rzeczy, które znałam z pocztówek czy ze zdjęć znajomych... O, Piccadilly... a tu Trafalgar i Buckingham... i ten pan w tej czapie... i deszcz, no przecież deszcz... tyle śmiesznych taksówek... niemalże ocierające się o siebie autobusy... czerwone budki i policja konna, wynurzający się nagle Ben... Pstrykałam zdjęcia, to teraz mam opowiadania; opowiadam, to teraz mam przypominanie. Takie londyńskie obrazki pewnie będą mi się pojawiać w głowie jeszcze przez długi, długi czas. Biegniemy ulicą na złamanie karku, nie czujemy nóg, zaśmiewamy się w samolocie do łez, pomagają nam przypadkowi ludzie, pijemy kawę, cieszymy się na Baker Street, jedziemy metrem, upychamy prezenty w torbach, próbujemy rozczytać plan...
Kilka godzin to bardzo mało lub bardzo dużo, zależy jak na to spojrzeć. Ten trochę mój Londyn jest przepiękny choć przytłaczający, troszkę deszczowy ale ciepły; nigdy się nie zatrzymuje i wciąga w swój rytm, który o dziwo łatwo złapać nawet komuś tak upośledzonemu muzycznie jak ja.
Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu pomyślałam, że znalazłam miejsce, w którym chciałabym żyć. Że w ogóle chciałabym żyć. Że mogłabym się dostosować do tempa i poczuć je w sobie, a może tylko obudzić, może ono gdzieś we mnie jest - w końcu póki idę, to jest dobrze. Mieszkałabym sobie w maleńkim mieszkanku z maleńkim balkonem i żeliwną bramką, a miasto codziennie pozwalałoby mi odkrywać kolejne paradoksy. Padałabym ze zmęczenia na twarz wieczorem, by rano zacząć wszystko od nowa. Nie mogłabym się nauczyć niczego na pamięć i właśnie to byłoby najpiękniejsze. Tak bym sobie żyła w tym przeogromnym mieście, którego przecież nie ma.
Hey London, I feel I'll be back.
W Londynie wszyscy chcą bardziej i to widać na każdym kroku. Bardziej żyć, bardziej czuć, bardziej wiedzieć. Taka się czułam malutka wśród tych wielkich, wysokich domów, wśród tego zgiełku miasta i tłumu przechodniów - malutka fizycznie, ale i malutka z moim sposobem myślenia, patrzenia na świat... A mimo to paradoksalnie wszystko mi tam do siebie pasuje, jak wiele różnych puzzli tej samej układanki. Nikt nie ma czasu się zatrzymać tak po prostu, ale nikt też nie ma problemu z pomocą dwóm (chwilami) średniorozgarniętym turystkom. Nowe łączy się ze starym, wiekowe mury z piaskowca niemal stykają się ze szklanymi ścianami. Jest pięknie oznaczona sygnalizacja, ale piesi i tak za nic mają kolory i przechodzą kiedy chcą (a kierowcy, ku naszemu zdumieniu, zdają się wcale nie mieć im tego za złe). Domy idą w górę, choć czasem też i w bok; okna otwierają się w każdą stronę, choć zawsze na zewnątrz; ludzie siedzą w knajpkach, choć jest poniedziałkowe popołudnie i przed nimi jeszcze cały tydzień pracy. Zdumiewające.
Chodziłam po tych obcych mi ulicach i nie wierzyłam, że tam jestem. Te wszystkie miejsca i rzeczy, które znałam z pocztówek czy ze zdjęć znajomych... O, Piccadilly... a tu Trafalgar i Buckingham... i ten pan w tej czapie... i deszcz, no przecież deszcz... tyle śmiesznych taksówek... niemalże ocierające się o siebie autobusy... czerwone budki i policja konna, wynurzający się nagle Ben... Pstrykałam zdjęcia, to teraz mam opowiadania; opowiadam, to teraz mam przypominanie. Takie londyńskie obrazki pewnie będą mi się pojawiać w głowie jeszcze przez długi, długi czas. Biegniemy ulicą na złamanie karku, nie czujemy nóg, zaśmiewamy się w samolocie do łez, pomagają nam przypadkowi ludzie, pijemy kawę, cieszymy się na Baker Street, jedziemy metrem, upychamy prezenty w torbach, próbujemy rozczytać plan...
Kilka godzin to bardzo mało lub bardzo dużo, zależy jak na to spojrzeć. Ten trochę mój Londyn jest przepiękny choć przytłaczający, troszkę deszczowy ale ciepły; nigdy się nie zatrzymuje i wciąga w swój rytm, który o dziwo łatwo złapać nawet komuś tak upośledzonemu muzycznie jak ja.
Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu pomyślałam, że znalazłam miejsce, w którym chciałabym żyć. Że w ogóle chciałabym żyć. Że mogłabym się dostosować do tempa i poczuć je w sobie, a może tylko obudzić, może ono gdzieś we mnie jest - w końcu póki idę, to jest dobrze. Mieszkałabym sobie w maleńkim mieszkanku z maleńkim balkonem i żeliwną bramką, a miasto codziennie pozwalałoby mi odkrywać kolejne paradoksy. Padałabym ze zmęczenia na twarz wieczorem, by rano zacząć wszystko od nowa. Nie mogłabym się nauczyć niczego na pamięć i właśnie to byłoby najpiękniejsze. Tak bym sobie żyła w tym przeogromnym mieście, którego przecież nie ma.
Hey London, I feel I'll be back.
niedziela, 28 września 2014
liberte, c'est vrai
Odfruwam, odfruwam naprawdę. Od wolności absolutnej dzieli mnie zaledwie kilka godzin i kilka bramek. Potem już tylko chmury i błękit.
Jak przeżyję (a jeszcze głęboko wierzę, że tak), to wam opowiem jak moje oczy widzą wielkie miasta.
Jak przeżyję (a jeszcze głęboko wierzę, że tak), to wam opowiem jak moje oczy widzą wielkie miasta.
czwartek, 25 września 2014
nielot
Wbijanie się w rytm pracy boli wręcz fizycznie, ale dla dobra ludzkości (a przede wszystkim własnego portfela) należy się poświęcać. W naszym społeczeństwie w ogóle należy się poświęcać, to takie w bardzo dobrym tonie. Tonie mi mózg w oparach absurdu. Wiadomo, że jak się nie poświęcasz, toś nie Polak. Chcę być czasem z Katmandu jak moja chustka.
Na przystankach niespodziewanie spotykam przeszłość. Wraca do mnie echem różnych słów i obrazów, wwierca się do (pod)świadomości i nie pozwala o sobie zapomnieć - tylko nie wiem jeszcze, jak jej wytłumaczyć, że nie chcę jej zbyt wiele w moim życiu. Może lepiej, by się w ogóle nie przypominała.
A w poniedziałek odfruwam naprawdę ("kto mi dał skrzydła i po jaką cholerę?")... Ścisnę funty, zdejmę wszystkie kolczyki, podam kawałek plastiku i odbiję się od ziemi po raz pierwszy w życiu. Potem pewnie będę w nieskończoność wspominać tych parę wyspiarskich godzin, o ile oczywiście uda mi się wydostać z lotniska - ze mną przecież nigdy nic nie wiadomo.
Zazdroszczę ludziom gór. To jest jedna z niewielu rzeczy, których ludziom zazdroszczę. Chociaż właściwie góry nie należą do człowieka, bo góry są swoje własne. Jak koty i bardzo małe dzieci. Więc może powinnam napisać: zazdroszczę ludziom wypraw. Przeżywania, dotykania, smakowania, otarć i skaleczeń, strug deszczu i promieni słońca. Może moje wyprawy jeszcze daleko, daleko przede mną, może prawdą jest, że zdobyte już się nie liczy. Przestaję więc liczyć, z liczeniem zawsze było u mnie na bakier.
Na przystankach niespodziewanie spotykam przeszłość. Wraca do mnie echem różnych słów i obrazów, wwierca się do (pod)świadomości i nie pozwala o sobie zapomnieć - tylko nie wiem jeszcze, jak jej wytłumaczyć, że nie chcę jej zbyt wiele w moim życiu. Może lepiej, by się w ogóle nie przypominała.
A w poniedziałek odfruwam naprawdę ("kto mi dał skrzydła i po jaką cholerę?")... Ścisnę funty, zdejmę wszystkie kolczyki, podam kawałek plastiku i odbiję się od ziemi po raz pierwszy w życiu. Potem pewnie będę w nieskończoność wspominać tych parę wyspiarskich godzin, o ile oczywiście uda mi się wydostać z lotniska - ze mną przecież nigdy nic nie wiadomo.
Zazdroszczę ludziom gór. To jest jedna z niewielu rzeczy, których ludziom zazdroszczę. Chociaż właściwie góry nie należą do człowieka, bo góry są swoje własne. Jak koty i bardzo małe dzieci. Więc może powinnam napisać: zazdroszczę ludziom wypraw. Przeżywania, dotykania, smakowania, otarć i skaleczeń, strug deszczu i promieni słońca. Może moje wyprawy jeszcze daleko, daleko przede mną, może prawdą jest, że zdobyte już się nie liczy. Przestaję więc liczyć, z liczeniem zawsze było u mnie na bakier.
niedziela, 21 września 2014
złotorudo
Dziś już nie jestem w nastroju nieprzysiadalnym, absolutnie nie. Czuję, że mogłabym nawet polubić tę ciemnowłosą dziewczynę patrzącą na mnie z lustra.
A w ogóle jesteśmy złoci i mimo mojego szczątkowego patriotyzmu były ciary, jak słuchałam mazurka, no były. Może gdybyśmy umieli częściej się czymś chwalić, to bylibyśmy całkiem fajnym narodem.
Może gdybym umiała częściej się czymś chwalić, to byłabym całkiem fajnym człowiekiem.
A w ogóle jesteśmy złoci i mimo mojego szczątkowego patriotyzmu były ciary, jak słuchałam mazurka, no były. Może gdybyśmy umieli częściej się czymś chwalić, to bylibyśmy całkiem fajnym narodem.
Może gdybym umiała częściej się czymś chwalić, to byłabym całkiem fajnym człowiekiem.
sobota, 20 września 2014
piątka w piątek
Takie myśli nieuprasowane z dziś:
- jadę autobusem, podziwiam miasto wieczorową porą i nagle zauważam, że światła w oknach jednego z bloków układają się w idealny znak zapytania z kropką przesuniętą lekko w prawo... hej miasto, o co chcesz mnie zapytać?
- "we keep glorifying our losts" - i dlaczego znów takie jedno małe, niepoważne zdanie wypowiedziane przez taką jedną małą, niepoważną osobę nie pozwala mi o sobie zapomnieć?
- strach potrafi tak niesamowicie obezwładnić, że nie da się tego nawet opisać; dzisiejszy widziany przeze mnie strach był właśnie taką siłą - a może jednak totalną bezsilnością...
- można mieć zawał, nawet o tym nie wiedząc; można umrzeć myśląc, że to przemęczenie; jutro może mnie przejechać ciężarówka... i przez to głupie "może" z najgłupszą na świecie kropeczką nad "z" wciąż o tym zapominam - o tym, żeby ŻYĆ, żyć z najpoważniejszą na świecie kropką nad "z" i kreską nad "c".
- kłócące się w autobusach pary brzmią tak absurdalnie, że Mrożek by się nie powstydził; w ogóle absurd mnie otacza coraz gęstszy, coraz bardziej nieprzenikniony, coraz bardziej uporczywy, próbuje się wedrzeć przez oczy i uszy, a zwłaszcza przez uszy - o nie, absurdzie, poczekaj do października, wtedy będziesz mógł we mnie hulać do woli.
czwartek, 18 września 2014
zdychać w obcej sprawie
Chyba już coś ze mną nie bardzo, skoro przeglądając internety zamiast "narzutka bez zapinania" czytam "sztuka zapominania"... Nawet nie wiem, czym to wytłumaczyć, więc pominę ten fakt złotym milczeniem.
Tylu rzeczy wcześniej nie zauważałam, że to się w głowie nie mieści. Chmary wróbli nad łąką, chmary dokładnie takiej samej i jakże konsekwentnej, każdego dnia powtarzającej swój lot. Tej samej matki z tym samym dzieckiem huśtających się na tej samej huśtawce o tej samej porze. Linii horyzontu daleko za polem, codziennie tej samej i codziennie innej. Powtarzalność sama w sobie pewnie nie jest zła, ale cieszę się, że niedługo koniec tej mojej powtarzalności, bo mogłabym zwariować. Mnie się wszystko szybko nudzi i chyba z tym powinnam trochę powalczyć - chociaż z drugiej strony, jak tu walczyć z wiatrakami.
Męczą mnie już uniwersyteckie absurdy i niekończące się rozczarowania, no bo ileż można, ileż można gadać, próbować, naginać się, dostosowywać... "Takie słodkie słowo: nieprzystosowana". Dlaczego Agnieszka napisała te słowa tak dawno temu, a do mnie one wciąż pasują jak ulał? Dlaczego nienawidzę bycia "stąd-dotąd", wciskania się w sztywne kołnierzyki białych bluzek i dlaczego też nie mogłabym być nigdy motorniczą, bo sobie nie można bezkarnie skręcić?
W ogóle oglądam ostatnio zbyt dużo przerażających filmów o przerażających życiach, przerażających o tyle mocno, że sobie uświadamiam, jak mi niedaleko do niektórych bohaterów. Może im więcej się naoglądam, tym bardziej taka nie będę. A może właśnie będę. Zresztą - jakie to ma znaczenie, skoro z rosnącą obawą i coraz większymi oczami czytam o tym, co u naszych wschodnich sąsiadów, a u nich nie bardzo. Wciąż mi gra w głowie Gruppa Wschód (a tego, co gra najczęściej, możecie sobie posłuchać tu ), może to i dobrze. W końcu co tu robić w tych ostatkach wolności.
Tylu rzeczy wcześniej nie zauważałam, że to się w głowie nie mieści. Chmary wróbli nad łąką, chmary dokładnie takiej samej i jakże konsekwentnej, każdego dnia powtarzającej swój lot. Tej samej matki z tym samym dzieckiem huśtających się na tej samej huśtawce o tej samej porze. Linii horyzontu daleko za polem, codziennie tej samej i codziennie innej. Powtarzalność sama w sobie pewnie nie jest zła, ale cieszę się, że niedługo koniec tej mojej powtarzalności, bo mogłabym zwariować. Mnie się wszystko szybko nudzi i chyba z tym powinnam trochę powalczyć - chociaż z drugiej strony, jak tu walczyć z wiatrakami.
Męczą mnie już uniwersyteckie absurdy i niekończące się rozczarowania, no bo ileż można, ileż można gadać, próbować, naginać się, dostosowywać... "Takie słodkie słowo: nieprzystosowana". Dlaczego Agnieszka napisała te słowa tak dawno temu, a do mnie one wciąż pasują jak ulał? Dlaczego nienawidzę bycia "stąd-dotąd", wciskania się w sztywne kołnierzyki białych bluzek i dlaczego też nie mogłabym być nigdy motorniczą, bo sobie nie można bezkarnie skręcić?
W ogóle oglądam ostatnio zbyt dużo przerażających filmów o przerażających życiach, przerażających o tyle mocno, że sobie uświadamiam, jak mi niedaleko do niektórych bohaterów. Może im więcej się naoglądam, tym bardziej taka nie będę. A może właśnie będę. Zresztą - jakie to ma znaczenie, skoro z rosnącą obawą i coraz większymi oczami czytam o tym, co u naszych wschodnich sąsiadów, a u nich nie bardzo. Wciąż mi gra w głowie Gruppa Wschód (a tego, co gra najczęściej, możecie sobie posłuchać tu ), może to i dobrze. W końcu co tu robić w tych ostatkach wolności.
poniedziałek, 15 września 2014
zmiennocieplnie
Sama bym tak mogła sobie na szyję założyć żelazny sznureczek kolców kłujących za każdym razem, gdy robiłabym jakąś głupotę. Może wreszcie by pomogło, może wreszcie bym się czegoś nauczyła. Żeby nie przebiegać na czerwonym, mniej się denerwować, czasem odpuścić, nie analizować wszystkiego po pięćset razy. W sumie to chyba te kolce powinnam sobie opleść wokół mózgu.
Znów mnie nachodzą niepokojące myśli o jeszcze bardziej niepokojącej przyszłości i już sama nie wiem, czy w niemyśleniu bardziej jednak pomaga wódka czy piwo. Bo jakbym miała zostać chirurgiem naczyniowym, to bym chociaż miała przekonanie, że ratuję życia - a tak to jakie ja mogę mieć przekonanie, że ratuję angielski oryginał od potencjalnego polskiego tłumaczeniowego analfabetyzmu? Średnio pocieszające. Chociaż na chirurga to bym się nie nadawała, podejrzewam że moje ciało na sali operacyjnej zaliczałoby bliski kontakt z podłogą dużo częściej, niż można by to uznać za dopuszczalne.
Dziwne księżyce ostatnio świecą na moim niebie ("Księżyc nie świeci, tylko odbija światło"). Jak zwał tak zwał, księżyce w wierszach i moje księżyce zawsze świecą jak lampki na bożonarodzeniowej choince. To mi przypomniało, że zima idzie wielkimi krokami, a przed zimą jeszcze jesień, i sama już nie wiem, co gorsze. Jak ostatnio wracałam wieczorem do domu, to wszyscy z niedowierzaniem i politowaniem patrzyli na krótkie rękawki mojej bluzki, jakby zapomnieli, że w kalendarzu (i, o dziwo, w powietrzu) jeszcze kilka dni lata. A mnie jak zwykle zbyt ciepło, zmiennocieplnie. Dziś taki dialog z mamą:
mama: O, tak ciepło jak jest teraz. To tak by mogło być przez cały rok.
ja: Ale tak nie jest.
mama: No nie jest.
ja: Bo to Polska.
Coś krucho z moim patriotyzmem, a w sumie... przecież jego nigdy nie było dużo, raczej śladowe ilości, jak orzechów czy jaj w praktycznie czymkolwiek do jedzenia. Człowiek je i czyta, i się dziwi, że to niby ma być, a nie ma, bo nie czuć, więc je dalej.
A to Polska właśnie.
Znów mnie nachodzą niepokojące myśli o jeszcze bardziej niepokojącej przyszłości i już sama nie wiem, czy w niemyśleniu bardziej jednak pomaga wódka czy piwo. Bo jakbym miała zostać chirurgiem naczyniowym, to bym chociaż miała przekonanie, że ratuję życia - a tak to jakie ja mogę mieć przekonanie, że ratuję angielski oryginał od potencjalnego polskiego tłumaczeniowego analfabetyzmu? Średnio pocieszające. Chociaż na chirurga to bym się nie nadawała, podejrzewam że moje ciało na sali operacyjnej zaliczałoby bliski kontakt z podłogą dużo częściej, niż można by to uznać za dopuszczalne.
Dziwne księżyce ostatnio świecą na moim niebie ("Księżyc nie świeci, tylko odbija światło"). Jak zwał tak zwał, księżyce w wierszach i moje księżyce zawsze świecą jak lampki na bożonarodzeniowej choince. To mi przypomniało, że zima idzie wielkimi krokami, a przed zimą jeszcze jesień, i sama już nie wiem, co gorsze. Jak ostatnio wracałam wieczorem do domu, to wszyscy z niedowierzaniem i politowaniem patrzyli na krótkie rękawki mojej bluzki, jakby zapomnieli, że w kalendarzu (i, o dziwo, w powietrzu) jeszcze kilka dni lata. A mnie jak zwykle zbyt ciepło, zmiennocieplnie. Dziś taki dialog z mamą:
mama: O, tak ciepło jak jest teraz. To tak by mogło być przez cały rok.
ja: Ale tak nie jest.
mama: No nie jest.
ja: Bo to Polska.
Coś krucho z moim patriotyzmem, a w sumie... przecież jego nigdy nie było dużo, raczej śladowe ilości, jak orzechów czy jaj w praktycznie czymkolwiek do jedzenia. Człowiek je i czyta, i się dziwi, że to niby ma być, a nie ma, bo nie czuć, więc je dalej.
A to Polska właśnie.
piątek, 1 sierpnia 2014
czy to serce pękło?
Syreny dziś zawyły jak co roku, a mnie co roku niezmiennie zadziwia bezmyślność i ignorancja wszystkich wokół. Zadziwia tym bardziej, że (prawie) wszyscy mają telewizory, a w tych (prawie) wszystkich telewizorach o powstaniu rypią od dłuższego czasu niemalże nieustannie. I nie umiem zaakceptować tłumaczenia (ja, prawie-specjalistka od tłumaczeń!), że "ale to nie Warszawa". Ale syreny wyją. Ale siedemdziesiąt lat temu oni też specjalnie nie mieli wyboru, jak im w deszczu krzyknęli, że powstanie. Ale minuta cię nie zbawi, nawet jeśli już jesteś spóźniony, co jest i tak prawdopodobnie wynikiem twojego lekceważącego stosunku do czasu innych ludzi. Ale skoro i tak jesteś na tej pieprzonej ulicy i upominasz tego pieprzonego bachora, i wleczecie się w jakimś pieprzonym tłumie, to równie dobrze możesz na chwilę się zatrzymać. Bo skoro nikt inny tego nie robi, to nie znaczy, że ty nie możesz.
Jak zatrzymałyśmy się z Anią, to spokojnym, spacerowym krokiem podeszła do nas kobieta i zaczęła wypytywać, jak najlepiej trafić na pewną ulicę. Żadne: "przepraszam, dlaczego syreny wyją?" albo: "przepraszam, dlaczego panie stoją?". Po prostu, zwyczajne, niewinne: "przepraszam, jak dojść na...". Spojrzałam na nią i w jednej sekundzie doszło do mnie z całą mocą, że mam ochotę poważnie ją uszkodzić, bo moja tolerancja spadła do minus trzydziestu. No i co mam zrobić? Co mam zrobić, gdy w głowie mi przelatują obrazki Warszawy i gdy sobie myślę, jak tam wszystko zamarło, i dziś, i pewnie siedemdziesiąt lat temu, i gdy myślę o tych dziewczynach i chłopakach w moich wieku, którzy tam mogli zginąć w każdej sekundzie, ale tego dnia może jakaś cząstka nich się ucieszyła, że utopijna wolność może być rzeczywistością? Co mogę zrobić? Wiem, czego nie mogę. Nie mogę się ruszyć, bo nogi nie posłuchają, nie pozwoli im serce i rozum - sama nie wiem, które bardziej. Więc stoję jak słup, mam to wszystko w głowie, słyszę ten ryk i słyszę też swój własny głos, który rzeczowo wyjaśnia, jak się poruszać po mieście, i sama nie wierzę, że słyszę te dwa dźwięki na raz, te przeraźliwe syreny i ten ton, tę barwę, które gdzieś w moim gardle mieszkają, te słowa, które układają się w spójne zdanie: "musi pani iść...". Za dobrze mnie wychowali. Znów zwalam na to całą winę, cały mój brak charakteru.
Nigdy się nie uważałam za patriotkę. Nie zawsze stoję, gdy grają hymn, który notabene raczej mnie nie wzrusza. Nie uważam, aby pan Kupisz projektując swoje koszulki z orzełkiem zrobił rzecz straszną i karygodną. Ale gdy patrzę na Warszawę, która autentycznie zamiera, to przechodzą mnie ciary. I gdy myślę o moich dziadkach, którzy mieli wtedy zaledwie po kilka lat, i "gdyby tylko", to coś mnie ściska. I gdy po raz pierwszy słuchałam "Powstania Warszawskiego" Lao Che, to uświadomiłam sobie, że to lepsze niż niejedna lekcja historii. W takich momentach mam wrażenie, że nie mogłabym być kimkolwiek innym, że to moje "polska", gdy pytają o narodowość, jest jak najbardziej na miejscu...
Cóż poradzić. Idiotom nie przetłumaczę, a marzenia o wygranej z ignorancją porzuciłam w wieku lat mniej więcej dwunastu. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie można żyć przeszłością. Ale dzięki przeszłości mamy teraźniejszość, więc całkowite o niej zapomnienie nie jest chyba najmądrzejszym pomysłem. A i tak przecież wyjdzie na to, że się mądrzę. Jak zwykle.
Więc ja nadal się będę zatrzymywać "po prostu o piątej" w pierwszy dzień sierpnia, a wy lećcie na złamanie karku, a co wam tam.
Jak zatrzymałyśmy się z Anią, to spokojnym, spacerowym krokiem podeszła do nas kobieta i zaczęła wypytywać, jak najlepiej trafić na pewną ulicę. Żadne: "przepraszam, dlaczego syreny wyją?" albo: "przepraszam, dlaczego panie stoją?". Po prostu, zwyczajne, niewinne: "przepraszam, jak dojść na...". Spojrzałam na nią i w jednej sekundzie doszło do mnie z całą mocą, że mam ochotę poważnie ją uszkodzić, bo moja tolerancja spadła do minus trzydziestu. No i co mam zrobić? Co mam zrobić, gdy w głowie mi przelatują obrazki Warszawy i gdy sobie myślę, jak tam wszystko zamarło, i dziś, i pewnie siedemdziesiąt lat temu, i gdy myślę o tych dziewczynach i chłopakach w moich wieku, którzy tam mogli zginąć w każdej sekundzie, ale tego dnia może jakaś cząstka nich się ucieszyła, że utopijna wolność może być rzeczywistością? Co mogę zrobić? Wiem, czego nie mogę. Nie mogę się ruszyć, bo nogi nie posłuchają, nie pozwoli im serce i rozum - sama nie wiem, które bardziej. Więc stoję jak słup, mam to wszystko w głowie, słyszę ten ryk i słyszę też swój własny głos, który rzeczowo wyjaśnia, jak się poruszać po mieście, i sama nie wierzę, że słyszę te dwa dźwięki na raz, te przeraźliwe syreny i ten ton, tę barwę, które gdzieś w moim gardle mieszkają, te słowa, które układają się w spójne zdanie: "musi pani iść...". Za dobrze mnie wychowali. Znów zwalam na to całą winę, cały mój brak charakteru.
Nigdy się nie uważałam za patriotkę. Nie zawsze stoję, gdy grają hymn, który notabene raczej mnie nie wzrusza. Nie uważam, aby pan Kupisz projektując swoje koszulki z orzełkiem zrobił rzecz straszną i karygodną. Ale gdy patrzę na Warszawę, która autentycznie zamiera, to przechodzą mnie ciary. I gdy myślę o moich dziadkach, którzy mieli wtedy zaledwie po kilka lat, i "gdyby tylko", to coś mnie ściska. I gdy po raz pierwszy słuchałam "Powstania Warszawskiego" Lao Che, to uświadomiłam sobie, że to lepsze niż niejedna lekcja historii. W takich momentach mam wrażenie, że nie mogłabym być kimkolwiek innym, że to moje "polska", gdy pytają o narodowość, jest jak najbardziej na miejscu...
Cóż poradzić. Idiotom nie przetłumaczę, a marzenia o wygranej z ignorancją porzuciłam w wieku lat mniej więcej dwunastu. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie można żyć przeszłością. Ale dzięki przeszłości mamy teraźniejszość, więc całkowite o niej zapomnienie nie jest chyba najmądrzejszym pomysłem. A i tak przecież wyjdzie na to, że się mądrzę. Jak zwykle.
Więc ja nadal się będę zatrzymywać "po prostu o piątej" w pierwszy dzień sierpnia, a wy lećcie na złamanie karku, a co wam tam.
środa, 30 lipca 2014
tak o.
O tutejszych zachodach słońca mogłabym napisać książkę, gdybym tylko miała dość silnej woli, aby usiąść i faktycznie to zrobić. Mogłabym też ostatecznie zabierać ze sobą aparat, a potem nieskończenie obrabiać coraz ciemniejsze niebo. Ale co poradzić, skoro silnej woli wystarcza mi w ostatnich dniach na niewiele ponad mycie zębów (dla niektórych to i tak już przecież sporo).
Ilekroć jestem na starych ulicach, zawsze jakiś uporczywy głosik mi powtarza: "nietwojenietwojenietwoje". Nie moje. Już nie moje. A telefony dzwonią tylko w dniach (no przecież!) najważniejszych, bo oczywistym jest, że nie mogę żyć bez życzeń. Ja też mam życzenia, jednym z nich jest to, by telefon nie dzwonił, co bym miała jasną sytuację nienawiściowo-gardzącą. A tak to nie.
No i tak o.
Domyślam się skąd M. ma imię prawie tak samo jak domyślam się, kim (czym?) M. naprawdę jest. I tylu rzeczy się dowiaduję, że miewam kłopoty z przetworzeniem nadmiaru informacji. Ostatnio taka ciekawostka, że ludzki smutek ma zapach. Nie kolor, nie kształt, nie dźwięk, ale zapach właśnie. Ja dziś pachnę ciszą przed burzą.
"A może by tak uciec? / Wyjechać i nie wrócić...". Wykopałam te słowa z dna pamięci, tak do mnie wróciła pani Miśkiewicz, gdy przypomniałam sobie dawno już niekultywowaną tradycję przesiadywania na dworcu i obserwowania ludzi. Ania mówi, że jej brakuje przyjazdu. Czy ja wiem... Mnie tam zawsze bardziej fascynował odjazd.
Takie tam, ze składowiska wspomnień:
M <inny M. niż M. obecny, bo M. obecny przecież nie mówi>: Mnie się wydawało, że ty masz apatię.
ja: Apatię?!
M: No tak. Weź na to spójrz. Siedziałaś zawsze z boku, rzadko się uśmiechałaś, nawet nie chciałaś ganiać z innymi dzieciakami.
ja: ...
M: Nie brzmi logicznie?
ja: A nie przyszło ci do głowy, że może już wtedy uznawałam bieganie wokół stołu za zajęcie z pewnością zajmujące i rozwijające, ale nie dla mnie?
M: ...
ja: ...
M: Nie przyszło, ale brzmi sensownie.
Ilekroć jestem na starych ulicach, zawsze jakiś uporczywy głosik mi powtarza: "nietwojenietwojenietwoje". Nie moje. Już nie moje. A telefony dzwonią tylko w dniach (no przecież!) najważniejszych, bo oczywistym jest, że nie mogę żyć bez życzeń. Ja też mam życzenia, jednym z nich jest to, by telefon nie dzwonił, co bym miała jasną sytuację nienawiściowo-gardzącą. A tak to nie.
No i tak o.
Domyślam się skąd M. ma imię prawie tak samo jak domyślam się, kim (czym?) M. naprawdę jest. I tylu rzeczy się dowiaduję, że miewam kłopoty z przetworzeniem nadmiaru informacji. Ostatnio taka ciekawostka, że ludzki smutek ma zapach. Nie kolor, nie kształt, nie dźwięk, ale zapach właśnie. Ja dziś pachnę ciszą przed burzą.
"A może by tak uciec? / Wyjechać i nie wrócić...". Wykopałam te słowa z dna pamięci, tak do mnie wróciła pani Miśkiewicz, gdy przypomniałam sobie dawno już niekultywowaną tradycję przesiadywania na dworcu i obserwowania ludzi. Ania mówi, że jej brakuje przyjazdu. Czy ja wiem... Mnie tam zawsze bardziej fascynował odjazd.
Takie tam, ze składowiska wspomnień:
M <inny M. niż M. obecny, bo M. obecny przecież nie mówi>: Mnie się wydawało, że ty masz apatię.
ja: Apatię?!
M: No tak. Weź na to spójrz. Siedziałaś zawsze z boku, rzadko się uśmiechałaś, nawet nie chciałaś ganiać z innymi dzieciakami.
ja: ...
M: Nie brzmi logicznie?
ja: A nie przyszło ci do głowy, że może już wtedy uznawałam bieganie wokół stołu za zajęcie z pewnością zajmujące i rozwijające, ale nie dla mnie?
M: ...
ja: ...
M: Nie przyszło, ale brzmi sensownie.
piątek, 4 lipca 2014
allez
Dobrze spakować plecak po raz milion pięćdziesiąty ósmy (czy coś koło tego). Dobrze pozapinać dokładnie wszystkie klamry, posprawdzać kieszenie i wrzucić w pośpiechu wszystkie zapomniane rzeczy. Dobrze, że wciąż jest "kolejna droga, kolejna przygoda", jak to kiedyś pisała Kinga (i jak ja jej kiedyś tych dalekich dróg i jeszcze dalszych przygód zazdrościłam!).
A jutro dla mnie kolejna droga i kolejna ucieczka od nadmorskiej rzeczywistości. Od czasu do czasu przewietrzenie i zresetowanie mózgu bardzo się przydaje.
No to allez en route, une fois encore.
A jutro dla mnie kolejna droga i kolejna ucieczka od nadmorskiej rzeczywistości. Od czasu do czasu przewietrzenie i zresetowanie mózgu bardzo się przydaje.
No to allez en route, une fois encore.
środa, 25 czerwca 2014
manos al aire
Zdjęcia. Zdjęcia, zdjęcia, zdjęęęęciaaaa. Mnożą mi się na komputerze jak zera na kontach miliarderów, te stare nie pozwalają zapomnieć, a nowe nie pozwalają sobie przypomnieć... no właśnie, o czym?
Zamknięcie powiek jest czasem jak naciśnięcie spustu migawki, klik, obraz zachowany, zatrzymany na wieki wieków amen, jak mawiają na sumie. Moja fotograficzna pamięć przygotowuje sobie coś na kształt kliszy gotowej do wywołania (a kto dziś pamięta klisze, a kto by to wywoływał?).
Pamiętam pierwszy aparat, taki na klisze właśnie, i pierwszą radość pierwszego samodzielnego strzelania. Biegałam po Wilnie jak kot z pęcherzem, ja, ten dzieciak w zbyt dużej bluzie, i pstrykałam, co popadło. Wywołane zdjęcia rozmyły marzenia o wielkiej światowej karierze, górze pieniędzy i rzeszach fanów, bo też trudno liczyć na fanów, jak z panoramy miasta zostają ledwo dachy domów, a reszta to niebo, niebo, niebo, i tak aż do skraju fotografii 10x15.
Drugi aparat to już nie byle co, cyfrówka siostry, którą podkradałam jak nikt nie patrzył - i wtedy to dopiero było, zgrywanie polskiej Leibovitz na starówce albo łażenie po dziwnych miejscach "bo tak". Annie jest tylko jedna, to wiem dzisiaj, tego nie wiedziałam wtedy.
A, przecież! Był jeszcze aparat dziadka, którego nigdy nie poznałam - a do niego dołączona odręcznie (wiecznym piórem!) spisana instrukcja, co, kiedy i gdzie, w jakim świetle, pod jakim kątem... Mam wszelkie podstawy, by twierdzić, że ostatecznie zniszczyłam ten aparat, klikając z zapamiętaniem na wszystkie strony świata, schowawszy oczywiście dziadkową instrukcję gdzieś głęboko, gdzie wzrok nie sięgał. No cóż. U mnie nigdy nie było ofiar w ludziach, co najwyżej ofiary w aparatach.
Teraz za to jest aparat osiemnastkowy, nieprofesjonalny, ale mój i tylko mój, i jest reakcja obronna za każdym razem, gdy ktoś mi mówi co mam fotografować i jak. Są też moje zdjęcia, walają się to tu, to tam, bez celu i przyczyn - zdjęcia nieidealne, często bezsensowne, ale w danym momencie najważniejsze na świecie. Migawki chwil, które nie mają prawa się powtórzyć - mała Ania; całujący się dziadkowie; zimowy krakowski poranek; szare góry; kołobrzeski prawie sztorm (ach nie, bo go nie było!); puste półki bez książek; otwierany szampan; francuska trawa; psychodeliczny taniec...
Złapałam się kiedyś na żalu za niezłapanymi chwilami. Ale teraz sobie coraz częściej uświadamiam, że chwile nie są po to, żeby je łapać i brutalnie przyszpilać do rodzinnego albumu. Chwile muszą swobodnie fruwać i mijać, inaczej przecież tracą cały swój chwilowy charakter.
Zamknięcie powiek jest czasem jak naciśnięcie spustu migawki, klik, obraz zachowany, zatrzymany na wieki wieków amen, jak mawiają na sumie. Moja fotograficzna pamięć przygotowuje sobie coś na kształt kliszy gotowej do wywołania (a kto dziś pamięta klisze, a kto by to wywoływał?).
Pamiętam pierwszy aparat, taki na klisze właśnie, i pierwszą radość pierwszego samodzielnego strzelania. Biegałam po Wilnie jak kot z pęcherzem, ja, ten dzieciak w zbyt dużej bluzie, i pstrykałam, co popadło. Wywołane zdjęcia rozmyły marzenia o wielkiej światowej karierze, górze pieniędzy i rzeszach fanów, bo też trudno liczyć na fanów, jak z panoramy miasta zostają ledwo dachy domów, a reszta to niebo, niebo, niebo, i tak aż do skraju fotografii 10x15.
Drugi aparat to już nie byle co, cyfrówka siostry, którą podkradałam jak nikt nie patrzył - i wtedy to dopiero było, zgrywanie polskiej Leibovitz na starówce albo łażenie po dziwnych miejscach "bo tak". Annie jest tylko jedna, to wiem dzisiaj, tego nie wiedziałam wtedy.
A, przecież! Był jeszcze aparat dziadka, którego nigdy nie poznałam - a do niego dołączona odręcznie (wiecznym piórem!) spisana instrukcja, co, kiedy i gdzie, w jakim świetle, pod jakim kątem... Mam wszelkie podstawy, by twierdzić, że ostatecznie zniszczyłam ten aparat, klikając z zapamiętaniem na wszystkie strony świata, schowawszy oczywiście dziadkową instrukcję gdzieś głęboko, gdzie wzrok nie sięgał. No cóż. U mnie nigdy nie było ofiar w ludziach, co najwyżej ofiary w aparatach.
Teraz za to jest aparat osiemnastkowy, nieprofesjonalny, ale mój i tylko mój, i jest reakcja obronna za każdym razem, gdy ktoś mi mówi co mam fotografować i jak. Są też moje zdjęcia, walają się to tu, to tam, bez celu i przyczyn - zdjęcia nieidealne, często bezsensowne, ale w danym momencie najważniejsze na świecie. Migawki chwil, które nie mają prawa się powtórzyć - mała Ania; całujący się dziadkowie; zimowy krakowski poranek; szare góry; kołobrzeski prawie sztorm (ach nie, bo go nie było!); puste półki bez książek; otwierany szampan; francuska trawa; psychodeliczny taniec...
Złapałam się kiedyś na żalu za niezłapanymi chwilami. Ale teraz sobie coraz częściej uświadamiam, że chwile nie są po to, żeby je łapać i brutalnie przyszpilać do rodzinnego albumu. Chwile muszą swobodnie fruwać i mijać, inaczej przecież tracą cały swój chwilowy charakter.
niedziela, 22 czerwca 2014
kangur z Australii
Skarbeniek mi się nie rozbił i wrócił z przecudowną angielską czekoladą (po to, żebym rosła duża i okrąglutka, nie mam co do tego wątpliwości). Pusto i dziwnie jakoś było przez te cztery dni, aż chyba wszystkie się zdziwiłyśmy, że tak nam tych wieczorów brakuje. Dobrze, że już jest, bo działa leczniczo i kojąco, lepiej niż każdy antydepresant świata.
Bardzo dziwnie się z kimś spotkać po sześciu miesiącach - sześć miesięcy to jednak szmat czasu, można by na przykład zorganizować podróż do Australii i razem z Aborygenami gapić się na kangury. Ale jeszcze dziwniej, gdy ktoś po tych sześciu miesiącach nie ma nic do powiedzenia. Gdyby mi się udało do tej Australii pojechać, i gdyby ten ktoś był mi bliższy niż był w rzeczywistości przez całe życie, to pewnie opowiadałabym mu o widzianych kangurach i podsłuchanych aborygeńskich legendach.
Ale nie byłam w Australii. A ten ktoś nigdy nie był mi bardziej obcy.
W takich momentach szał mnie ogarnia - jaka szkoda, że nie szał tworzenia.
Bardzo dziwnie się z kimś spotkać po sześciu miesiącach - sześć miesięcy to jednak szmat czasu, można by na przykład zorganizować podróż do Australii i razem z Aborygenami gapić się na kangury. Ale jeszcze dziwniej, gdy ktoś po tych sześciu miesiącach nie ma nic do powiedzenia. Gdyby mi się udało do tej Australii pojechać, i gdyby ten ktoś był mi bliższy niż był w rzeczywistości przez całe życie, to pewnie opowiadałabym mu o widzianych kangurach i podsłuchanych aborygeńskich legendach.
Ale nie byłam w Australii. A ten ktoś nigdy nie był mi bardziej obcy.
W takich momentach szał mnie ogarnia - jaka szkoda, że nie szał tworzenia.
wtorek, 17 czerwca 2014
pytajniki
Roku prostych pytań, kim jest autorytet? Skąd można wiedzieć, dlaczego i za co się kogoś tak ceni, że bardziej już nie można? Myślę dziś o tylu ludziach i zastanawiam się, co bym odpowiedziała na to pytanie sprzed paru lat, zadane tak niespodziewanie... "Kto jest twoim autorytetem?" Nie wiem. Nie wiedziałam wtedy, nie wiem i teraz. A jeśli zawsze kogoś uważałam za autorytet, a potem ten ktoś robi głupotę za głupotą, to co wtedy? Nie zasługuje już na miano autorytetu, czy może wręcz przeciwnie - ten tytuł należy mu się nawet bardziej, bo się uczłowiecza (człowiek, nie tytuł)?
Za dużo tych pytań, ale też za dużo myśli mi krąży po głowie. Przypominam sobie wszystkich mistrzów w moim życiu. Mistrzów słowa. Mistrzów obiektywu. Mistrzów dźwięku. Mistrzów codzienności, którzy udowadniali, że czasem nie trzeba wiele, aby zainspirować. Wszyscy znikali, pojawiali się, niektórzy przetrwali i, mam nadzieję, zostaną. Czy to są autorytety? Tak, jeśli autorytet może mieć rozliczne wady - a te ciągle wynajduję, jakbym chciała sama za wszelką cenę te osoby odbrązowić.
A może najważniejsze jest to, że ciągle wynajduję te rozliczne wady w sobie. Może od siebie właśnie trzeba zacząć, a autorytety zostawić w spokoju. Przynajmniej na razie.
"Pytał pan ją kiedyś, czy jest szczęśliwa w życiu?" - usłyszałam to dziś gdzieś w przestrzeni i mnie lekko zamurowało pomiędzy jednym łykiem zimnej herbaty a drugim. Dlaczego wciąż słyszę pytania, które sama z chęcią bym zadała? I dlaczego tak bardzo nie chciałabym usłyszeć na nie odpowiedzi?
Za dużo tych pytań, ale też za dużo myśli mi krąży po głowie. Przypominam sobie wszystkich mistrzów w moim życiu. Mistrzów słowa. Mistrzów obiektywu. Mistrzów dźwięku. Mistrzów codzienności, którzy udowadniali, że czasem nie trzeba wiele, aby zainspirować. Wszyscy znikali, pojawiali się, niektórzy przetrwali i, mam nadzieję, zostaną. Czy to są autorytety? Tak, jeśli autorytet może mieć rozliczne wady - a te ciągle wynajduję, jakbym chciała sama za wszelką cenę te osoby odbrązowić.
A może najważniejsze jest to, że ciągle wynajduję te rozliczne wady w sobie. Może od siebie właśnie trzeba zacząć, a autorytety zostawić w spokoju. Przynajmniej na razie.
"Pytał pan ją kiedyś, czy jest szczęśliwa w życiu?" - usłyszałam to dziś gdzieś w przestrzeni i mnie lekko zamurowało pomiędzy jednym łykiem zimnej herbaty a drugim. Dlaczego wciąż słyszę pytania, które sama z chęcią bym zadała? I dlaczego tak bardzo nie chciałabym usłyszeć na nie odpowiedzi?
poniedziałek, 19 maja 2014
nie więcej
Dziwne to zjawisko, czas. Nie trzeba go wiele. Około piętnastu minut wystarczy na powrót wszystkich wspomnień, jakie się wiązały z jakimś miejscem. Piętnaście minut, naprawdę nie więcej.
Czasem nie można już dłużej znieść niewidzenia, jakkolwiek by to nie zabrzmiało. Nie można znieść natłoku myśli i wtedy się idzie. I się wraca. Ciałem. I duchem.
A tak naprawdę to się nie wraca, bo się jest zupełnie nowym. Nowy człowiek nie może nigdzie wrócić. Nowego człowieka nigdy nigdzie nie było.
"Mam nadzieję, że zmiany na lepsze?"
Dlaczego wielokropek nie pojawia się nad głową wtedy, kiedy jest to najbardziej konieczne?
...
Czasem nie można już dłużej znieść niewidzenia, jakkolwiek by to nie zabrzmiało. Nie można znieść natłoku myśli i wtedy się idzie. I się wraca. Ciałem. I duchem.
A tak naprawdę to się nie wraca, bo się jest zupełnie nowym. Nowy człowiek nie może nigdzie wrócić. Nowego człowieka nigdy nigdzie nie było.
"Mam nadzieję, że zmiany na lepsze?"
Dlaczego wielokropek nie pojawia się nad głową wtedy, kiedy jest to najbardziej konieczne?
...
piątek, 16 maja 2014
pour bonne chance
Jadę tramwajem i obserwuję świat, bo co lepszego można robić w blaszanym pudełku sunącym po szynach... Śmieszni są ci zbuntowani chłopcy, tacy w glanach i słuchający metalu. Black Sabbath w uszach i fantastyka w ręku. Włosy dłuższe od moich i obowiązkowa broda. Inteligentnie jadą po wszystkich i wszystkim, bez wyjątku. Kiedyś założą garnitury, obetną kitki i będą się śmiali ze swoich starych zdjęć. Będą się śmiali z Woodstocków w błocie, z nocnych maratonów po mieście, z morza wódki, jakie się wypiło "bo tak"... Ale to będzie kiedyś, jeszcze nie teraz.
Teraz jeszcze jest nadzieja.
Dużo dziś myślę o znakach i przesądach.Skąd to się bierze? Dlaczego wszystkie ciotki wierzą w Boga i odpukują w niemalowane? Czy siedmioletnie nieszczęścia zbitych luster się sumuje czy mnoży? Podobno najważniejsze, żeby szybko pozbierać wszystkie kawałki i wrzucić do jakiejś płynącej wody, żeby zmyć całe nieszczęście. Ale ja nie mam w pobliżu płynącej wody, więc mniejsze kawałki wsypuję do kosza, a największy wkładam z powrotem do torby.
Bo zbiłam dziś lustro, kolejne, trzecie.
Na szczęście.
Teraz jeszcze jest nadzieja.
Dużo dziś myślę o znakach i przesądach.Skąd to się bierze? Dlaczego wszystkie ciotki wierzą w Boga i odpukują w niemalowane? Czy siedmioletnie nieszczęścia zbitych luster się sumuje czy mnoży? Podobno najważniejsze, żeby szybko pozbierać wszystkie kawałki i wrzucić do jakiejś płynącej wody, żeby zmyć całe nieszczęście. Ale ja nie mam w pobliżu płynącej wody, więc mniejsze kawałki wsypuję do kosza, a największy wkładam z powrotem do torby.
Bo zbiłam dziś lustro, kolejne, trzecie.
Na szczęście.
sobota, 3 maja 2014
kaczka dziwaczka
Staw ma różne kolory w różnych porach dnia, a i tak najlepiej patrzy mi się na niego przez moje okulary. Woda jest wtedy zbyt niebieska, a trawa wokół zbyt zielona. Podobnie to wszystko wygląda jeszcze tylko w późnopopołudniowym słońcu. Mewy krzyczą wniebogłosy i nikt nie wie, o co im chodzi, i przecież nikt nie chce wiedzieć, bo jeszcze by wyszło na to, że się należy przejmować mewimi problemami, jakby się nie miało własnych. Patrzę na to wszystko, myślę o tylu rzeczach i o niczym w szczególności. Mija mnie biegająca pani, ja tylko podziwiam determinację i dmucham olbrzymie dmuchawce ("babciu, ale jak to jest, że się ten mlecz tak zamienia...?"). Nad wodą zawsze mi było jakoś lepiej. Może gdybym jeszcze umiała pływać, to nie byłyby mi potrzebne nawet góry... A może one zawsze będą mi potrzebne, choćbym była najlepszą pływaczką świata...
"Marta, a jest ci czasem tak smutno... bo życie?". Tak, jest mi czasem tak smutno, i wtedy gnam na złamanie karku by jeszcze zdążyć, jak niedawno, i wtedy właśnie idę nad wodę, i wtedy mocno wdycham ten obrzydliwy znajomy zapach, i wtedy siadam i się gapię w przestrzeń, i wtedy zbyt dużo myślę, i wtedy staram się nie tęsknić za tym, czego nie miałam, i wtedy układam sobie w głowie długie zdania, i wtedy wracam do domu i niczego już nie pamiętam... I wtedy nic ci nie mówię i nigdy ci nie powiem, bo ja z założenia nie bywam smutna.
"Marta, a jest ci czasem tak smutno... bo życie?". Tak, jest mi czasem tak smutno, i wtedy gnam na złamanie karku by jeszcze zdążyć, jak niedawno, i wtedy właśnie idę nad wodę, i wtedy mocno wdycham ten obrzydliwy znajomy zapach, i wtedy siadam i się gapię w przestrzeń, i wtedy zbyt dużo myślę, i wtedy staram się nie tęsknić za tym, czego nie miałam, i wtedy układam sobie w głowie długie zdania, i wtedy wracam do domu i niczego już nie pamiętam... I wtedy nic ci nie mówię i nigdy ci nie powiem, bo ja z założenia nie bywam smutna.
czwartek, 24 kwietnia 2014
nazwy puste i jednoznaczne
Ja na literackich, a na świecie najważniejsze i najsmutniejsze - nie ma Różewicza. Klikam, czytam i nie wierzę. Więc nie ma pana który pamiętał niegrzecznych chłopców pociągających dziewczynki za warkoczyki. Więc nie ma pana który widział furgony porąbanych ludzi. Więc nie ma pana, który listy pisał nawet do ludożerców. Chciałabym umieć powiedzieć, że starsi ustępują miejsca młodszym, ale gdzie ci młodsi, dlaczego ich tak mało, dlaczego oni tak krzyczą i tak się miotają? I dlaczego nikt już nie przerwie "Białych groszków" w najważniejszym momencie?
Znów się zastanawiałam nad sensem "mieć" i "być", tym razem po francusku (choć i tak mój przekorny mózg nie chciał myśleć w tym języku i uparcie wracał do ojczystego). "Nie można ciągle używać tych słów, już nawet dzieci o tym wiedzą". Naprawdę? A one nie są najważniejsze?
Można przecież mieć wszystkie nogi, ręce, oczy i uszy, Anię i mamę, przecudownych dziadków, nowe mieszkanie, wielkie nadzieje, skłonności do tycia, dobry humor, tendencję do słowotoku, szósty zmysł, szczęście i pecha, wciąż tak mało lat, wiarę w dobro i piękno, kilka płyt i książek, rację, trochę zapisanych zeszytów i pamiątek z podróży.
Można przecież być melancholikiem, względnie dobrym człowiekiem, roztrzepanym, miłośnikiem gór i starych filmów, smutnym i wesołym, pomocnym, wędrującym samotnikiem, nie w humorze, wciąż nie tam, gdzie by się chciało, czytaczem, amatorem taniego wina, nadwrażliwym, optymistycznym realistą, zapatrzonym w mistrzów pióra, słowa i obiektywu...
Jak mogłabym nie (nad)używać tych słów, skoro to właśnie one mówią o mnie wszystko? Chyba już nie zrozumiem francuskiego tak dobrze, jak go rozumiałam kiedyś. Chyba już nie chcę go tak zrozumieć.
Tak, literatury nie trzeba wymyślać - choć gdybym opisała ostatnie półtora roku, to pewnie sama sobie bym nie uwierzyła. Ale jeśli nie trzeba wierzyć, żeby czytać - to przecież wszystko jest w porządku.
Znów się zastanawiałam nad sensem "mieć" i "być", tym razem po francusku (choć i tak mój przekorny mózg nie chciał myśleć w tym języku i uparcie wracał do ojczystego). "Nie można ciągle używać tych słów, już nawet dzieci o tym wiedzą". Naprawdę? A one nie są najważniejsze?
Można przecież mieć wszystkie nogi, ręce, oczy i uszy, Anię i mamę, przecudownych dziadków, nowe mieszkanie, wielkie nadzieje, skłonności do tycia, dobry humor, tendencję do słowotoku, szósty zmysł, szczęście i pecha, wciąż tak mało lat, wiarę w dobro i piękno, kilka płyt i książek, rację, trochę zapisanych zeszytów i pamiątek z podróży.
Można przecież być melancholikiem, względnie dobrym człowiekiem, roztrzepanym, miłośnikiem gór i starych filmów, smutnym i wesołym, pomocnym, wędrującym samotnikiem, nie w humorze, wciąż nie tam, gdzie by się chciało, czytaczem, amatorem taniego wina, nadwrażliwym, optymistycznym realistą, zapatrzonym w mistrzów pióra, słowa i obiektywu...
Jak mogłabym nie (nad)używać tych słów, skoro to właśnie one mówią o mnie wszystko? Chyba już nie zrozumiem francuskiego tak dobrze, jak go rozumiałam kiedyś. Chyba już nie chcę go tak zrozumieć.
Tak, literatury nie trzeba wymyślać - choć gdybym opisała ostatnie półtora roku, to pewnie sama sobie bym nie uwierzyła. Ale jeśli nie trzeba wierzyć, żeby czytać - to przecież wszystko jest w porządku.
piątek, 21 marca 2014
gdy na człowieka się zamykam
Cały dzień mam w głowie "Tolerancję" Soyki... Piękna piosenka na piękny dzień, na pierwszy dzień wiosny (tak, wiem, że przez moją humanistyczna ignorancję nie zauważam, że wiosna astronomiczna trwa od wczoraj, a meteorologiczna aż od 1 marca - ale zawsze mnie w szkole uczyli, że Marzannę topi się dziś...).
Nie jesteśmy tolerancyjni - my, Polacy, my, pasażerowie. A co gorsza i co przeraża mnie bardziej, jesteśmy pełni hipokryzji. Scenka pierwsza, jadę tramwajem i wsiada chłopak z zespołem Downa. I niby wszystko ok, ale wszyscy mimowolnie się odsuwają, jakby właśnie się dowiedzieli, że mogą się zarazić. Chryste Panie, to jest Down, nie malaria. Dodatkowy chromosom, dwudziesty pierwszy. Jak dzisiejsza data. Jak oczko w kartach. Ale nie, przecież i tak pozostaje strach - bo on jest inny. Nieważne, że większość z tych osób prawdopodobnie rozczula się, widząc reklamy namawiające do pomagania niepełnosprawnym ("widziałeś, jak ten chłopiec sobie dobrze radzi?"). Nieważne, że ci sami ludzie w rozmowach ze znajomymi zgrywają chojraków, dla których niepełnosprawność nie jest żadną przeszkodą. Jest. Udowadniacie to codziennie, odwracając oczy od takich właśnie chorych osób. Ciekawostka na koniec - chłopak usiadł sobie spokojnie na jednym miejscu z czterech obok siebie. I choć tramwaj był zatłoczony jak jasna cholera, to jakoś dziwnym trafem nikt nie chciał usiąść obok niego. Gratuluję podejścia i braku mózgu.
Scenka druga, jadę innym tramwajem i tym razem to ja siedzę na "czwórce", a kilka przystanków dalej wsiada kobieta z około 3-letnim bachorem płci męskiej. Bachor drze się niemiłosiernie na cały tramwaj - nie płacze, ale ciągle czegoś chce. W dodatku ma chyba niestwierdzone ADHD, ciągle się rusza, przemieszcza, wszędzie go pełno. Wreszcie włazi matce na kolana i zaczyna machać nogami, a skoro matka siedzi naprzeciwko mnie, to siłą rzeczy staję się ofiarą regularnych kopnięć bachora - pewnie nienaumyślnych, ale zawsze. Pomińmy fakt nowych dżinsów na tyłku i totalnego zmęczenia po całym dniu w biegu, pomińmy nawet moją wrodzoną nienawiść do bachorów - po prostu w jednej sekundzie wstaję i zmieniam miejsce, bo nie jestem w stanie powiedzieć mamuśce, że nie życzę sobie, żeby mnie ktoś kopał albo żeby mi się darł nad uchem. Ale oczywiście gdy tylko się przesiadam, zerka na mnie kilkanaście oskarżycielskich spojrzeń, że przecież "jakżesz to można nie zrozumieć dziecka!". A no takżesz to. Najwyraźniej można, najwyraźniej ja mogę. Mogę i chcę, bo nie będę udawać, że mnie rozczulają kopiące i drące się stworzenia.
I tak to w naszym cudnym kraju jest. Nie tolerujemy ułomności, niepełnosprawności i inności, ale tolerujemy rozpuszczone bachory, "bo to przecież tylko dzieci". Tylko dzieci? Nie, to są AŻ dzieci, które chyba należałoby wreszcie przestać traktować jak święte krowy.
To chore, co się dzieje. "Nie toleruję Downów, bo mi jeszcze coś zrobią; ale też nie toleruję twojego zachowania, bo się przesiadasz od takiego słodkiego malca". Żyję w kraju, w którym milcząca nietolerancja jakiejkolwiek inności odbywa się za społecznym przyzwoleniem, ale już moja jawna nietolerancja bachorów spotyka się z otwartą krytyką. Mogę wrzucać na czarnych, żydów, na downy, ale wara od dzieci; wszak wiadomo, że "wszystkie dzieci nasze są" i jeśli nie chcesz ich mieć (a nawet nie chcesz z nimi mieć nic do czynienia), to znaczy, że coś z tobą nie tak i powinnaś się leczyć.
Chyba nie ja tutaj powinnam się leczyć. Teraz tylko żałuję, że siedziałam wtedy w innej części tramwaju i nie przysiadłam się do tamtego chłopaka. Mam takie dziwne poczucie, że raczej by mnie nie pokopał. .
Nie jesteśmy tolerancyjni - my, Polacy, my, pasażerowie. A co gorsza i co przeraża mnie bardziej, jesteśmy pełni hipokryzji. Scenka pierwsza, jadę tramwajem i wsiada chłopak z zespołem Downa. I niby wszystko ok, ale wszyscy mimowolnie się odsuwają, jakby właśnie się dowiedzieli, że mogą się zarazić. Chryste Panie, to jest Down, nie malaria. Dodatkowy chromosom, dwudziesty pierwszy. Jak dzisiejsza data. Jak oczko w kartach. Ale nie, przecież i tak pozostaje strach - bo on jest inny. Nieważne, że większość z tych osób prawdopodobnie rozczula się, widząc reklamy namawiające do pomagania niepełnosprawnym ("widziałeś, jak ten chłopiec sobie dobrze radzi?"). Nieważne, że ci sami ludzie w rozmowach ze znajomymi zgrywają chojraków, dla których niepełnosprawność nie jest żadną przeszkodą. Jest. Udowadniacie to codziennie, odwracając oczy od takich właśnie chorych osób. Ciekawostka na koniec - chłopak usiadł sobie spokojnie na jednym miejscu z czterech obok siebie. I choć tramwaj był zatłoczony jak jasna cholera, to jakoś dziwnym trafem nikt nie chciał usiąść obok niego. Gratuluję podejścia i braku mózgu.
Scenka druga, jadę innym tramwajem i tym razem to ja siedzę na "czwórce", a kilka przystanków dalej wsiada kobieta z około 3-letnim bachorem płci męskiej. Bachor drze się niemiłosiernie na cały tramwaj - nie płacze, ale ciągle czegoś chce. W dodatku ma chyba niestwierdzone ADHD, ciągle się rusza, przemieszcza, wszędzie go pełno. Wreszcie włazi matce na kolana i zaczyna machać nogami, a skoro matka siedzi naprzeciwko mnie, to siłą rzeczy staję się ofiarą regularnych kopnięć bachora - pewnie nienaumyślnych, ale zawsze. Pomińmy fakt nowych dżinsów na tyłku i totalnego zmęczenia po całym dniu w biegu, pomińmy nawet moją wrodzoną nienawiść do bachorów - po prostu w jednej sekundzie wstaję i zmieniam miejsce, bo nie jestem w stanie powiedzieć mamuśce, że nie życzę sobie, żeby mnie ktoś kopał albo żeby mi się darł nad uchem. Ale oczywiście gdy tylko się przesiadam, zerka na mnie kilkanaście oskarżycielskich spojrzeń, że przecież "jakżesz to można nie zrozumieć dziecka!". A no takżesz to. Najwyraźniej można, najwyraźniej ja mogę. Mogę i chcę, bo nie będę udawać, że mnie rozczulają kopiące i drące się stworzenia.
I tak to w naszym cudnym kraju jest. Nie tolerujemy ułomności, niepełnosprawności i inności, ale tolerujemy rozpuszczone bachory, "bo to przecież tylko dzieci". Tylko dzieci? Nie, to są AŻ dzieci, które chyba należałoby wreszcie przestać traktować jak święte krowy.
To chore, co się dzieje. "Nie toleruję Downów, bo mi jeszcze coś zrobią; ale też nie toleruję twojego zachowania, bo się przesiadasz od takiego słodkiego malca". Żyję w kraju, w którym milcząca nietolerancja jakiejkolwiek inności odbywa się za społecznym przyzwoleniem, ale już moja jawna nietolerancja bachorów spotyka się z otwartą krytyką. Mogę wrzucać na czarnych, żydów, na downy, ale wara od dzieci; wszak wiadomo, że "wszystkie dzieci nasze są" i jeśli nie chcesz ich mieć (a nawet nie chcesz z nimi mieć nic do czynienia), to znaczy, że coś z tobą nie tak i powinnaś się leczyć.
Chyba nie ja tutaj powinnam się leczyć. Teraz tylko żałuję, że siedziałam wtedy w innej części tramwaju i nie przysiadłam się do tamtego chłopaka. Mam takie dziwne poczucie, że raczej by mnie nie pokopał. .
wtorek, 18 marca 2014
trop sensible
Francusko będzie, mimo całej mojej złości na te uczelniane zajęcia. Ale teraz to teraz, a kiedyś to kiedyś - no właśnie, kiedy? Kiedy to się wszystko zaczęło? Czyj to był pomysł? Nie wiem, nie pamiętam. Jakoś samo wyszło, że obok ukochanego angielskiego pojawił się ten obcy gość znad Loary, w bereciku i z bagietką. Wszyscy zachwyceni, bo to taki piękny język. Bo że trudny jak jasna cholera, to sprawa drugorzędna. "Mamo, będę się uczyć francuskiego!". Tamta trzynastoletnia Marta jeszcze nie wie, na co się pisze, choć w kółko puszcza sobie piosenki Piaf i marzy o tym, by zrozumieć, o czym wyje ten Wróbelek. I zrozumie, zrozumie szybciej, niż jej się może wydawać.
Tyle się zmieniało wokół mnie, a ten język wciąż był i nie pozwalał się zagubić. I tyle obrazów wciąż mi się przewija przed oczami... kiedy to było...
Pałac, schodami w górę, nasze plakaty i zdjęcia na ścianach, mała sala z dziecinnymi krzesełkami. Godziny nad gramatyką, godziny nad tekstami, godziny słuchania, godziny wysilania umysłu. Wszystkie moje poniedziałkowe i środowe bunty, że nie idę, nie dam rady, nie mam siły! Wszystkie prace domowe, kartki zapisane drobnym maczkiem, francuskie "r" i "z". Tyle filmów, tyle warsztatów, moje koślawe rysunki, francuska historia sztuki. I ludzie, cudowni, pełni pasji ludzie. Pani Ewa. Aga, Sara i Kamila, czyli mój Zwierzyniec. Ania, Magda, Anita. Zosia we Francji - w mojej głowie wciąż taka mała, w rzeczywistości już prawie dorosłą...
Piknik nad Loarą, jeden z wielu, tym razem w Amboise. Wygrzewamy się w słońcu jak koty i pochłaniamy kolejne ilości cudownej sałatki. "Czy wy to rozumiecie? Mamy piknik nad Loarą!!! Kto nam w to uwierzy?!". Uwierzą. Pani Ewa chce uwiecznić moment. Powstaje zdjęcie, to jedno zdjęcie, na którym jesteśmy najszczęśliwsze na świecie.
Siedzimy nad Sekwaną, jest niedzielne popołudnie, koniec kwietnia, a upał jak w środku lata. Patrzę na Francuzów nad brzegiem rzeki, słońce świeci mi w twarz. Śmiejemy się z Anią, ten śmiech tam jeszcze został, jestem tego pewna. "Wrócę tu, wrócę, wrócę!" - powtarzam sobie wciąż w głowie, obserwując paryskie życie. I wtedy właśnie przysięgam sobie, że będę jak oni. W niedzielę wieczorem nie będę myśleć o poniedziałku.
Trwa francuska wigilia, próbujemy wszystkich przedziwnych potraw. Kamila robi gruszki w czekoladzie. Dzieciaki chcą coś sięgnąć, przewraca się świeczka, płomień szybko przechodzi przez kolejne warstwy granatowego tiulu. "Ale... no dajcie coś... jakąś gazetę!". Nic poważnego się nie dzieje, udaje nam się to ugasić, zanim wróci pani Ewa. A tamto zdanie krzyczy Sara. Będziemy jej to jeszcze długo wypominać.
Niewygodnie mi w tej białej bluzce, za ciepło w czarnym żakiecie. Maj jest wyjątkowo gorący. "To jak, Marta, boisz się?" Nie, nie bardzo. Przecież to tylko matura z francuskiego. Z tego mojego ukochanego francuskiego.
Nie wiedziałam, że ten język jeszcze do mnie wróci - a wrócił. Może nie w idealnej formie, ale zawsze. Jak to pisał Milne? "Nie można tkwić uparcie w swoim kącie Lasu, czekając, aż inni do nas przyjdą. Czasem trzeba pójść do nich". Wciąż niezmiennie twierdzę, że wyjście z mojego kąta lasu wtedy (prawie) 8 lat temu było jedną z najlepszych decyzji, jakie udało mi się podjąć.
Tyle się zmieniało wokół mnie, a ten język wciąż był i nie pozwalał się zagubić. I tyle obrazów wciąż mi się przewija przed oczami... kiedy to było...
Pałac, schodami w górę, nasze plakaty i zdjęcia na ścianach, mała sala z dziecinnymi krzesełkami. Godziny nad gramatyką, godziny nad tekstami, godziny słuchania, godziny wysilania umysłu. Wszystkie moje poniedziałkowe i środowe bunty, że nie idę, nie dam rady, nie mam siły! Wszystkie prace domowe, kartki zapisane drobnym maczkiem, francuskie "r" i "z". Tyle filmów, tyle warsztatów, moje koślawe rysunki, francuska historia sztuki. I ludzie, cudowni, pełni pasji ludzie. Pani Ewa. Aga, Sara i Kamila, czyli mój Zwierzyniec. Ania, Magda, Anita. Zosia we Francji - w mojej głowie wciąż taka mała, w rzeczywistości już prawie dorosłą...
Piknik nad Loarą, jeden z wielu, tym razem w Amboise. Wygrzewamy się w słońcu jak koty i pochłaniamy kolejne ilości cudownej sałatki. "Czy wy to rozumiecie? Mamy piknik nad Loarą!!! Kto nam w to uwierzy?!". Uwierzą. Pani Ewa chce uwiecznić moment. Powstaje zdjęcie, to jedno zdjęcie, na którym jesteśmy najszczęśliwsze na świecie.
Siedzimy nad Sekwaną, jest niedzielne popołudnie, koniec kwietnia, a upał jak w środku lata. Patrzę na Francuzów nad brzegiem rzeki, słońce świeci mi w twarz. Śmiejemy się z Anią, ten śmiech tam jeszcze został, jestem tego pewna. "Wrócę tu, wrócę, wrócę!" - powtarzam sobie wciąż w głowie, obserwując paryskie życie. I wtedy właśnie przysięgam sobie, że będę jak oni. W niedzielę wieczorem nie będę myśleć o poniedziałku.
Trwa francuska wigilia, próbujemy wszystkich przedziwnych potraw. Kamila robi gruszki w czekoladzie. Dzieciaki chcą coś sięgnąć, przewraca się świeczka, płomień szybko przechodzi przez kolejne warstwy granatowego tiulu. "Ale... no dajcie coś... jakąś gazetę!". Nic poważnego się nie dzieje, udaje nam się to ugasić, zanim wróci pani Ewa. A tamto zdanie krzyczy Sara. Będziemy jej to jeszcze długo wypominać.
Niewygodnie mi w tej białej bluzce, za ciepło w czarnym żakiecie. Maj jest wyjątkowo gorący. "To jak, Marta, boisz się?" Nie, nie bardzo. Przecież to tylko matura z francuskiego. Z tego mojego ukochanego francuskiego.
Nie wiedziałam, że ten język jeszcze do mnie wróci - a wrócił. Może nie w idealnej formie, ale zawsze. Jak to pisał Milne? "Nie można tkwić uparcie w swoim kącie Lasu, czekając, aż inni do nas przyjdą. Czasem trzeba pójść do nich". Wciąż niezmiennie twierdzę, że wyjście z mojego kąta lasu wtedy (prawie) 8 lat temu było jedną z najlepszych decyzji, jakie udało mi się podjąć.
piątek, 7 marca 2014
credo kredą
Już jakiś czas temu to usłyszałam."Więc wierzysz w Boga?". Para ciemnych oczu wpatruje się we mnie z oczekiwaniem. To jeszcze pytanie.
Nie wiem. Jako dzieciak biegałam do kościoła i chłonęłam tę niesamowitą atmosferę kolejnych rytuałów. Marzłam latem w olbrzymiej nawie głównej i czasem pozwalałam myślom odfrunąć. Wdychałam duszące kadzidło, słuchałam pieśni i doszukiwałam się w kazaniach czegoś głębokiego.
A teraz już chyba trochę wyrosłam. Nie wiem, czy z wiary, ale z tego obrządku. Nie jestem pewna, czy jestem zbyt tchórzliwa, czy zbyt leniwa na ateizm. Ja mam chyba inną wiarę. Moja wiara nie przypomina żadnej innej.
Wierzę w czarne koty przynoszące szczęście i w szczęśliwą trzynastkę.
Wierzę w odpukiwanie i w łapanie się za guzik.
Wierzę w sprawiedliwość, mimo wszystko i wbrew wszystkiemu.
Wierzę w brak wiary w siebie.
Wierzę w puste kartki papieru i w pióra napełnione atramentem.
Wierzę w stukot kół pociągu i w obietnice wielkich przygód.
Wierzę w górskie kamienie, w ostre skały i w niczym niewzruszone szemrzące potoki.
Wierzę w gwiazdy nad balkonem i w promienie słońca na szybach.
Wierzę w morskie fale i w muszle wyrzucane na brzeg.
Wierzę w grube tomy nowych książek i w ciszę bibliotek.
Wierzę w cykanie świerszczy i w zachody słońca.
Wierzę w układanie słów i w nadawanie im nowych sensów.
Wierzę w przeznaczenie i w zrządzenie losu.
Wierzę w mądrość dzieci i psów przewodników.
Wierzę w wyższość prawdy nad fałszem i w wyższość papieru nad ekranem.
Wierzę w bieganie na tramwaj i w szybką jazdę samochodem.
Wierzę w czekanie, w rozmowy i w śmiech aż do bólu brzucha.
Wierzę w czarną kawę i w papierosowy dym.
Wierzę w bezbronność zwierząt.
Wierzę w ruch piszącej ręki.
Wierzę w moc tworzenia i w stwarzanie wciąż od nowa.
Wierzę w końce i w początki, w końce początków i w początki końców.
Wierzę w pocztówki z podróży.
Wierzę w spust migawki aparatu.
Wierzę w pamięć oczu i serca.
Wierzę w wyższość serca nad rozumem.
Wierzę w dobro człowieka. Chcę i muszę wierzyć w dobro człowieka.
Mojej wiary nie uczą w kościele, ale może to i lepiej, bo zbyt wiele musiałabym poświęcić w imię racjonalizmu - a tego bym chyba nie zniosła. Nie wiem, czy jest Bóg. Nigdy nie wiedziałam i pewnie się nie dowiem. Gdyby był, to może nie patrzyłabym wielkimi oczami na Ukrainę i nie byłabym przerażona jak nigdy wcześniej. Gdyby go nie było, to może siedziałabym teraz w jakimś schronie nasłuchując odgłosów bomb, otoczona bezsensowną wojną pierwszego lepszego państwa.
No to jak? Jest? Nie ma? Pójdę do piekła, odfrunę do nieba, a może nie stanie się ani jedno, ani drugie?
"Więc nie wierzysz w Boga". Para ciemnych oczu wpatruje się we mnie z oczekiwaniem. Tylko że to już nie jest pytanie.
Nie wiem. Jako dzieciak biegałam do kościoła i chłonęłam tę niesamowitą atmosferę kolejnych rytuałów. Marzłam latem w olbrzymiej nawie głównej i czasem pozwalałam myślom odfrunąć. Wdychałam duszące kadzidło, słuchałam pieśni i doszukiwałam się w kazaniach czegoś głębokiego.
A teraz już chyba trochę wyrosłam. Nie wiem, czy z wiary, ale z tego obrządku. Nie jestem pewna, czy jestem zbyt tchórzliwa, czy zbyt leniwa na ateizm. Ja mam chyba inną wiarę. Moja wiara nie przypomina żadnej innej.
Wierzę w czarne koty przynoszące szczęście i w szczęśliwą trzynastkę.
Wierzę w odpukiwanie i w łapanie się za guzik.
Wierzę w sprawiedliwość, mimo wszystko i wbrew wszystkiemu.
Wierzę w brak wiary w siebie.
Wierzę w puste kartki papieru i w pióra napełnione atramentem.
Wierzę w stukot kół pociągu i w obietnice wielkich przygód.
Wierzę w górskie kamienie, w ostre skały i w niczym niewzruszone szemrzące potoki.
Wierzę w gwiazdy nad balkonem i w promienie słońca na szybach.
Wierzę w morskie fale i w muszle wyrzucane na brzeg.
Wierzę w grube tomy nowych książek i w ciszę bibliotek.
Wierzę w cykanie świerszczy i w zachody słońca.
Wierzę w układanie słów i w nadawanie im nowych sensów.
Wierzę w przeznaczenie i w zrządzenie losu.
Wierzę w mądrość dzieci i psów przewodników.
Wierzę w wyższość prawdy nad fałszem i w wyższość papieru nad ekranem.
Wierzę w bieganie na tramwaj i w szybką jazdę samochodem.
Wierzę w czekanie, w rozmowy i w śmiech aż do bólu brzucha.
Wierzę w czarną kawę i w papierosowy dym.
Wierzę w bezbronność zwierząt.
Wierzę w ruch piszącej ręki.
Wierzę w moc tworzenia i w stwarzanie wciąż od nowa.
Wierzę w końce i w początki, w końce początków i w początki końców.
Wierzę w pocztówki z podróży.
Wierzę w spust migawki aparatu.
Wierzę w pamięć oczu i serca.
Wierzę w wyższość serca nad rozumem.
Wierzę w dobro człowieka. Chcę i muszę wierzyć w dobro człowieka.
Mojej wiary nie uczą w kościele, ale może to i lepiej, bo zbyt wiele musiałabym poświęcić w imię racjonalizmu - a tego bym chyba nie zniosła. Nie wiem, czy jest Bóg. Nigdy nie wiedziałam i pewnie się nie dowiem. Gdyby był, to może nie patrzyłabym wielkimi oczami na Ukrainę i nie byłabym przerażona jak nigdy wcześniej. Gdyby go nie było, to może siedziałabym teraz w jakimś schronie nasłuchując odgłosów bomb, otoczona bezsensowną wojną pierwszego lepszego państwa.
No to jak? Jest? Nie ma? Pójdę do piekła, odfrunę do nieba, a może nie stanie się ani jedno, ani drugie?
"Więc nie wierzysz w Boga". Para ciemnych oczu wpatruje się we mnie z oczekiwaniem. Tylko że to już nie jest pytanie.
środa, 19 lutego 2014
dziecinada
Korki zaprzątają mi myśli (pewnie dlatego, że to spora część mojej codzienności), niebawem chyba spiszę to wszystko w jedno miejsce i wydam książkę, to będzie bestseller jak nic... W każdym razie... Tak się zastanawiam, jak to się dzieje, że rodzice mają wobec dzieci tak wysokie oczekiwania. Kiedy to się zaczyna? Kiedy się kończy - czy to się w ogóle kończy? Ile razy słyszałam od tych korkowych rodziców, że ich dzieci są tak mało zdolne, ile razy musiałam ich zapewniać po stokroć, że wcale tak nie jest, mając na końcu języka stwierdzenie, że może to z nimi, a nie z ich dziećmi, jest coś nie bardzo... W sumie to też ciekawe, co mną kieruje, że tak bronię tych dzieci (bo dzieci przecież nie cierpię), ale chyba fakt, że w większości wypadków to są naprawdę zdolne małe osoby... Przecież takie gadanie tylko podcina im i tak nie najsilniejsze skrzydła, więc jak mikroskopijny trzeba mieć mózg, żeby nie móc tego zrozumieć? Nie oszukujmy się, nie każdy będzie Einsteinem. Nie każdy stworzy lek na raka. Nie każdy musi mówić płynnie po angielsku. Czasem wystarczą podstawy, wystarczy zaangażowanie, wystarczy przekonanie, że jak nie to, to coś innego. Ale oczekiwania rodziców i tak doprowadzają te dzieciaki do stresu większego, niż można by to uznać za zdrową motywację.
Jadę autobusem i patrzę na samochody przypominające świecące koraliki na sznurku, a pod domem podnoszę głowę i widzę gwiazdy, i zastanawiam się, kim te dzieci będą, i trochę mi ich szkoda, że tyle jeszcze muszą przejść, zanim wydorośleją i zmądrzeją... A może to jest właśnie tak, że one teraz są najmądrzejsze na świecie (piszę to bez cienia ironii), a potem ta ich mądrość stopniowo zanika? Co, jeśli na starość się głupieje, a nie mądrzeje? Przecież już nawet Exupéry zauważył, że "dorośli nigdy niczego nie rozumieją"...
Kim oni będą? Czy Kasia zostanie tancerką, a Wiktor stworzy niesłychanie skomplikowane gry? Jak daleko zajdzie w sporcie Patryk, kiedy Emila uwierzy w siebie i zacznie malować albo dokonywać naukowych odkryć? Jaka jest i jaka będzie Laura, której jeszcze nie znam?
Patrzę na nich z ciekawością, jakbym obserwowała niebywale fascynujące stworzonka w zoo... Wszyscy kiedyś kogoś zranią i sami zostaną zranieni, wypiją zbyt dużo piw na imprezie i może wypalą zbyt dużo papierosów, będą zarywać noce, tańczyć do upadłego i kuć do wyjątkowo ważnych egzaminów, pozrywają stare znajomości i nawiążą niteczki nowych, sto razy przefarbują, zapuszczą i obetną włosy, będą się nienawidzić i będą się kochać, wypłaczą kałuże łez i zedrą gardła śmiejąc się na ulicy, pokłócą się z rodzicami tak na zawsze i na wieczność, a potem wrócą z podkulonymi ogonami i znów przytulą się najmocniej na świecie, będą ważni i niepoważni, rozsądni i nieodpowiedzialni, obejrzą tysiąc głupich filmów, przeczytają górę nic nie wartych książek, kiedyś znajdą swoje drogowskazy, założą rodziny, może sami staną się rodzicami... Czy wtedy jeszcze będą pamiętać, jak to jest, jak się ma "mało lat i krótkie spodnie w kratkę"?
Może gdyby więcej ludzi o tym pamiętało, to byłoby jakoś lepiej. Przecież tylko dzieci są w stanie wykrzyczeć, że król jest nagi.
Jadę autobusem i patrzę na samochody przypominające świecące koraliki na sznurku, a pod domem podnoszę głowę i widzę gwiazdy, i zastanawiam się, kim te dzieci będą, i trochę mi ich szkoda, że tyle jeszcze muszą przejść, zanim wydorośleją i zmądrzeją... A może to jest właśnie tak, że one teraz są najmądrzejsze na świecie (piszę to bez cienia ironii), a potem ta ich mądrość stopniowo zanika? Co, jeśli na starość się głupieje, a nie mądrzeje? Przecież już nawet Exupéry zauważył, że "dorośli nigdy niczego nie rozumieją"...
Kim oni będą? Czy Kasia zostanie tancerką, a Wiktor stworzy niesłychanie skomplikowane gry? Jak daleko zajdzie w sporcie Patryk, kiedy Emila uwierzy w siebie i zacznie malować albo dokonywać naukowych odkryć? Jaka jest i jaka będzie Laura, której jeszcze nie znam?
Patrzę na nich z ciekawością, jakbym obserwowała niebywale fascynujące stworzonka w zoo... Wszyscy kiedyś kogoś zranią i sami zostaną zranieni, wypiją zbyt dużo piw na imprezie i może wypalą zbyt dużo papierosów, będą zarywać noce, tańczyć do upadłego i kuć do wyjątkowo ważnych egzaminów, pozrywają stare znajomości i nawiążą niteczki nowych, sto razy przefarbują, zapuszczą i obetną włosy, będą się nienawidzić i będą się kochać, wypłaczą kałuże łez i zedrą gardła śmiejąc się na ulicy, pokłócą się z rodzicami tak na zawsze i na wieczność, a potem wrócą z podkulonymi ogonami i znów przytulą się najmocniej na świecie, będą ważni i niepoważni, rozsądni i nieodpowiedzialni, obejrzą tysiąc głupich filmów, przeczytają górę nic nie wartych książek, kiedyś znajdą swoje drogowskazy, założą rodziny, może sami staną się rodzicami... Czy wtedy jeszcze będą pamiętać, jak to jest, jak się ma "mało lat i krótkie spodnie w kratkę"?
Może gdyby więcej ludzi o tym pamiętało, to byłoby jakoś lepiej. Przecież tylko dzieci są w stanie wykrzyczeć, że król jest nagi.
poniedziałek, 3 lutego 2014
niebieska patelnia
"Ja mam taki straszny lęk wysokości, że nawet nie zeskoczę z murku! Muszę mieć ziemię, muszę ją widzieć blisko. Chociaż... lubię latać samolotem, bo wtedy blisko są chmury...".
Uwielbiam te zdania, które wpadają mi uchem do głowy w zbyt długie popołudnia. Uwielbiam te kilkuletnie rozważania wypowiadane kilkuletnimi ustami, które jeszcze szczerze się śmieją. Uwielbiam to kilkuletnie nieuświadomienie, że oto się wypowiada na głos najważniejsze prawdy świata, których dorosły nigdy w życiu nie zrozumie.
No właśnie, chmury. Chmury i ziemia. Co jest stałe, co zmienne, co zostanie i co zniknie? Ta chmura zagościła dziś w moim mózgu i nie chce odejść, zaprząta i tak już zabałaganiony umysł (dziś historia, myśl o Lincolnie i pierwszym Big Macu!). Chmuro ulotna, więc miniesz, więc jesteś jak ten dziadek w tramwaju, którego twarz zapomnę natychmiast po tym, jak wysiądzie. Jesteś też jak wczorajsza herbata, słońce które nigdy nie odbije się od szyby tak samo, zapach tamtego lata i śmiech, co się ciągle gdzieś toczy echem... Pani Szymborska przecież miała na to podsumowanie - "jesteś, a więc musisz minąć / miniesz, a więc to jest piękne".
Pozostaje jeszcze kwestia ziemi, bo przecież ziemia nie mija i ziemia pamięta. Tupot stóp biegających po kałużach w zbyt gorący dzień. Wszystkie zdarte kolana. Każdą koniczynkę wyrywaną z nadzieją, że "to na pewno ta!". Potłuczone szklanki i talerze. Przedziwny taniec do jeszcze przedziwniejszej muzyki.
A czas i tak gra mi na nosie i zatraca granice pomiędzy stałym i płynnym, zmiennym i niezmiennym, pomiędzy chmurami a ziemią. Bo skoro wszystko, co "z ziemi", co przez nią pamiętane, jest jednocześnie też wspomnieniem... To czy ziemia jest chmurą? Co mam naprawdę, co mam na stałe?
Mam imię i wiek, i mam mamę i Anię, i jeszcze parę innych osób, choć zgodnie z moją teorią nie można nigdy nikogo "mieć", bo każdy jest swój własny (jak ten kot, co go nie mam). Mam też dom, mam dwie ręce i dwie nogi (a to już dużo), pokręcony umysł i wszystkie zmysły, a nawet szósty (choć co do tego to mam czasem wątpliwości, czy to na pewno zmysł, czy wyprostowany zakręt w mózgu). Mam jakieś tam studia, jakieś tam marzenia, jakieś tam mgliste wyobrażenia przyszłości. Parę przedmiotów też mam i parę tendencji, na przykład do zbyt łatwego zakochiwania się nie tylko w ludziach i do zbyt częstego olewania przyjaciół, za co mi wstyd. I jeszcze przecież mam nadzieję i szczęście też mam, to szczęście, co za mną czasem nie nadąża...
A i tak przecież wszystko się zmienia, świat jest w ruchu i nic na to nie można poradzić. W chwili, gdy to piszę, ktoś umiera i ktoś się rodzi, ktoś płacze i ktoś się śmieje. Czas mija, jakie to dziwne... W Nowym Jorku jedzą obiad, a w Japonii zaczynają kolejny dzień pracy. Panta rei.
Tymczasem ja siedzę przed komputerem, wydłubuję końcem łyżeczki kawałki cytryny z herbaty i zastanawiam się nad naturą rzeczy, a dokładniej, czy ważniejsza jest dla mnie chmura, czy ziemia. Nie wiem, nie mam pojęcia.
Lubię z ziemi patrzeć w chmury. Może właśnie o to chodzi.
Uwielbiam te zdania, które wpadają mi uchem do głowy w zbyt długie popołudnia. Uwielbiam te kilkuletnie rozważania wypowiadane kilkuletnimi ustami, które jeszcze szczerze się śmieją. Uwielbiam to kilkuletnie nieuświadomienie, że oto się wypowiada na głos najważniejsze prawdy świata, których dorosły nigdy w życiu nie zrozumie.
No właśnie, chmury. Chmury i ziemia. Co jest stałe, co zmienne, co zostanie i co zniknie? Ta chmura zagościła dziś w moim mózgu i nie chce odejść, zaprząta i tak już zabałaganiony umysł (dziś historia, myśl o Lincolnie i pierwszym Big Macu!). Chmuro ulotna, więc miniesz, więc jesteś jak ten dziadek w tramwaju, którego twarz zapomnę natychmiast po tym, jak wysiądzie. Jesteś też jak wczorajsza herbata, słońce które nigdy nie odbije się od szyby tak samo, zapach tamtego lata i śmiech, co się ciągle gdzieś toczy echem... Pani Szymborska przecież miała na to podsumowanie - "jesteś, a więc musisz minąć / miniesz, a więc to jest piękne".
Pozostaje jeszcze kwestia ziemi, bo przecież ziemia nie mija i ziemia pamięta. Tupot stóp biegających po kałużach w zbyt gorący dzień. Wszystkie zdarte kolana. Każdą koniczynkę wyrywaną z nadzieją, że "to na pewno ta!". Potłuczone szklanki i talerze. Przedziwny taniec do jeszcze przedziwniejszej muzyki.
A czas i tak gra mi na nosie i zatraca granice pomiędzy stałym i płynnym, zmiennym i niezmiennym, pomiędzy chmurami a ziemią. Bo skoro wszystko, co "z ziemi", co przez nią pamiętane, jest jednocześnie też wspomnieniem... To czy ziemia jest chmurą? Co mam naprawdę, co mam na stałe?
Mam imię i wiek, i mam mamę i Anię, i jeszcze parę innych osób, choć zgodnie z moją teorią nie można nigdy nikogo "mieć", bo każdy jest swój własny (jak ten kot, co go nie mam). Mam też dom, mam dwie ręce i dwie nogi (a to już dużo), pokręcony umysł i wszystkie zmysły, a nawet szósty (choć co do tego to mam czasem wątpliwości, czy to na pewno zmysł, czy wyprostowany zakręt w mózgu). Mam jakieś tam studia, jakieś tam marzenia, jakieś tam mgliste wyobrażenia przyszłości. Parę przedmiotów też mam i parę tendencji, na przykład do zbyt łatwego zakochiwania się nie tylko w ludziach i do zbyt częstego olewania przyjaciół, za co mi wstyd. I jeszcze przecież mam nadzieję i szczęście też mam, to szczęście, co za mną czasem nie nadąża...
A i tak przecież wszystko się zmienia, świat jest w ruchu i nic na to nie można poradzić. W chwili, gdy to piszę, ktoś umiera i ktoś się rodzi, ktoś płacze i ktoś się śmieje. Czas mija, jakie to dziwne... W Nowym Jorku jedzą obiad, a w Japonii zaczynają kolejny dzień pracy. Panta rei.
Tymczasem ja siedzę przed komputerem, wydłubuję końcem łyżeczki kawałki cytryny z herbaty i zastanawiam się nad naturą rzeczy, a dokładniej, czy ważniejsza jest dla mnie chmura, czy ziemia. Nie wiem, nie mam pojęcia.
Lubię z ziemi patrzeć w chmury. Może właśnie o to chodzi.
sobota, 1 lutego 2014
paplanina z pierwszej (w) nocy
Przeczytałam niedawno: "myślę, kiedy piszę" i doszłam do wniosku, że nie ma lepszego stwierdzenia, które by mnie podsumowało. Zatem do pisania, do tworzenia, allez!
Oto ja. Nie cała, ale w wielu rozsypanych kawałkach.
"Psychodeliczna muzyka w słuchawkach, wokalista wydziera mi się do ucha. Jak będę tak dłużej robiła, to ogłuchnę.
Ode mnie spierdolił ojciec. Każdy kogoś traci, ale też kogoś zyskuje. Musi być sprawiedliwie, inaczej świat nie mógłby się kręcić.
Ja wtedy chyba nie byłam sobą.
Nienawidzę kłamstwa. Przez kłamstwo rozpadł się mój idealny świat. Przez kłamstwo muszę powtarzać, że wszystko jest idealne.
Ale jeżeli jutro umrę, to sama siebie też pozbawię możliwości poznania prawdy.
Chodzi mi tylko o to, że nie warto czekać.
Bo jeszcze mimo wszystko wierzę w zrządzenie losu, brak przypadków, przeznaczenie i w miłość.
Czarnookie ciało ze skaczącym żabim sercem.
Siedzę w domu (tak, w tym nowym domu, w którym zaczynam wariować) i patrzę przez okno na śnieg, zwłaszcza teraz, gdy trwa moja ulubiona pora dnia.
Nocą lepiej się myśli. Nocą oczy stają się wielkie, mózg szybciej pracuje, a cienie na ścianie pobudzają kreatywność. Nocą nawet zwyczajne rozmowy są piękne.
Wiem, że też przeżyję, ale to nie zmienia faktu, że bywa ciężko. No bywa.
Kierunek, jak obrałam, jak na razie spycha mnie na rafy. Ale może się zmieni, może się zmieni… Coraz częściej mam poczucie, że chwytam ster w swoje ręce i wreszcie przejmuję nad nim kontrolę, a to przecież dużo.
Powinnam grać w totka. Ostatnio wylosowali taką liczbę, o jakiej pomyślałam. Właściwie to była cyfra. Zawsze miałam z tym kłopoty.
Brakuje mi mojej starówkowej wolności, tu jestem jak zwierzątko w klatce.
Ja się staram doceniać, ale czasem nie wychodzi. Mimo to nadal się staram.
Od paru dni łykam na deser garść tabletek, ale już jest lepiej.
Spojrzałam w lewo i zobaczyłam motyla. Moi sąsiedzi nie mają świadomości, że mnie się motyli nie pokazuje, więc taki jeden wisi sobie u nich beztrosko na firance.
Sto piętnasta malinowa herbata za mną.
Już nie łykam garści leków. Moja wątroba na pewno jest mi wdzięczna, zresztą… Trzeba by ją o to zapytać.
Poloniści zawsze mnie zawstydzają znajomością najbardziej niepotrzebnych faktów świata. „Droga pani, co to jest litota? Dlaczego ogórek nie śpiewa i w którym roku zmarł Kochanowski?”. Nie wiem, nie wiem, nie wiem. Odwieczny egzamin na głupka.
Oto ja. Nie cała, ale w wielu rozsypanych kawałkach.
"Psychodeliczna muzyka w słuchawkach, wokalista wydziera mi się do ucha. Jak będę tak dłużej robiła, to ogłuchnę.
Ode mnie spierdolił ojciec. Każdy kogoś traci, ale też kogoś zyskuje. Musi być sprawiedliwie, inaczej świat nie mógłby się kręcić.
Ja wtedy chyba nie byłam sobą.
Nienawidzę kłamstwa. Przez kłamstwo rozpadł się mój idealny świat. Przez kłamstwo muszę powtarzać, że wszystko jest idealne.
Ale jeżeli jutro umrę, to sama siebie też pozbawię możliwości poznania prawdy.
Chodzi mi tylko o to, że nie warto czekać.
Bo jeszcze mimo wszystko wierzę w zrządzenie losu, brak przypadków, przeznaczenie i w miłość.
Czarnookie ciało ze skaczącym żabim sercem.
Siedzę w domu (tak, w tym nowym domu, w którym zaczynam wariować) i patrzę przez okno na śnieg, zwłaszcza teraz, gdy trwa moja ulubiona pora dnia.
Nocą lepiej się myśli. Nocą oczy stają się wielkie, mózg szybciej pracuje, a cienie na ścianie pobudzają kreatywność. Nocą nawet zwyczajne rozmowy są piękne.
Wiem, że też przeżyję, ale to nie zmienia faktu, że bywa ciężko. No bywa.
Kierunek, jak obrałam, jak na razie spycha mnie na rafy. Ale może się zmieni, może się zmieni… Coraz częściej mam poczucie, że chwytam ster w swoje ręce i wreszcie przejmuję nad nim kontrolę, a to przecież dużo.
Powinnam grać w totka. Ostatnio wylosowali taką liczbę, o jakiej pomyślałam. Właściwie to była cyfra. Zawsze miałam z tym kłopoty.
Brakuje mi mojej starówkowej wolności, tu jestem jak zwierzątko w klatce.
Ja się staram doceniać, ale czasem nie wychodzi. Mimo to nadal się staram.
Od paru dni łykam na deser garść tabletek, ale już jest lepiej.
Spojrzałam w lewo i zobaczyłam motyla. Moi sąsiedzi nie mają świadomości, że mnie się motyli nie pokazuje, więc taki jeden wisi sobie u nich beztrosko na firance.
Sto piętnasta malinowa herbata za mną.
Już nie łykam garści leków. Moja wątroba na pewno jest mi wdzięczna, zresztą… Trzeba by ją o to zapytać.
Poloniści zawsze mnie zawstydzają znajomością najbardziej niepotrzebnych faktów świata. „Droga pani, co to jest litota? Dlaczego ogórek nie śpiewa i w którym roku zmarł Kochanowski?”. Nie wiem, nie wiem, nie wiem. Odwieczny egzamin na głupka.
Nie płaczę przy ludziach, więc
ludzie myślą, że nie płaczę w ogóle. No jasne, twardym trzeba być. Moje łzy
mieszają się z deszczem, ze śniegiem, a czasem też z miękkością poduszki i
ciemnością nocy. Moje łzy już dawno nie widziały słońca. Płaczę już coraz
rzadziej.
Sorry,
ale jestem. Byłam, będę (choć nie wiem przecież, jak długo).
W
ogóle za mało ostatnio czytam.
Też
kiedyś miałam zacięcie, dopóki sobie nie uświadomiłam, że nie będę drugim
Wyczółkowskim.
Ja na
przykład robię z siebie idiotkę po kilku głębszych, jak już mam pewność, że
naprawdę mi wszystko jedno.
Prawda
jest taka, że umiem się dobrze bawić bez alkoholu, ale z alkoholem bawię się
jeszcze lepiej, to po co się ograniczać.
Przykro
to pisać (i pewnie przykro to czytać), ale od jakiegoś czasu już się nie
przejmuję tym, co myślą inni. No, tak trochę, czasem. Każdy się nieraz
przejmuje. Ale jak jutro wpadnę pod tramwaj, to się okaże, że nie można żyć do
połowy, tak tylko trochę, ciągle mając z tyłu głowy czyjś głos, czyjąś opinię,
czyjeś kazania.
Zarwałam
noc tylko raz, jeden jedyny raz w życiu, ze sto lat temu, i to jeszcze w
Sylwestra. A
potem na obiedzie u dziadków miałam rozdwojenie jaźni i chyba wtedy dowiedziałam
się, jak mogli się czuć amerykańscy hipisi po LSD…
Tak
sobie czasem filozofuję, jak jest zbyt późno, żeby robić cokolwiek innego, ale
zbyt wcześnie, żeby iść spać."
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)