środa, 25 czerwca 2014

manos al aire

Zdjęcia. Zdjęcia, zdjęcia, zdjęęęęciaaaa. Mnożą mi się na komputerze jak zera na kontach miliarderów, te stare nie pozwalają zapomnieć, a nowe nie pozwalają sobie przypomnieć... no właśnie, o czym?
Zamknięcie powiek jest czasem jak naciśnięcie spustu migawki, klik, obraz zachowany, zatrzymany na wieki wieków amen, jak mawiają na sumie. Moja fotograficzna pamięć przygotowuje sobie coś na kształt kliszy gotowej do wywołania (a kto dziś pamięta klisze, a kto by to wywoływał?).
Pamiętam pierwszy aparat, taki na klisze właśnie, i pierwszą radość pierwszego samodzielnego strzelania. Biegałam po Wilnie jak kot z pęcherzem, ja, ten dzieciak w zbyt dużej bluzie, i pstrykałam, co popadło. Wywołane zdjęcia rozmyły marzenia o wielkiej światowej karierze, górze pieniędzy i rzeszach fanów, bo też trudno liczyć na fanów, jak z panoramy miasta zostają ledwo dachy domów, a reszta to niebo, niebo, niebo, i tak aż do skraju fotografii 10x15.
Drugi aparat to już nie byle co, cyfrówka siostry, którą podkradałam jak nikt nie patrzył - i wtedy to dopiero było, zgrywanie polskiej Leibovitz na starówce albo łażenie po dziwnych miejscach "bo tak". Annie jest tylko jedna, to wiem dzisiaj, tego nie wiedziałam wtedy.
A, przecież! Był jeszcze aparat dziadka, którego nigdy nie poznałam - a do niego dołączona odręcznie (wiecznym piórem!) spisana instrukcja, co, kiedy i gdzie, w jakim świetle, pod jakim kątem... Mam wszelkie podstawy, by twierdzić, że ostatecznie zniszczyłam ten aparat, klikając z zapamiętaniem na wszystkie strony świata, schowawszy oczywiście dziadkową instrukcję gdzieś głęboko, gdzie wzrok nie sięgał. No cóż. U mnie nigdy nie było ofiar w ludziach, co najwyżej ofiary w aparatach.
Teraz za to jest aparat osiemnastkowy, nieprofesjonalny, ale mój i tylko mój, i jest reakcja obronna za każdym razem, gdy ktoś mi mówi co mam fotografować i jak. Są też moje zdjęcia, walają się to tu, to tam, bez celu i przyczyn - zdjęcia nieidealne, często bezsensowne, ale w danym momencie najważniejsze na świecie. Migawki chwil, które nie mają prawa się powtórzyć - mała Ania; całujący się dziadkowie; zimowy krakowski poranek; szare góry; kołobrzeski prawie sztorm (ach nie, bo go nie było!); puste półki bez książek; otwierany szampan; francuska trawa; psychodeliczny taniec...
Złapałam się kiedyś na żalu za niezłapanymi chwilami. Ale teraz sobie coraz częściej uświadamiam, że chwile nie są po to, żeby je łapać i brutalnie przyszpilać do rodzinnego albumu. Chwile muszą swobodnie fruwać i mijać, inaczej przecież tracą cały swój chwilowy charakter.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz