Skarbeniek mi się nie rozbił i wrócił z przecudowną angielską czekoladą (po to, żebym rosła duża i okrąglutka, nie mam co do tego wątpliwości). Pusto i dziwnie jakoś było przez te cztery dni, aż chyba wszystkie się zdziwiłyśmy, że tak nam tych wieczorów brakuje. Dobrze, że już jest, bo działa leczniczo i kojąco, lepiej niż każdy antydepresant świata.
Bardzo dziwnie się z kimś spotkać po sześciu miesiącach - sześć miesięcy to jednak szmat czasu, można by na przykład zorganizować podróż do Australii i razem z Aborygenami gapić się na kangury. Ale jeszcze dziwniej, gdy ktoś po tych sześciu miesiącach nie ma nic do powiedzenia. Gdyby mi się udało do tej Australii pojechać, i gdyby ten ktoś był mi bliższy niż był w rzeczywistości przez całe życie, to pewnie opowiadałabym mu o widzianych kangurach i podsłuchanych aborygeńskich legendach.
Ale nie byłam w Australii. A ten ktoś nigdy nie był mi bardziej obcy.
W takich momentach szał mnie ogarnia - jaka szkoda, że nie szał tworzenia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz