poniedziałek, 3 lutego 2014

niebieska patelnia

"Ja mam taki straszny lęk wysokości, że nawet nie zeskoczę z murku! Muszę mieć ziemię, muszę ją widzieć blisko. Chociaż... lubię latać samolotem, bo wtedy blisko są chmury...".
Uwielbiam te zdania, które wpadają mi uchem do głowy w zbyt długie popołudnia. Uwielbiam te kilkuletnie rozważania wypowiadane kilkuletnimi ustami, które jeszcze szczerze się śmieją. Uwielbiam to kilkuletnie nieuświadomienie, że oto się wypowiada na głos najważniejsze prawdy świata, których dorosły nigdy w życiu nie zrozumie.
No właśnie, chmury. Chmury i ziemia. Co jest stałe, co zmienne, co zostanie i co zniknie? Ta chmura zagościła dziś w moim mózgu i nie chce odejść, zaprząta i tak już zabałaganiony umysł (dziś historia, myśl o Lincolnie i pierwszym Big Macu!). Chmuro ulotna, więc miniesz, więc jesteś jak ten dziadek w tramwaju, którego twarz zapomnę natychmiast po tym, jak wysiądzie. Jesteś też jak wczorajsza herbata, słońce które nigdy nie odbije się od szyby tak samo, zapach tamtego lata i śmiech, co się ciągle gdzieś toczy echem... Pani Szymborska przecież miała na to podsumowanie - "jesteś, a więc musisz minąć / miniesz, a więc to jest piękne".
Pozostaje jeszcze kwestia ziemi, bo przecież ziemia nie mija i ziemia pamięta. Tupot stóp biegających po kałużach w zbyt gorący dzień. Wszystkie zdarte kolana. Każdą koniczynkę wyrywaną z nadzieją, że "to na pewno ta!". Potłuczone szklanki i talerze. Przedziwny taniec do jeszcze przedziwniejszej muzyki.
A czas i tak gra mi na nosie i zatraca granice pomiędzy stałym i płynnym, zmiennym i niezmiennym, pomiędzy chmurami a ziemią. Bo skoro wszystko, co "z ziemi", co przez nią pamiętane, jest jednocześnie też wspomnieniem... To czy ziemia jest chmurą? Co mam naprawdę, co mam na stałe?
Mam imię i wiek, i mam mamę i Anię, i jeszcze parę innych osób, choć zgodnie z moją teorią nie można nigdy nikogo "mieć", bo każdy jest swój własny (jak ten kot, co go nie mam). Mam też dom, mam dwie ręce i dwie nogi (a to już dużo), pokręcony umysł i wszystkie zmysły, a nawet szósty (choć co do tego to mam czasem wątpliwości, czy to na pewno zmysł, czy wyprostowany zakręt w mózgu). Mam jakieś tam studia, jakieś tam marzenia, jakieś tam mgliste wyobrażenia przyszłości. Parę przedmiotów też mam i parę tendencji, na przykład do zbyt łatwego zakochiwania się nie tylko w ludziach i do zbyt częstego olewania przyjaciół, za co mi wstyd. I jeszcze przecież mam nadzieję i szczęście też mam, to szczęście, co za mną czasem nie nadąża...
A i tak przecież wszystko się zmienia, świat jest w ruchu i nic na to nie można poradzić. W chwili, gdy to piszę, ktoś umiera i ktoś się rodzi, ktoś płacze i ktoś się śmieje. Czas mija, jakie to dziwne... W Nowym Jorku jedzą obiad, a w Japonii zaczynają kolejny dzień pracy. Panta rei.
Tymczasem ja siedzę przed komputerem, wydłubuję końcem łyżeczki kawałki cytryny z herbaty i zastanawiam się nad naturą rzeczy, a dokładniej, czy ważniejsza jest dla mnie chmura, czy ziemia. Nie wiem, nie mam pojęcia.
Lubię z ziemi patrzeć w chmury. Może właśnie o to chodzi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz