sobota, 1 lutego 2014

paplanina z pierwszej (w) nocy

Przeczytałam niedawno: "myślę, kiedy piszę" i doszłam do wniosku, że nie ma lepszego stwierdzenia, które by mnie podsumowało. Zatem do pisania, do tworzenia, allez!
Oto ja. Nie cała, ale w wielu rozsypanych kawałkach.

"Psychodeliczna muzyka w słuchawkach, wokalista wydziera mi się do ucha. Jak będę tak dłużej robiła, to ogłuchnę.
Ode mnie spierdolił ojciec. Każdy kogoś traci, ale też kogoś zyskuje. Musi być sprawiedliwie, inaczej świat nie mógłby się kręcić.
Ja wtedy chyba nie byłam sobą.
Nienawidzę kłamstwa. Przez kłamstwo rozpadł się mój idealny świat. Przez kłamstwo muszę powtarzać, że wszystko jest idealne.   
Ale jeżeli jutro umrę, to sama siebie też pozbawię możliwości poznania prawdy.
Chodzi mi tylko o to, że nie warto czekać.
Bo jeszcze mimo wszystko wierzę w zrządzenie losu, brak przypadków, przeznaczenie i w miłość.
Czarnookie ciało ze skaczącym żabim sercem.
Siedzę w domu (tak, w tym nowym domu, w którym zaczynam wariować) i patrzę przez okno na śnieg, zwłaszcza teraz, gdy trwa moja ulubiona pora dnia. 
Nocą lepiej się myśli. Nocą oczy stają się wielkie, mózg szybciej pracuje, a cienie na ścianie pobudzają kreatywność. Nocą nawet zwyczajne rozmowy są piękne.
Wiem, że też przeżyję, ale to nie zmienia faktu, że bywa ciężko. No bywa. 
Kierunek, jak obrałam, jak na razie spycha mnie na rafy. Ale może się zmieni, może się zmieni… Coraz częściej mam poczucie, że chwytam ster w swoje ręce i wreszcie przejmuję nad nim kontrolę, a to przecież dużo.
Powinnam grać w totka. Ostatnio wylosowali taką liczbę, o jakiej pomyślałam. Właściwie to była cyfra. Zawsze miałam z tym kłopoty.
Brakuje mi mojej starówkowej wolności, tu jestem jak zwierzątko w klatce.
Ja się staram doceniać, ale czasem nie wychodzi. Mimo to nadal się staram. 
Od paru dni łykam na deser garść tabletek, ale już jest lepiej.
Spojrzałam w lewo i zobaczyłam motyla. Moi sąsiedzi nie mają świadomości, że mnie się motyli nie pokazuje, więc taki jeden wisi sobie u nich beztrosko na firance. 
Sto piętnasta malinowa herbata za mną.
Już nie łykam garści leków. Moja wątroba na pewno jest mi wdzięczna, zresztą… Trzeba by ją o to zapytać.
Poloniści zawsze mnie zawstydzają znajomością najbardziej niepotrzebnych faktów świata. „Droga pani, co to jest litota? Dlaczego ogórek nie śpiewa i w którym roku zmarł Kochanowski?”. Nie wiem, nie wiem, nie wiem. Odwieczny egzamin na głupka. 

Nie płaczę przy ludziach, więc ludzie myślą, że nie płaczę w ogóle. No jasne, twardym trzeba być. Moje łzy mieszają się z deszczem, ze śniegiem, a czasem też z miękkością poduszki i ciemnością nocy. Moje łzy już dawno nie widziały słońca. Płaczę już coraz rzadziej.
Sorry, ale jestem. Byłam, będę (choć nie wiem przecież, jak długo).  
W ogóle za mało ostatnio czytam. 
Też kiedyś miałam zacięcie, dopóki sobie nie uświadomiłam, że nie będę drugim Wyczółkowskim.
Ja na przykład robię z siebie idiotkę po kilku głębszych, jak już mam pewność, że naprawdę mi wszystko jedno.
Prawda jest taka, że umiem się dobrze bawić bez alkoholu, ale z alkoholem bawię się jeszcze lepiej, to po co się ograniczać.
Przykro to pisać (i pewnie przykro to czytać), ale od jakiegoś czasu już się nie przejmuję tym, co myślą inni. No, tak trochę, czasem. Każdy się nieraz przejmuje. Ale jak jutro wpadnę pod tramwaj, to się okaże, że nie można żyć do połowy, tak tylko trochę, ciągle mając z tyłu głowy czyjś głos, czyjąś opinię, czyjeś kazania. 
Zarwałam noc tylko raz, jeden jedyny raz w życiu, ze sto lat temu, i to jeszcze w Sylwestra. A potem na obiedzie u dziadków miałam rozdwojenie jaźni i chyba wtedy dowiedziałam się, jak mogli się czuć amerykańscy hipisi po LSD…
Tak sobie czasem filozofuję, jak jest zbyt późno, żeby robić cokolwiek innego, ale zbyt wcześnie, żeby iść spać."

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz