Jadę tramwajem i obserwuję świat, bo co lepszego można robić w blaszanym pudełku sunącym po szynach... Śmieszni są ci zbuntowani chłopcy, tacy w glanach i słuchający metalu. Black Sabbath w uszach i fantastyka w ręku. Włosy dłuższe od moich i obowiązkowa broda. Inteligentnie jadą po wszystkich i wszystkim, bez wyjątku. Kiedyś założą garnitury, obetną kitki i będą się śmiali ze swoich starych zdjęć. Będą się śmiali z Woodstocków w błocie, z nocnych maratonów po mieście, z morza wódki, jakie się wypiło "bo tak"... Ale to będzie kiedyś, jeszcze nie teraz.
Teraz jeszcze jest nadzieja.
Dużo dziś myślę o znakach i przesądach.Skąd to się bierze? Dlaczego wszystkie ciotki wierzą w Boga i odpukują w niemalowane? Czy siedmioletnie nieszczęścia zbitych luster się sumuje czy mnoży? Podobno najważniejsze, żeby szybko pozbierać wszystkie kawałki i wrzucić do jakiejś płynącej wody, żeby zmyć całe nieszczęście. Ale ja nie mam w pobliżu płynącej wody, więc mniejsze kawałki wsypuję do kosza, a największy wkładam z powrotem do torby.
Bo zbiłam dziś lustro, kolejne, trzecie.
Na szczęście.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz