środa, 1 października 2014

nie ma takiego miasta

Wiele razy wyjeżdżałam i wracałam, ale dopiero teraz sobie uświadomiłam, jak mi jeszcze daleko, ile jeszcze nie wiem i ile się muszę nauczyć, jak bardzo się różnię. Ale też jak mi niewiele potrzeba, żeby się zakochać.
W Londynie wszyscy chcą bardziej i to widać na każdym kroku. Bardziej żyć, bardziej czuć, bardziej wiedzieć. Taka się czułam malutka wśród tych wielkich, wysokich domów, wśród tego zgiełku miasta i tłumu przechodniów - malutka fizycznie, ale i malutka z moim sposobem myślenia, patrzenia na świat... A mimo to paradoksalnie wszystko mi tam do siebie pasuje, jak wiele różnych puzzli tej samej układanki. Nikt nie ma czasu się zatrzymać tak po prostu, ale nikt też nie ma problemu z pomocą dwóm (chwilami) średniorozgarniętym turystkom. Nowe łączy się ze starym, wiekowe mury z piaskowca niemal stykają się ze szklanymi ścianami. Jest pięknie oznaczona sygnalizacja, ale piesi i tak za nic mają kolory i przechodzą kiedy chcą (a kierowcy, ku naszemu zdumieniu, zdają się wcale nie mieć im tego za złe). Domy idą w górę, choć czasem też i w bok; okna otwierają się w każdą stronę, choć zawsze na zewnątrz; ludzie siedzą w knajpkach, choć jest poniedziałkowe popołudnie i przed nimi jeszcze cały tydzień pracy. Zdumiewające.
Chodziłam po tych obcych mi ulicach i nie wierzyłam, że tam jestem. Te wszystkie miejsca i rzeczy, które znałam z pocztówek czy ze zdjęć znajomych... O, Piccadilly... a tu Trafalgar i Buckingham... i ten pan w tej czapie... i deszcz, no przecież deszcz... tyle śmiesznych taksówek... niemalże ocierające się o siebie autobusy... czerwone budki i policja konna, wynurzający się nagle Ben... Pstrykałam zdjęcia, to teraz mam opowiadania; opowiadam, to teraz mam przypominanie. Takie londyńskie obrazki pewnie będą mi się pojawiać w głowie jeszcze przez długi, długi czas. Biegniemy ulicą na złamanie karku, nie czujemy nóg, zaśmiewamy się w samolocie do łez, pomagają nam przypadkowi ludzie, pijemy kawę, cieszymy się na Baker Street, jedziemy metrem, upychamy prezenty w torbach, próbujemy rozczytać plan...
Kilka godzin to bardzo mało lub bardzo dużo, zależy jak na to spojrzeć. Ten trochę mój Londyn jest przepiękny choć przytłaczający, troszkę deszczowy ale ciepły; nigdy się nie zatrzymuje i wciąga w swój rytm, który o dziwo łatwo złapać nawet komuś tak upośledzonemu muzycznie jak ja.
Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu pomyślałam, że znalazłam miejsce, w którym chciałabym żyć. Że w ogóle chciałabym żyć. Że mogłabym się dostosować do tempa i poczuć je w sobie, a może tylko obudzić, może ono gdzieś we mnie jest - w końcu póki idę, to jest dobrze. Mieszkałabym sobie w maleńkim mieszkanku z maleńkim balkonem i żeliwną bramką, a miasto codziennie pozwalałoby mi odkrywać kolejne paradoksy. Padałabym ze zmęczenia na twarz wieczorem, by rano zacząć wszystko od nowa. Nie mogłabym się nauczyć niczego na pamięć i właśnie to byłoby najpiękniejsze. Tak bym sobie żyła w tym przeogromnym mieście, którego przecież nie ma.
Hey London, I feel I'll be back.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz