wtorek, 18 marca 2014

trop sensible

Francusko będzie, mimo całej mojej złości na te uczelniane zajęcia. Ale teraz to teraz, a kiedyś to kiedyś - no właśnie, kiedy? Kiedy to się wszystko zaczęło? Czyj to był pomysł? Nie wiem, nie pamiętam. Jakoś samo wyszło, że obok ukochanego angielskiego pojawił się ten obcy gość znad Loary, w bereciku i z bagietką. Wszyscy zachwyceni, bo to taki piękny język. Bo że trudny jak jasna cholera, to sprawa drugorzędna. "Mamo, będę się uczyć francuskiego!". Tamta trzynastoletnia Marta jeszcze nie wie, na co się pisze, choć w kółko puszcza sobie piosenki Piaf i marzy o tym, by zrozumieć, o czym wyje ten Wróbelek. I zrozumie, zrozumie szybciej, niż jej się może wydawać.
Tyle się zmieniało wokół mnie, a ten język wciąż był i nie pozwalał się zagubić. I tyle obrazów wciąż mi się przewija przed oczami... kiedy to było...

Pałac, schodami w górę, nasze plakaty i zdjęcia na ścianach, mała sala z dziecinnymi krzesełkami. Godziny nad gramatyką, godziny nad tekstami, godziny słuchania, godziny wysilania umysłu. Wszystkie moje poniedziałkowe i środowe bunty, że nie idę, nie dam rady, nie mam siły! Wszystkie prace domowe, kartki zapisane drobnym maczkiem, francuskie "r" i "z". Tyle filmów, tyle warsztatów, moje koślawe rysunki, francuska historia sztuki. I ludzie, cudowni, pełni pasji ludzie. Pani Ewa. Aga, Sara i Kamila, czyli mój Zwierzyniec. Ania, Magda, Anita. Zosia we Francji - w mojej głowie wciąż taka mała, w rzeczywistości już prawie dorosłą...

Piknik nad Loarą, jeden z wielu, tym razem w Amboise. Wygrzewamy się w słońcu jak koty i pochłaniamy kolejne ilości cudownej sałatki. "Czy wy to rozumiecie? Mamy piknik nad Loarą!!! Kto nam w to uwierzy?!". Uwierzą. Pani Ewa chce uwiecznić moment. Powstaje zdjęcie, to jedno zdjęcie, na którym jesteśmy najszczęśliwsze na świecie.

Siedzimy nad Sekwaną, jest niedzielne popołudnie, koniec kwietnia, a upał jak w środku lata. Patrzę na Francuzów nad brzegiem rzeki, słońce świeci mi w twarz. Śmiejemy się z Anią, ten śmiech tam jeszcze został, jestem tego pewna. "Wrócę tu, wrócę, wrócę!" - powtarzam sobie wciąż w głowie, obserwując paryskie życie. I wtedy właśnie przysięgam sobie, że będę jak oni. W niedzielę wieczorem nie będę myśleć o poniedziałku.

Trwa francuska wigilia, próbujemy wszystkich przedziwnych potraw. Kamila robi gruszki w czekoladzie. Dzieciaki chcą coś sięgnąć, przewraca się świeczka, płomień szybko przechodzi przez kolejne warstwy granatowego tiulu. "Ale... no dajcie coś... jakąś gazetę!". Nic poważnego się nie dzieje, udaje nam się to ugasić, zanim wróci pani Ewa. A tamto zdanie krzyczy Sara. Będziemy jej to jeszcze długo wypominać.

Niewygodnie mi w tej białej bluzce, za ciepło w czarnym żakiecie. Maj jest wyjątkowo gorący. "To jak, Marta, boisz się?" Nie, nie bardzo. Przecież to tylko matura z francuskiego. Z tego mojego ukochanego francuskiego.

Nie wiedziałam, że ten język jeszcze do mnie wróci - a wrócił. Może nie w idealnej formie, ale zawsze. Jak to pisał Milne? "Nie można tkwić uparcie w swoim kącie Lasu, czekając, aż inni do nas przyjdą. Czasem trzeba pójść do nich". Wciąż niezmiennie twierdzę, że wyjście z mojego kąta lasu wtedy (prawie) 8 lat temu było jedną z najlepszych decyzji, jakie udało mi się podjąć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz