Wbijanie się w rytm pracy boli wręcz fizycznie, ale dla dobra ludzkości (a przede wszystkim własnego portfela) należy się poświęcać. W naszym społeczeństwie w ogóle należy się poświęcać, to takie w bardzo dobrym tonie. Tonie mi mózg w oparach absurdu. Wiadomo, że jak się nie poświęcasz, toś nie Polak. Chcę być czasem z Katmandu jak moja chustka.
Na przystankach niespodziewanie spotykam przeszłość. Wraca do mnie echem różnych słów i obrazów, wwierca się do (pod)świadomości i nie pozwala o sobie zapomnieć - tylko nie wiem jeszcze, jak jej wytłumaczyć, że nie chcę jej zbyt wiele w moim życiu. Może lepiej, by się w ogóle nie przypominała.
A w poniedziałek odfruwam naprawdę ("kto mi dał skrzydła i po jaką cholerę?")... Ścisnę funty, zdejmę wszystkie kolczyki, podam kawałek plastiku i odbiję się od ziemi po raz pierwszy w życiu. Potem pewnie będę w nieskończoność wspominać tych parę wyspiarskich godzin, o ile oczywiście uda mi się wydostać z lotniska - ze mną przecież nigdy nic nie wiadomo.
Zazdroszczę ludziom gór. To jest jedna z niewielu rzeczy, których ludziom zazdroszczę. Chociaż właściwie góry nie należą do człowieka, bo góry są swoje własne. Jak koty i bardzo małe dzieci. Więc może powinnam napisać: zazdroszczę ludziom wypraw. Przeżywania, dotykania, smakowania, otarć i skaleczeń, strug deszczu i promieni słońca. Może moje wyprawy jeszcze daleko, daleko przede mną, może prawdą jest, że zdobyte już się nie liczy. Przestaję więc liczyć, z liczeniem zawsze było u mnie na bakier.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz