środa, 30 grudnia 2015

old is gold

Przerażają mnie te biura i te panie w biurach. Przerażają mnie ich starannie pomalowane na czerwono paznokcie i usta w kolorze krwi, przerażają mnie ich zaczesane włosy i perfekcyjne cery. Przerażają mnie ich torby z lakierowanej skóry i białe kołnierzyki, bo przecież białe bluzki wybitnie mi nie pasują. Przeraża mnie ich ton służbistek, chłodna ocena, takie bycie stąd-dotąd. Przeraża mnie ich nowomowa, przerażają mnie te biurka i krzesła, zawsze takie olbrzymie, chyba tylko po to, żeby się człowiek czuł jeszcze mniejszy i jeszcze bardziej nieważny. A mimo to dziś chyba całkiem nieźle poszło mi udawanie dorosłej.
Zresztą jakie to ma znaczenie, skoro przy kupowaniu litra wina o dowód jak pytali, tak pytają. Jestem pieprzonym Benjaminem Buttonem.

Pytała mnie dziś A. z niedowierzaniem, czy ja naprawdę byłam tym czarnym kotem. Ano byłam. W moim poprzednim życiu. Miewałam też fioletowe albo czerwone usta, czerwone glany, kolorowe rajstopy. I niewiele w głowie.
Chyba serio się zestarzałam. Trochę mi smutno, a trochę wiem, że tak musi być. Jutro za to wypiję zbyt dużo szampana.



sobota, 26 grudnia 2015

hej w dzień narodzenia

Jadę tramwajem, patrzę przez okno i znów się wszystkiemu dziwię. Jakaś pani przebiega przez ulicę na czerwonym, w rękach milion siatek, bo przecież trzeba zdążyć. Jak zginie, to przynajmniej bohatersko, Matka Polka Karmicielka. Przypną jej do piersi Order Karpia Królewskiego.

Stoimy z Anką na moście i nie chcemy iść. Kostnieję, nie czuję rąk, choć przecież nie jest aż tak zimno. Mija nas jakiś człowiek, patrzy pytająco. Zaczynamy wrzucać na wszystkich i wszystko, wylewa się z nas polska żółć, a ja wiem przecież, że tak nie można i nie wypada, ale nie umiem przestać. Po jakichś dwudziestu minutach facet wraca, nuci jakąś sobie tylko znaną melodię. Z kimś mi się kojarzy. Patrzy na nas jeszcze bardziej pytająco. Tak, proszę pana, można nie chcieć iść na wigilię. 

Musimy wejść, nie można stać pod blokiem i udawać, że się jest niewidzialnym. Tak, jak się spodziewałam. Dużo krzyków, życzenia z dupy, opłatek na podłodze, szczek i wycie, ucieczki do kuchni, narzekanie, krytyka wszystkiego co możliwe... Spokój tylko przy samotnym myciu naczyń. Śmiech tylko z dziadkiem przy jego smażeniu pierogów. A poza tym Morze Bałtyckie stresu i spięcia.

Taksówka przyjeżdża w sam raz. Miki spokojnieje, co wprawia nas wszystkie w konsternację, bo przecież nigdy tak nie miał. A taksówkarz to, o dziwo, wcale nie Janusz z wąsem. Mam ochotę zapytać, czy jego wigilia też jest tak chujowa, że musi uciekać do pracy, ale oczywiście jak zwykle nie starcza mi odwagi. Przez całą drogę udaje mi się powiedzieć tylko nazwę ulicy. Dom.
Dom?

No kurwa nie wierzę, że można to lubić.

sobota, 14 listopada 2015

je suis Paris

Nie napiszę, że się modlę, bo modlić się nie umiem i nie chcę. Ale myślę, myślałam pół nocy. I im dłużej myślę, tym bardziej jestem przerażona. Piątek trzynastego nie musi być szczęśliwy, a przynajmniej nie dla wszystkich. Dla Paryża na pewno nie. Morze słów już popłynęło, trudno w to wszystko uwierzyć. Jak sobie przypominam te ulice, te miejsca, kawiarnie do późna wypełnione ludźmi... Cel idealny.
Włączył mi się film, te kilka chwil tam, u nas wciąż prawie zima, a tam późna wiosna... Nasz śmiech, i bieg po mieście, odkrywanie wciąż nowych miejsc, siedzenie w knajpach, włóczenie się, zmęczenie, radość... Przecież ja tam byłam. Pamiętam Les Halles, pamiętam to słońce, pamiętam czekanie, pamiętam kolorowy tłum, pamiętam...
Nie wiem, czemu aż tak nie przerażają mnie wielkie liczby. Tysiące, dziesiątki, setki tysięcy zabitych nie robi takiego wrażenia jak lekko ponad sto. Patrzę na to wszystko wielkimi oczami. Chyba nie umiem myśleć abstrakcyjnie. Chyba nie mam serca.
Mama mówi, że będzie wojna.

poniedziałek, 26 października 2015

no patrz

Najpierw spotykam go gdzieś w biegu. Biegnę ja, on idzie spokojnie. Na pustej drodze jesteśmy sami. Nie wiem, czemu go wołam, i nie wiem jeszcze bardziej, czemu on przychodzi. Ja wyciągam rękę, a on mokry nos. Dziwi się, pewnie nikt na niego nie zwraca uwagi. Żegnam się z nim, choć tak niewiele czasu minęło od niespodziewanego powitania, i biegnę dalej. On stoi zdezorientowany i patrzy za mną. Dogania mnie potem, choć nie chce gonić. Po prostu sobie jest, a ja nie po prostu sobie stoję, bo trochę mi się jednak spieszy. Siada dokładnie naprzeciwko mnie i wiem, że patrzy mi w oczy, choć już nic prawie nie widzę w tym zapadającym zmroku. Wolno odwraca łeb w kierunku nadjeżdżającego autobusu, potem znów skupia wzrok na mnie. Nie mam pojęcia, skąd wie, że pojadę - ale wie na pewno. Ze wszystkich istot na świecie tylko on zostaje w jednym miejscu.
Gatunek Canis lupus familiaris, typ kundel, podtyp wiejski.

I tak sobie myślę, czy bardziej istnieję tylko wtedy, gdy się na mnie patrzy.

poniedziałek, 19 października 2015

A.

Myślę, że każdy w życiu musi spotkać swoją Agnieszkę.
Nikt nie jest na spotkanie w pełni przygotowany, bo też i nie można się na nie przygotować - zwłaszcza jak się jest piętnastoletnim dzieciakiem, a ona przychodzi taka tuż sprzed matury. Przychodzi i wszystko wywraca do góry nogami.
Ja swoją Agnieszkę (choć ona nigdy nie była moja, bo nikt nie może być nigdy czyjś, a już zwłaszcza ona) spotkałam wcześnie, ale chyba nie za wcześnie. Zdążyła mi jeszcze uratować życie.
Zjawiła się nagle jak czarny kot i przecięła mi drogę na francuskim. Mgliście pamiętam pierwsze spotkanie, mam w głowie migawkę, jak siedzi przede mną i nagle się odwraca, żeby się przedstawić. A potem poszło, niezliczone godziny rozmów i śmiechu, i nasza nierozłączność, i nieumiejętność znalezienia sobie miejsca, gdy tej drugiej nie było. Bazgranie na marginesach zeszytów, jej zapisywanie co dziwniejszych słówek (pamiętam, że dopytywała o "pęcherz"), odliczanie minut do końca (ileż razy wychodziły ujemne). Znów czuję to przenikliwe zimno na skórze, gdy mi się przypomina jak stawałyśmy na rogu i nie mogłyśmy się nagadać, a potem ona odprowadzała mnie pod sam dom i słowa płynęły same. Dużo rysowała, czasem wpadała z wielkim brystolem, wciąż mam przed oczami jej ręce brudne od ołówka. Porażała mnie i onieśmielała inteligencją i ciętymi ripostami, bo przecież bywała chamska, ale tylko i wyłącznie odpowiadając na głupotę. Fascynowała opowieściami z biolchemu, choć umiała też uważnie słuchać. Pocieszała, ale nie bezsensownie - a ja wtedy tak bardzo potrzebowałam jakiegoś sensu. Ciągle coś czytała, w drodze do Francji na przykład podrzucała mi co ciekawsze kawałki z "Bunga", którego do dziś nie udało mi się zmęczyć (choć zamiar jest!). Widzę ją w Krakowie, gdy razem biegniemy przez mój ukochany Kazimierz w poszukiwaniu jagodzianek (które chyba złośliwie przed nami pochowali).
I cała Francja przecież! Ile tam się wtedy działo! Uratowała mi skórę (dosłownie!) kremem, biła na głowę w kalamburach, zaskakiwała najdziwniejszymi pytaniami świata, okazała się mistrzynią wrzucania żelków. Wciąż z aparatem, wciąż w marszu, dyskutowała ze sprzedawcami i z Bogdanem, non stop wyśmiewała płytkość współtowarzyszy podróży...
Potem zniknęła, odfrunęła na studia do dalekiego Wrocławia. Nie polubili się chyba, bo pewnego kryzysowego popołudnia odezwał się telefon. "Hej, pamiętasz mnie?" Wybiegłam na mróz i powitał mnie ten sam kolorowy szalik.
Nie mogła się nagadać, znów wracałyśmy te kilkaset metrów przez prawie dwie godziny. Wytrzymała do wigilii, do pamiętnego pożaru gaszonego gazetą. A potem znów wezwał ją świat.
Nie zostało mi po niej wiele. Kilka zdjęć, gdy byłyśmy najszczęśliwsze na świecie. Bransoletka z wieczoru w Paryżu, ta "for good luck", co mi się w końcu rozsypała na kawałki. Kilka słów nagryzmolonych w pośpiechu w podróżnym zeszycie. Rysunek domu. Ciary na plecach za każdym razem, gdy słucham Jandy i Grechuty. Okulary przeciwsłoneczne we wściekłych kolorach. Przepis na kawę po orleańsku. I przekonanie, że muszę sobie dać radę, że nie mogę się dawać wciąż popychać.
Zupełnie nie wiem, czemu do mnie wróciła po takim czasie. Zaskakujące, jak łatwo można kogoś wymieść z pamięci. Raz-dwa i koniec, nie ma, kim jest ta pani? Kim ona była, jaką grała rolę? A potem nagle klik, ekran się rozświetla, litery składają się słowa, a słowa w zdania. Włączam stary telefon i nie wierzę własnym oczom.
"Czyś jest już tam, w La Belle France? Jeśli tak, to pamiętaj proszę o mapie."

Jeszcze nie, jeszcze mnie tam nie ma. Jak dojadę, to kupię Ci przepiękną la carte de France, choć będę udawała, że to dla mnie.

A ty pewnie znów gdzieś w świecie wypijasz o pół wina za dużo.

sobota, 17 października 2015

nietolerancja laktozy

Przypomniało mi się, że gdy w tym poprzednim życiu jako dzieciak chciałam coś powiedzieć, to na ogół mnie uciszali. "Lepiej pij to mleko, a nie." Więc piłam, bo byłam zbyt grzecznym dzieckiem, a biel w kubku była jak odbicie ciszy po niewykrzyczanych słowach, nieważne jak szczerych.
Zostały mi po tym wszystkim dwie prawdy o mnie.
Pierwsza: wolę milczeć niż mówić.
Druga: nienawidzę mleka.

sobota, 3 października 2015

moc w przemoc

"Wychowuje się nas, dziewczynki, jakbyśmy były odpowiedzialne za męską seksualność. Tak jakby moja krótka spódnica mogła być powodem, dla którego chłopiec nad sobą nie zapanuje. To nas się uczy od samego początku, by nie wracać późno w nocy, by informować bliskich, gdzie jesteśmy, by w ręku nosić klucze do obrony, by nie wsiadać do pustej windy, by nie rozmawiać z nieznajomymi. Wiemy, że powinnyśmy robić wszystko, by nie doszło do gwałtu. Nie znajduję podobnej listy dla chłopców. Nie uczy się ich tego, by nie naruszali integralności ciała kobiety, nie uczy się ich, by nie gwałcili, by się upewniali co do zgody." - Ewelina Seklecka, "WO"

Słowo na sobotę, amen.

czwartek, 1 października 2015

pierwszy po raz kolejny

Znalazłam coś pięknego. Znaczy nie wiem, czy to jest piękne tak w ogóle dla świata, bo pisałam to ja, więc jestem bardzo nieobiektywna, ale dla mnie to subiektywnie rzecz piękna. Rzecz, a raczej tekst. Coś, co powstało troszkę ponad rok temu pod wpływem sierpniowych emocji, zostało wysłane na jakiś konkurs i słuch o tym zaginął, a teraz przypadkiem powróciło, wynurzyło się z morza zapomnianych plików... Wstawiam, a co. Kolejny kawałek mnie. Kiedy się stałam taką ekshibicjonistką?
Anyway, leci tekst.

„Pierwszy”

Idę Igielnicką, z nieba leje się żar, a ludzie w mikroświatach swoich toreb i plecaków szukają wody, żeby się ochłodzić. Mijam człowieka z twarzą zasłoniętą kurtyną papierosowego dymu, dym wlatuje mi przez nos do gardła i lekko dusi. Pierwszy papieros, mam prawie dziewiętnaście lat i jest zaskakująco przyjemnie, ale się nie zaciągam. Buty szurają po zakurzonym chodniku, sznurówki zbierają piasek. Na ławce bezdomny pociąga łyk taniego wina i trudno powiedzieć, czy patrzy w niebo i liczy chmury, czy duma nad swoim dalszym losem. Pierwszy alkohol, mam prawie siedemnaście lat i dają mi wódki, a ja nie odmawiam. Odmawiać nie umiem do dziś.
Przy Stolarskiej zawsze rosną kwiaty, ludzie dbają o przydomowe ogródki jak o członków rodziny, a może nawet bardziej. Maki jak pod Monte Cassino (podobno), wysokie na ponad metr malwy, wielobarwne bratki. Pierwszy bukiet kwiatów, są moje urodziny, a ja jeszcze nie zdążyłam zaakceptować faktu, że kwiaty więdną bez wody.
Ulica wije się w dół i lekko zakręca, a ja razem z nią, bo dziś nie ma powodu, by tego nie zrobić. Uszy wyłapują najdrobniejszy szelest liści, stukot obcasów o szary bruk, śmiech dziecka, narastające wycie karetki pogotowia. Biały olbrzym śmiga tuż obok mnie, błyskając lampami, podrywając moją bezskrzydłą przecież sukienkę do lotu. Pierwsza śmierć, mam sześć lat i nie rozumiem, czemu ktoś znika i nie można już z nim nigdy więcej iść na spacer.
Uspokajam się wraz z sukienką, by chwilę później podskoczyć na widok bandy wyłażących nie wiadomo skąd dzieciaków. Wiele z nich nie ma przednich zębów, za to zdarte kolana jak najbardziej, przy czym oba te zjawiska da się wytłumaczyć ich wiekiem. Tuż za główną bandą biegnie wesoło para, pełen energii chłopiec i czarnowłosa dziewczynka. Pierwsze zakochanie, jestem w czwartej klasie i znajduję w plecaku czerwone serduszko z dużą ilością tekstu i jeszcze większą ilością błędów. Nigdy potem nie dostanę nic bardziej szczerego.
Oślepia mnie na moment błysk słońca w otwieranym oknie. Szukam wzrokiem źródła światła, znajduję szybę, za szybą sznurek, na sznurku powieszone równo rzędy prześcieradeł białych jak puszysty śnieg, za którym nie tęsknię. Jest ich tyle, że swoją bielą mogłyby rozświetlić pół ulicy. Pierwsza komunia, w sukience czuję się jak księżniczka, choć może już wtedy podskórnie czuję, że to pierwsza i ostatnia tak biała sukienka w moim życiu.
Dochodzę do skrzyżowania z Rajską. Co za piękna nazwa dla tak brzydkiej ulicy, co za ironia losu przychodząca zawsze wtedy, gdy człowiek najmniej się tego spodziewa. Robię krok i prawie wpadam pod samochód, kierowca mija mnie w ostatniej chwili z oburzoną miną. Pierwsza jazda samochodem, mam dziewiętnaście lat i wjeżdżam w działkę sąsiada koleżanki, jakby to była moja posesja. Nikomu nic się nie dzieje, cierpią tylko zepsuty doszczętnie zepsuty płot i wygięta tablica rejestracyjna.

Syreny zatrzymują mnie z impetem tak gwałtownym, że choćbym chciała, to nie mogę się ruszyć. Wbrew pozorom nic wokół mnie nie zamiera, życie toczy się dalej, wiatr dmucha w liście, a słońce pali mi ramiona. Wycie obezwładnia, chce się wszędzie dostać, mocno odcisnąć na ciałach ślady swoich papilarnych linii. Pierwszy sierpnia, powstanie.

piątek, 18 września 2015

and justice for all

Siedź prosto, bo jak się będziesz garbić, to cię nikt nie zechce. Wyglądaj schludnie, odzywaj się tylko wtedy, gdy zapytają. Nie krzycz, nie biegaj, nie skacz jak małpa. Sukienka? Oczywiście, ale przyzwoitej długości, gdzieś tak do kolana. Rozpuszczone włosy? Nie, lepiej zwiąż, bo falujące na wietrze pasma są szalenie niepraktyczne. A w ogóle to lepiej ci obetniemy, gdzieś tak za ucho (plus obowiązkowa grzywka). Nie baw się samochodami, to dla chłopców. Co z tego, że lubisz? Masz tu zestaw małej kucharki. A właśnie, idź do kuchni i pomóż babci, coś tam właśnie gotuje. Ucz się pilnie, bo bez nauki nic nie osiągniesz. Przynoś piątki i świadectwa z paskiem, ale nie chwal się, dziecko, broń boże się nie chwal, bo powiedzą, żeś zarozumiała i nie będziesz miała przyjaciółek. A jak tam w ogóle z przyjaciółkami? Masz ich wiele? Musisz ich mieć wiele, nie ma nic lepszego niż grono przyjaciółek, możecie poobgadywać chłopców, tylko nie za głośno, bo jeszcze usłyszą i się obrażą. Nie możesz mówić innym, że są głupi, to nieładnie. Lepiej nic nie mów. Chcesz się malować? Dobrze, ale lekko, dyskretnie. Czerwone usta? Czyś ty oszalała?! Jak dziwka chcesz wyglądać? A z chłopakami to wiesz, uważaj. Pamiętaj, że dziewczyna zawsze musi uważać, chłopak nigdy niczego nie ogarnie, ty masz mieć rękę na pulsie. Alkohol na osiemnastkę? Ach, no tak, pierwszy drink! Więcej nie pij, dziewczynki tak nie piją. Nie wychodź po nocy, bo cię zgwałcą, obrabują i zabiją. Lepiej się zajmij nauką i szukaniem męża, no chyba kiedyś chcesz mieć męża? A jak będziesz miała swoje dzieci, to dopiero zobaczysz. W ogóle czemu nie jesteś jak Weronika, laleczko? Czemu nie możesz być jak ona?

Laleczka, ślicznotka, modelka, wnusia, córcia.
Kurwa, dziwka, szmata, zdzira, suka, pizda.
Dziewczyna, kobieta.

Czekam, aż się wreszcie raz na zawsze od nich odpierdolicie. Od innych kobiet, od ich macic, jajników, niechęci lub miłości do dzieci, skłonności lub obrzydzenia do alkoholu i papierosów, wielu lub niewielu partnerów, skąpych lub skromnych ubiorów, częstych lub rzadkich imprez, odmiennych lub podobnych poglądów. Od ich marzeń, wyobrażeń, stylów życia, zachowań, odzywek, używek, charakterów, inspiracji, wad i zalet. 
Czekam, aż się wreszcie raz na zawsze ode mnie odpierdolicie. Od moich zmiennych humorów, macicy i jajników, nienawiści do dzieci, skłonności do alkoholu i papierosów, miłości do czerni, nocnego łażenia po mieście. Od mojej wolności umysłu, ciągle doskonalonej tolerancji, akceptacji inności, poczucia bezradności, od mojej innej drogi życiowej, innego sposobu myślenia, od inspiracji, używek, charakteru. Od mojej przemądrzałości, morza przeczytanych książek i obejrzanych filmów, od marnowania życia, od wad i zalet. 
Odpierdolcie się raz na zawsze, wy, matki, ciotki, babki. Laleczki, ślicznotki, modelki, wnusie, córcie, kurwy, dziwki, szmaty, zdziry, suki, pizdy. Dziewczyny, kobiety. Zrozumcie, że nienawiść zabija. Że karma wraca, a dobro rodzi dobro. Że skoro i tak przez te wszystkie lata nas wystarczająco zeszmacili, to może wreszcie czas to zmienić i przestać patrzeć na swoją własną płeć wilkiem (swoją drogą, to obraza wilków). Zrozumcie to wreszcie. I uważajcie, bo przecież "there is a special place in hell for women who don't help other women."

Zbyt długie post scriptum: wszystkie te słowa z pierwszego akapitu słyszałam niejednokrotnie. Jakie to szczęście, że do serca wzięłam sobie tylko te o nauce. Kazałyście mi się - wy, matki, babki, ciotki - uczyć, więc się uczyłam. Czytałam, oglądałam, chłonęłam. A przy okazji malowałam usta na wściekłą czerwień i ciemny fiolet, biegałam w czerwonych glanach, słuchałam punk rocka, śmiałam się w głos i wrzeszczałam na środku ulicy. Miewałam poobijane kolana. Znienawidziłam dzieci. Wyśmiewam głupotę. Gdy się z kimś nie zgadzam, to wciąż się uczę, żeby nie siedzieć cicho, tylko mówić wprost. Nie śmieję się z głupich żartów. Nie wiem, co to znaczy, że "coś wypada". Alkohol lał się sporo przed osiemnastką, a papierosowy dym od dawna tworzy wzory w powietrzu. Nie daję ręki do całowania, wolę spodnie od spódnicy, choć czasem zakładam zbyt krótkie sukienki. Nie chce mi się uczyć gotować. Nie chcę być matką i żoną, o kochance myślę natomiast coraz częściej. Zapuszczam włosy i nienawidzę ich związywać. Myślę, że na ślub przyjaciółki przyjdę w garniturze. Strzelam sobie zbyt dużo selfie i czasem włóczę się po nocach. Zdobywam góry. Nie przestaję się uczyć.
Coś się wam - matkom, babkom, ciotkom - jednak udało. Tak bardzo nie chciałam być wami, że postanowiłam być mądrzejsza.

wtorek, 15 września 2015

nowhere girl

Zastanawiam się skąd ona mnie aż tak dobrze zna, i może naprawdę umiejętność czytania w myślach to nie są jakieś wyssane z palca bzdury, skoro w ten wieczór gdy najbardziej na świecie chcę zniknąć ona przychodzi z butelką francuskiego wina. Może w określeniu "matka chrzestna" powinno się zostawiać tylko "matka".

Ostatnie dni wakacji (ha, ha, ha) kulturalne do porzygu. Odkrywanie filmów i seriali negatywnie wpływa chyba tylko na moje oczy, które niedługo odmówią współpracy i pewnie nawet mnie to jakoś specjalnie nie zdziwi. No cóż, wszystko się kiedyś kończy.

Jestem z siebie dumna jak nie wiem co, bo nie wiem co u włóczykija, i tak sobie nie wiem od dłuższego (najdłuższego jak na razie) czasu. Pierwszy raz jestem taka dumna ze swojej niewiedzy. Z tej okazji się opycham czym popadnie i z przerażeniem odliczam dni do października. Chociaż odkąd wiem (bo wiem!) że wyśmiewanie głupoty będzie w pełnym składzie, to przerażenie jest zdecydowanie mniejsze. Nawet całkiem malutkie.

I takie myśli zamiast post scriptum: niby wiadomo, że wyjaśnianie dziecku świata jest pierdolonym obowiązkiem rodziców, ale już wyjaśnianie świata córce przez matkę powinno być uregulowane prawnie, a każde niedopatrzenie tegoż obowiązku powinno być zagrożone pozbawieniem wolności do lat dwudziestu.
Bo po co kogoś przytulać, skoro nie ma okazji?
No pewnie, po nic. Można po prostu wypuścić przerażone stworzonko z klatki do wielkiego świata i się dziwić, że sobie nie radzi.
W sumie niezła zabawa. Popatrzmy razem, jak się można bać życia. Tylko nakleję uśmiech na twarz i łyknę piąty aviomarin, żeby się nie porzygać od nadmiaru normalności.



środa, 9 września 2015

auuuu

Skarbeniek mi ostatnio podsunęła wspaniałe powiedzenie - "wzrok nieskażony myślą". Cudne. Muszę częściej (niestety!) używać.

Jesień przyszła, choć niby jeszcze lato ma na chwilę zajrzeć. Sweater weather. Jak zwykle przegapiłam moment przejścia - a może go nie było?

Cytat na dziś:
"Men still have trouble recognizing that a woman can be complex, can have ambition, good looks, sexuality, erudition and common sense. A woman can have all those facets, and yet men, in literature and in drama, seem to need to simplify women, to polarize us as either the whore or the angel." - Natalie Dormer

Zdecydowanie wolę być kurwą.

niedziela, 6 września 2015

kulturwa

My tu jakieś pieprzone JOWy, a w Budapeszcie na dworcu (i nie tylko tam) tłumy. Ci ludzie chcą tylko lepszego życia. TYLKO. Wiadomo, że nie da się wszystkich mierzyć jedną miarą. Wiadomo, że część przyjeżdża po zasiłek. Ale część nie. A ci wielcy, cywilizowani, ci z prawem oceniania, za to przeważnie bez mózgów - przerażeni. Czego się boicie? Samych siebie się boicie. Zobaczenia swojej biedoty w oczach innych ludzi.

Patrzę wieczorami na światła w oknach i zastanawiam się, co się tam dzieje. Wyobrażam sobie ludzkie historie, bo tak łatwiej uciec od samej siebie. Kiedyś Janek mówił, że z dymem wypuszcza wszystkie zmartwienia. Wtedy nie mogłam zrozumieć, dziś rozumiem coraz lepiej.

Jakaś niespodziewanie kulturalna niedziela mi się zrobiła. To tak w ogóle można? Pisarze, poeci, tłumacze, rozmowy o teatrze, zapomniany Grzegorzewski przewijający się echem, migawki przeuroczej pani Szaflarskiej w "Pora umierać" (czeka w długiej kolejce do obejrzenia). Zapomniałam, jak to było, gdy się znało nazwiska teatralnych twórców dużo lepiej niż swoich rówieśników. Na razie wynajduję coraz to nowe filmy i seriale, a w te ostatnie, o dziwo, wsiąkam. Do tej pory mi się to nie zdarzało, bo przecież wszystko mi się szybko nudzi. I wróciłam do Zadie. Zaczyna być dobrze?

Smutną konstatacją wczorajszego wieczoru było uświadomienie sobie, że chyba nigdy nie miałam szesnastu lat. A o dowód jak pytali, tak pytają, od jakiegoś czasu przynajmniej. Ironia losu jest wprost niebywała. Jak się nie ma gdzie pójść, to się w końcu idzie spać.

czwartek, 3 września 2015

trzynastka

Wymyśliłam sobie tę trzynastkę, sama do mnie przyszła jakiś czas temu, chociaż powinnam się dzisiaj bardziej ucieszyć. Jednak jestem kiepska w udawaniu, Krystyna Janda ze mnie żadna. Szkoda. Nawet opijanie "sukcesu" jakieś takie słabe. Telefony bardziej męczą niż śmieszą. Niech to się już skończy, uspokoi, ucichnie. Niech już będzie czas nabijania się z bezgranicznej głupoty.

Wykopałam stary notes z szufladowych czeluści. Wow. Tyle myśli mi się kłębiło w głowie rok temu, tyle słów i obrazów musiałam przez siebie przefiltrować i potem z siebie wyrzucić... Dobrze, że papier jest cierpliwy. Dobrze, że papier jest.

"A potem, jakby za karę, że ktoś mi się dostał, zabierano mi po kawałku, człowiek po człowieku, miesiąc po miesiącu to, co zdołałam pokochać."
Ignacy Karpowicz - "Sońka"

les jours tristes

Nic nie poradzę na to, że jestem sentymentalnym głupkiem.
Jak miałam tak mało lat, to wszystko mi się tam wydawało inne. Schody jakieś większe i bardziej strome, bardziej męczące... Większe sale, większe ławki, większe krzesła... A teraz wchodzę taka sama i taka inna, i znów mogę mówić i słuchać, czas przecieka przez palce, rozszerza się i kurczy, znów nic nie znaczy... Wodzę wzrokiem po szafkach. Za szkłem zamkniętych kilkanaście słowników i kilka szczęśliwych chwil, ta noc w Chambord, zamek jak z bajki i my w niepoważnych ciuchach, z uśmiechami które prawie nie schodziły z twarzy przez te kilkanaście dni... Mapa na ścianie, ta sama, na którą patrzyłam w chwilach zamyślenia i niewiedzy... Le Val de Loire. Jak ja mogłam tam być? Kim była ta dziewczyna, ten dzieciak, który się obrażał z byle powodu i któremu wszystko przechodziło jak ręką odjął po kilku minutach?
Można wrócić po ponad roku i rozmawiać jak gdyby nigdy nic, jakby się wyszło tylko na pół minuty. Nigdy tych rozmów nie zaczynamy i nie kończymy, one się toczą, dzieją, biegną gdzieś przed siebie na złamanie karku, bo jeszcze tyle trzeba opowiedzieć, bo tyle się wydarzyło, tak dużo, że prawie nic...
Sama nie wiedziałam, że mi tego tak brakowało. Słuchania. Mówienia. Powrotu na stare śmieci. Przejścia się ulicą, którą się znało dużo lepiej niż własną kieszeń (bo kieszeń często zaskakiwała drobniakami i resztkami chusteczek, a ulica była przewidywalna z każdą swoją dziurą w betonie). I czyjejś bezgranicznej wiary mi brakowało. Melodii z "Amelii" wybrzmiewającej nagle echem w pustej sali.
Przez chwilę miałam wrażenie, że to mi się wszystko śniło, że się wcale nie zmieniłam. Że to tylko złudzenie, że wciąż jestem tym samym prawie francuskim dzieciakiem. Ale potem, gdy wychodzę i zapalam papierosa, jednego z tych niewielu, które jeszcze zostały, to wiem, że nie. Zmieniłam się, zmieniam się, zmienię się.
Chyba dorosłam i zgłupiałam.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

na serca dnie

Patrzę na ciebie, tyle lat cię już znam, tak niewiele o tobie wiem - a to wciąż wychodzi, jak wtedy, gdy mówiłaś o dziadkach, a moje zbyt ciemne oczy robiły się coraz większe i większe. Dlaczego nie wiedziałam o tym wcześniej? Dlaczego nie ma jakiegoś pieprzonego obowiązku, żeby wyjaśniać wszystko, bo potem taki dzieciak nie ma pojęcia, czy to, co robi, jest normalne?
Tak wielu rzeczy nie mówię na głos, nawet szeptem, bo nie chcę zapeszać, bo nie chcę cię straszyć, bo już za dużo i za mało przeszłaś. "Dziecko zaczyna kłamać, gdy zostanie ukarane za to, że mówi prawdę."
Tak mocno się często nie zgadzam i tak bardzo się boję (jednak!), bo nie rozumiemy szczęścia tak samo. Czasem cię za to nie lubię. I wtedy nie lubię siebie, bo patrzę na stare zdjęcia i widzę moją twarz, i się zastanawiam kiedy to się zmienia, kiedy się wyostrzają rysy i sposób postrzegania świata. Kiedy się kończy radość. Kiedy się przestaje na coś czekać.
A potem znów robimy coś, co pozwala nam odfrunąć od rzeczywistości. Jak chodziłyśmy po Paryżu, to byłaś jak dziecko w sklepie ze słodyczami, uśmiech nie schodził z twojej twarzy. Płakałaś w delfinarium, z radości. Śmiałyśmy się tak głośno i nie mogłyśmy się uspokoić, a ten śmiech gdzieś tam został, obie dobrze to wiemy. Ciągle się toczy echem po Sekwanie w leniwe niedzielne popołudnia.
Śmiejesz się też dziś, a mnie się wydaje, że masz 20 lat, i może nawet przez chwilę tobie też się tak wydaje, chociaż potem zawsze kolor który wybierasz jest ciemniejszy niż jaśniejszy.
Uczysz, żeby być twardzielką. Powtarzasz, że "biedronki nie płaczą". Gówno prawda. Biedronki płaczą dużo częściej, niż ci się wydaje. Tylko że ty tego nie widzisz, bo biedronki potrafią to pięknie ukrywać.
Nie dajesz sobie już prawa do szczęścia, a mnie to boli, bo na dłuższą metę tak się nie da. Nie wierzę, że nie boli też ciebie. Przecież my jesteśmy takie same.
Zapytałaś kiedyś, czy widziałam "Podwójne życie Weroniki", a mnie to uderzyło, bo sobie zdałam sprawę z tego, że już mnie prawie nie znasz. Co ja lubię? Gdzie chodzę, z kim się spotykam, co mnie fascynuje, gdzie uciekam jak się pali świat, z czego się śmieję jak jest dobrze? Co czytałam, widziałam, zapamiętałam?
Jak byś mnie opisała komuś, kto mnie dobrze nie zna? Jak byś mnie opisała samej sobie?
Tak wielu pytań ci nie zadaję.
No co za pieprzona dewotka, ja nie mogę... To tak, jakbym ja miała zostać przy jednym piwie.
Hej, kiedy się zaczyna alkoholizm?

wtorek, 11 sierpnia 2015

odpływ

Gdziekolwiek nie wejdę, tam kościół, Duda, Komorowski, biskupi, in vitro, aborcja, tabletki, Polska B, Janusze wszystkiego... A ja się topię zewnętrznie i wewnętrznie, mózg mi płynie i nie mam siły myśleć, i jedyną konstatacją rzeczywistości może być marne "i chuj wam wszystkim do tego", bo może gdyby więcej ludzi zostawiło w spokoju ciała i sumienia innych, to byłoby jakoś lżej. A tak to nie.
Jakiś debil przywiązał sukę do drzwi schroniska, pierdolony Wilhelm Zdobywca kolejnych maratońskich medali. Oczywiście bóg tak chciał, bo bóg zawsze chce, no patrzcie. Kocham zasłanianie się religią, zwłaszcza w takich wypadkach. Już od jakiegoś czasu chcę wyć i gryźć, jak rasowa suka.

A na Helu spokój. Idziesz portem, śmierdzi rybami, woda to niezmącona tafla odbijająca słońce. Krzyczą mewy walczące o każdy kawałek chleba. Czarne koty grzeją grzbiety, przecież nigdzie im się nie spieszy. Kutry i statki przygotowują się na kolejny dzień pracy. Ludzi bardziej ciągnie plaża niż betonowe nabrzeże, więc panuje względny spokój. Idziesz i myślisz przez chwilę, że świat to może jednak trochę dobry jest.

A wieczorami krzyczy i śpiewa mi do ucha Renata, taka albo taka albo jeszcze inna. Koi nerwy i czaruje dalej, a ja odpływam.

Niepotrzebna wcale mi taka miłość do krwi.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

pieśń o szczęściu

Wolność jednak winem smakuje, hej. Gdybym tylko umiała, to mogłabym o tym stworzyć pieśń. Pieśń o szczęściu jak Mela i Czesław.
A poza tym to wolność czasem pachnie jeziorem, powietrzem po deszczu i waniliową herbatą. Czuć ją w polach, lasach, drogach, palącym słońcu. Czai się w mądrości małych kotów. Siedem liter, w tym dwie tak bardzo polskie. Wolność. Traktaty o niej powstawały, nie będę się bez sensu produkować. Chciałabym wierzyć, że we mnie jednak jeszcze jest.
Walczyli o nią te 71 lat temu. Nie, to nie będzie wpis o Powstaniu. Za dużo tego było wczoraj, żeby móc na chłodno myśleć dzisiaj. Znów jak Warszawa zawyła i stanęła, to mnie przeszły ciary. U nas słońce i jakaś dziwna cisza. "Ej, siedemnasta, powstanie!". Tam wtedy podobno deszcz.
Po co wyście tak biegli, do cholery?
Po wolność. Tę, co o niej czasem zapominasz.

Przypomniało mi się coś karpowiczowego, niech będzie na koniec. Nie wiem, czemu. Tym razem naprawdę nie wiem, czemu.

Nie uda nam się, prawda?
Tak.
Ale spróbujemy?
Tak.

wtorek, 14 lipca 2015

the sickness of long thinking

Tak gdzieś od połowy października byłam w drodze, a teraz koniec i to bardzo dziwne uczucie. Panikowałam, chciałam rzucać wszystko i uciekać, wrzeszczałam że nie dam rady, że nie ma szans, że za dużo rzeczy, za mało czasu... Wypiłam (jak na mnie) morze kawy, wypaliłam wiele papierosów, najadłam się nerwów... I już. Skończone. Skończone dobrze, bardzo dobrze. Zupełnie nie tak, jak Dean Moriarty (zapomniałam, że to się tak pięknie i tak smutno kończy!). W końcu jak to szło? Stanęłam wobec pustki i zawołałam cię, Jack!
A teraz wolność i trochę nie wiem, co z nią zrobić, jak wykorzystać, żeby nie żałować. I tak zawsze żałuję. Taka już moja natura. Na razie popijam piwo zieloną herbatą, za dużo śpię i liczę na to, że zgiełk myśli jakoś przeminie.
Jak dziś mi się przypomniał Muir, to się prawie popłakałam. Tęsknię za "moimi" górami. Za otarciami, pęcherzami, zadrapaniami, zmęczeniem, padaniem na twarz, bólem, myleniem szlaków, błotem, burzami, czasem strachem... Za bezgranicznym szczęściem. Umysł mi już tam pofrunął, ale realne szanse mojego powrotu raczej kiepskie. Być może jak się człowiek bardzo postara, to swoją wolność znajdzie wszędzie. Pewnie tak jest. Ale jeśli moją wolność od prawie czternastu lat znajduję tylko gdzieś wysoko, to chyba nie warto na siłę sobie wmawiać, że bez gór da się żyć.
Nie da się. Ja nie umiem. Przecież "going to the mountains is going home".

niedziela, 7 czerwca 2015

wino marki wino

Rozpisuję sobie od dłuższego czasu Amerykę na słowa. Ależ to śmieszne uczucie. Śmieszno-tragiczne raczej, biorąc pod uwagę mój poziom. Zwracam uwagę na zdania, wyrazy, sylaby, czasem głoski; na brzmienie, rytm, kolejność, znaczenie... Wszystko się liczy, wszystko jest ważne, wszystko ma wpływ... trochę na moje dalsze życie. Nie wiedziałam, że aż tak mocno chwycę się Kerouaca i będę chciała frunąć z jego słowami - a jednak.
Butelka wina na głowę to w ogóle nie jest dużo. Butelkę wina na głowę powinni czasem rozdawać jako słaby antydepresant. Niektórym i to by nie wystarczyło.
Świętowałam urodziny dziadka (winem) i się zastanawiałam, ile jeszcze. A on wydawał się szczęśliwy. I ja byłam, a wtedy są słodycze. Jeśli kojarzę mu się ze słodyczami, a on słodycze kocha najbardziej na świecie, to chyba dobrze?
Kiedyś mi pokazywał żaby. I skróty, którymi się szło na plażę trzy godziny zamiast półtorej. Przełaziliśmy przez płot (jak on to zrobił?). Mówił, żeby się nie bać żuków. Wierzyłam mu najbardziej na świecie, gdy mówił, że nie ma pojęcia, gdzie jedziemy. Kazał pakować plecak i ruszaliśmy w las. Uczył mnie jeździć na rowerze (tłukłam kolana i krzyczałam, że nigdy więcej) i zmywać naczynia (tłukłam szklanki i zadziwiała mnie ostrość szkła). Piekł najlepsze na świecie ciasta, pił czarną kawę i palił mocne papierosy. Robił wszystko to, czego nie był w stanie robić mój ojciec.
Magda Umer śpiewa "Kołysankę dla babci", która mnie nieustannie rozkłada na łopatki, ale w sztuce nikt nie pamięta o dziadkach. A wielu dziadkom można by postawić pomniki, których oni pewnie nawet by nie chcieli.
Bo mogli być chujowymi ojcami. Ale tego przecież nie widziały ich wnuki.

środa, 20 maja 2015

paw

Zebrałam dupę i zasiadłam do pracy, i dopiero sobie uświadomiłam, jak bardzo się nie wyrabiam. Ależ cudownie. Może lepiej być nieuświadomionym, wtedy przynajmniej jest fun. A tak to nie.
Obserwuję zwierzęta wokół mnie, a moja do nich miłość rośnie wprost proporcjonalnie do nienawiści do niektórych ludzi. Jeszcze trochę i mi się ta zwierzęca miłość wyleje z serca, zaleje szary świat czerwoną farbą. O! To by było. Ale może lepiej nie czerwoną, ten kolor ma nieciekawe konotacje, czerwono już przecież było i nie działo się wtedy najlepiej. Proszę pani, a jaki kolor ma pani wolność?
Słucham codziennego hejtu. Uprawiam codzienny hejt. Codzienny hejt się stał naszym sportem narodowym, nas, Polaków z Polszy. Ktoś kiedyś zrobił eksperyment, żeby przez tydzień nie mówić i nie myśleć nic złego o nikim i niczym. Ale NIC, totalnie nic. Spróbowałam. Dobrze mi szło, wytrzymałam pół dnia, a potem mnie wkurwiła sąsiadka hejtująca na innych mieszkańców osiedla. No to pomyślałam, pomyślałam źle, pomyślałam haniebnie, i eksperyment szlag trafił. No i tak.
Doszłam do etapu, gdzie żyje się dla paru momentów w ciągu miesiąca. Spotkania. Słuchanie. Inspiracje. Szarość pomiędzy, a potem znów kolory. Maluję usta na ciemno. Hej, hej, zauważ mnie.

czwartek, 30 kwietnia 2015

traper

Nie powinno się pewnie przywiązywać do rzeczy, bo to płytkie i nierozsądne, ale przecież ja słowo "powinnam" wykreśliłam ze słownika. A może po prostu jestem płytka i nierozsądna. Z moich głupawych przywiązań do ludzi i rzeczy, zwłaszcza do rzeczy, można stworzyć księgę paranoi.
Stwierdziłam, że skoro to moja część wirtualnej przestrzeni, i skoro już i tak bezsensownie ćwiczę palce stukając w klawiaturę, i skoro były ze mną od tylu lat i złaziły setki kilometrów, a obtarć i pękniętych sznurówek już nie umiem zliczyć, to mogę tu stworzyć traktat o butach. A co!
Miałam chyba z 14 lat (co za prehistoria!) jak je wypatrzyłam w Dziupli. Moje, moje, moje, miłość od pierwszego wejrzenia - miłość w rozmiarze 40, o dziwo. I pomoc ciotki, i jej nieśmiertelne słowa, że "traper ma być większy, bo...". Bo góry. Bo noga pracuje. Bo podwójne skarpety. Bo stopa rośnie. (stopa już nie urosła, ale poza tym wszystko się zgadzało). I ta nazwa.Wkurzałam się, jak ktoś mówił "glan". Traper! Jak ten człowiek, co ciągle gdzieś idzie. Jak ja.
Wiele w nich przeszłam, wiele z nimi przeszłam, wiele ze mną przeszły. Raz po raz je czyściłam, by za chwilę znów taplać w błocie i nurzać w kurzu. Pojawiały się góry, wciąż kolejne i kolejne, a ja przestałam zauważać nowe szramy i otarcia. Trzymałam się twardo skał, nigdy nic mi się nie stało, często wydłubywałam maleńkie kamyczki z zagłębień w podeszwie. Czubki zdarły się permanentnie, zamalowywała je (tylko na chwilę) czarna pasta. Z zerwanych sznurówek mogłabym zapleść niezłą okrętową cumę. Latem nagrzewało je słońce, jesienią obmywał deszcz, zimą trzeszczały na śniegu, wiosną deptały świeżą trawę. Wielokrotnie zdradzałam je dla innych - lżejszych, zgrabniejszych, odpowiedniejszych na jakąś tam okazję. A potem wracałam jak mąż łajdak (czy raczej żona łajdaczka). Były ze mną na koncertach, imprezach, zwiedziły domy przyjaciół. Były do wszystkiego - do spodni, szortów, raz chyba nawet do sukienki. Biegały, tańczyły, chodziły - ja razem z nimi albo one razem ze mną. Po błocie, kałużach, piasku, betonie, śniegu, lodzie, kamieniach, deskach... Dreptały moją nową historię. Przemierzały kilometry budowlanych marketów. Weszły po raz pierwszy na surowy beton pod szczęśliwą trzynastką. Wchodziły tak jeszcze kilka razy, aż kiedyś zaskoczyły je panele i kafelki. I tak zostało.
Prawie dwa lata temu były ze mną w górach po raz ostatni i widziałam, że nie dają rady. Że ja nie daję rady. Że się razem ślizgamy, potykamy, że nie jest tak bezpiecznie. Że schodziłam im podeszwy. Że byle deszcz na szlaku nas paraliżuje. A jednocześnie dalej biegłam i dalej nic złego się nie działo.
Wielki dzień miały prawie dwa tygodnie temu, na koncercie Lao. Podeptały kilkanaście innych stóp, tym samym ratując mi życie i tratując drogę wśród tłumu. Znów okazały się niezastąpione.
Jakkolwiek bzdurnie by to nie zabrzmiało, trudno mi będzie je wyrzucić, bo nie da się tak nagle wyrzucić kawału życia i wspomnień. A może się da, tylko po prostu ja nie umiem. Może. 
Zdałam sobie sprawę, że trochę się z nimi utożsamiam. Taka pełna rys, zadrapań i pęknięć. Lekko poobijana. W góry, na łąkę, do lasu, przed siebie? Zawsze do usług. Zawsze w drodze. Traper. Cześć, oto ja. 

sobota, 11 kwietnia 2015

odnaleziona

Gdzie człowiek, tam też najczęściej niezrozumienie właśnie. Jak wczorajszej Sońki, tej samej, przy której prawie płakałam, jak jej umierał pies, a potem miłość życia, i przy tym psie chyba nawet bardziej mi było żal.

Sońka jest ładna. Parę osób twierdzi, że jest ładna, więc jest ładna i tyle.
Sońka kupiła czekoladki Wedla (najlepsze czekoladki!) i je wszystkim rozdaje, ale nikomu nie oferuje pudełka. Pudełko jest wielkim czerwonym sercem.
Sońka umie pleść warkocza od tyłu i do góry nogami, tak zawsze zaplatał go Joachim. Joachim nie żyje, więc Sońka umie pleść warkocza sama.
Sońka nie pamięta, jak umarła jej matka. Pamięta tylko śmierć Joachima i suki. Suka umarła jak pies, Joachim zdechł jak człowiek.

Jestem Sońka. Ciebie nie ma, ja cię wymyśliłem.
Jestem. Nie ma cię, nie istniejesz.
Ty jesteś Igor. Jestem Ignacy. 
Ja jestem Sońka. Ty jesteś Magda!
Jestem.

wtorek, 7 kwietnia 2015

ale co

- No ale co dokładnie było tam takie inne?

Wiele czasu już minęło odkąd usłyszałam to pytanie, ale ono wciąż nie daje mi spokoju. Co było takie inne? Nie umiałam tego wyjaśnić wtedy, nie bardzo umiem teraz. Ale spróbuję.
Co było takie inne? Powietrze. Woda. Wieczorna i poranna herbata. Stopy bolące po całodziennym chodzeniu. Wielkie ulice. Szklane i ceglane budynki. Szeregowce. Ludzie. Melodia słów, rytm kroków, muzyka pojazdów, zgiełk pędzącego miasta. Krople deszczu. Wspinanie się wciąż coraz wyżej i nagłe strome zjeżdżanie. Graffiti na murach. Dworce, pociągi, metro, autobusy, taksówki. Jedzone pośpiesznie batony. Słońce w lutym. Czaple i kaczki. Biegacze. Okulary przeciwsłoneczne i wciąż rozpięty płaszcz. Zbyt ciężka torba. Zmęczone ramiona i kręgosłup. Pieniądze. Sklepy. Optymizm ludzi. Najcięższe śniadanie świata. Kilka języków słyszanych jednocześnie w jadalni. Promienie słońca tańczące rano na szybie. Kawa popołudniowa i kawa południowa. Książki. Zasłyszane polskie zdania. Sztuka w muzeach. Wszechobecny Sherlock. Kłopoty z biletami. Bezinteresowna pomoc. Niezdecydowanie. Zamyślenie. Wiecznie zdziwienie. Czekanie na autokar. Ostatnie chwile pod zbyt niebieskim niebem. Ulica żyjąca obok i jednocześnie gdzieś wewnątrz mnie. Przekonanie, że jestem u siebie.

Nie zrozumiesz. Nie zrozumiesz tego wszystkiego, nie tylko dlatego, że cię tam nie było i być może nigdy nie będzie. Ty nie zrozumiesz, bo ktoś, kto za bardzo i za mocno jest "tu", nie może nigdy wczuć się w "tam"; bo ktoś, kto się boi jednej obcej nuty, nie będzie w stanie usłyszeć całej melodii; bo ktoś, kto zadaje takie pytanie, nigdy niczego nie jest w stanie zrozumieć.

Ale co dokładnie było tam takie inne?
Wszystko.
Nie wiem.
Nic.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

girls bite back

Wstyd mi bardzo, ale cóż za niespodzianka, nie za siebie tym razem. Wstyd mi za wiele osób po kolei. Za katoli najbardziej, bo mózgi wielkości orzeszków laskowych zamienili ostatnio na główki od szpilek, a najlepszym na to dowodem jest wszechobecny hejt na Owsiaka. Jeden z niewielu ludzi, o których mogłabym powiedzieć, że realnie coś zmienia; jeden z niewielu ludzi, którego zdzierane do granic możliwości gardło częściej wzrusza niż martwi. Ale nie, trzeba zgnoić. Trzeba dokopać, wejść z buciorami, bo coś mu przecież wyszło. A Polska sukcesu nie lubi, oj nie. Wieczorna modlitwa najlepiej przecież smakuje ze szczyptą nienawiści i staropolskim: "i żeby mu się noga powinęła". Oglądam pana Lisa i nie wierzę, że Terlikowski (który notabene w wigilię nie przemówił ludzkim głosem, nie mówi nim nadal i chyba nie przemówi nigdy) się dziwi, jak ktoś może nie wytrzymać "zwykłego pytania". A no może, bo "zwykłe" konferencyjne pytanie było solidnie zanurzone we wcześniejszym wiadrze pomyj wylanych na WOŚP; bo Owsiak jest osobą która nie udaje, że deszcz pada, jak mu plują w twarz; bo każdy normalny człowiek o zdrowych odruchach ma swoją granicę, której przekroczyć absolutnie nie wolno, jeśli się nie chce oberwać po mordzie. Ale katol statystyczny, katol w laczach przed telewizorem, bardziej na prawo niż na lewo, i tak nigdy tego nie zrozumie.
I za niektóre poglądy niektórych ludzi mi też wstyd, a wstyd o tyle bardziej, że ich znam (niestety?) osobiście. Nie, nie uważam, że każda kobieta musi być matką - a wręcz przeciwnie, lepiej, żeby część matkami nigdy nie została, a z dziećmi miała cokolwiek do czynienia z odległości piętnastu metrów, a i to przez chwilę. Nie, nie uważam, że ktoś ma prawo decydowania o moim ciele, więc jeśli aborcja to tak, czemu nie (dziwnym trafem przestałam się bać ognia piekielnego, jak sobie uświadomiłam, że przynajmniej ciepło będzie i zawsze można ognisko zrobić ze wszystkimi upadłymi), a jeśli coś by mnie przykuło do łóżka i mogłabym mrugać tylko powieką, to chciałabym mieć prawo do śmierci w tym momencie, który bym wybrała. I nie zrozumiem nigdy przemocy, w jakiejkolwiek formie; nie zrozumiem głupoty kobiet trwających przy gnojach, bo "każdy ma swój krzyż" (ciekawie, czy Jezus też jest pakiecie); nie zrozumiem tego, że wciąż jestem oceniana przez pryzmat ciała, a każdy facet ma prawo bezkarnie gapić się na mój tyłek, zamiast skupić się na tym, co mam do powiedzenia; nie zrozumiem tego, że ilekroć siedzę jak chcę, mówię jak chcę, piję i palę, to jestem narażona na pobłażliwe i krytyczne spojrzenia przedstawicieli obojga płci; nie zrozumiem wielu innych rzeczy, które już zaczynają mnie szczerze przerażać.
I wstyd mi coraz częściej za to, że jestem człowiekiem. Patrzę na zwierzęta i mi zwyczajnie wstyd, bo jakim pieprzonym prawem ustawiamy je w hierarchii niżej od nas, najgorszych ze wszystkich kategorii?
Czasem chcę być wilkiem. Jedynym wilkiem atakującym ludzi.