sobota, 26 grudnia 2015

hej w dzień narodzenia

Jadę tramwajem, patrzę przez okno i znów się wszystkiemu dziwię. Jakaś pani przebiega przez ulicę na czerwonym, w rękach milion siatek, bo przecież trzeba zdążyć. Jak zginie, to przynajmniej bohatersko, Matka Polka Karmicielka. Przypną jej do piersi Order Karpia Królewskiego.

Stoimy z Anką na moście i nie chcemy iść. Kostnieję, nie czuję rąk, choć przecież nie jest aż tak zimno. Mija nas jakiś człowiek, patrzy pytająco. Zaczynamy wrzucać na wszystkich i wszystko, wylewa się z nas polska żółć, a ja wiem przecież, że tak nie można i nie wypada, ale nie umiem przestać. Po jakichś dwudziestu minutach facet wraca, nuci jakąś sobie tylko znaną melodię. Z kimś mi się kojarzy. Patrzy na nas jeszcze bardziej pytająco. Tak, proszę pana, można nie chcieć iść na wigilię. 

Musimy wejść, nie można stać pod blokiem i udawać, że się jest niewidzialnym. Tak, jak się spodziewałam. Dużo krzyków, życzenia z dupy, opłatek na podłodze, szczek i wycie, ucieczki do kuchni, narzekanie, krytyka wszystkiego co możliwe... Spokój tylko przy samotnym myciu naczyń. Śmiech tylko z dziadkiem przy jego smażeniu pierogów. A poza tym Morze Bałtyckie stresu i spięcia.

Taksówka przyjeżdża w sam raz. Miki spokojnieje, co wprawia nas wszystkie w konsternację, bo przecież nigdy tak nie miał. A taksówkarz to, o dziwo, wcale nie Janusz z wąsem. Mam ochotę zapytać, czy jego wigilia też jest tak chujowa, że musi uciekać do pracy, ale oczywiście jak zwykle nie starcza mi odwagi. Przez całą drogę udaje mi się powiedzieć tylko nazwę ulicy. Dom.
Dom?

No kurwa nie wierzę, że można to lubić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz