czwartek, 1 października 2015

pierwszy po raz kolejny

Znalazłam coś pięknego. Znaczy nie wiem, czy to jest piękne tak w ogóle dla świata, bo pisałam to ja, więc jestem bardzo nieobiektywna, ale dla mnie to subiektywnie rzecz piękna. Rzecz, a raczej tekst. Coś, co powstało troszkę ponad rok temu pod wpływem sierpniowych emocji, zostało wysłane na jakiś konkurs i słuch o tym zaginął, a teraz przypadkiem powróciło, wynurzyło się z morza zapomnianych plików... Wstawiam, a co. Kolejny kawałek mnie. Kiedy się stałam taką ekshibicjonistką?
Anyway, leci tekst.

„Pierwszy”

Idę Igielnicką, z nieba leje się żar, a ludzie w mikroświatach swoich toreb i plecaków szukają wody, żeby się ochłodzić. Mijam człowieka z twarzą zasłoniętą kurtyną papierosowego dymu, dym wlatuje mi przez nos do gardła i lekko dusi. Pierwszy papieros, mam prawie dziewiętnaście lat i jest zaskakująco przyjemnie, ale się nie zaciągam. Buty szurają po zakurzonym chodniku, sznurówki zbierają piasek. Na ławce bezdomny pociąga łyk taniego wina i trudno powiedzieć, czy patrzy w niebo i liczy chmury, czy duma nad swoim dalszym losem. Pierwszy alkohol, mam prawie siedemnaście lat i dają mi wódki, a ja nie odmawiam. Odmawiać nie umiem do dziś.
Przy Stolarskiej zawsze rosną kwiaty, ludzie dbają o przydomowe ogródki jak o członków rodziny, a może nawet bardziej. Maki jak pod Monte Cassino (podobno), wysokie na ponad metr malwy, wielobarwne bratki. Pierwszy bukiet kwiatów, są moje urodziny, a ja jeszcze nie zdążyłam zaakceptować faktu, że kwiaty więdną bez wody.
Ulica wije się w dół i lekko zakręca, a ja razem z nią, bo dziś nie ma powodu, by tego nie zrobić. Uszy wyłapują najdrobniejszy szelest liści, stukot obcasów o szary bruk, śmiech dziecka, narastające wycie karetki pogotowia. Biały olbrzym śmiga tuż obok mnie, błyskając lampami, podrywając moją bezskrzydłą przecież sukienkę do lotu. Pierwsza śmierć, mam sześć lat i nie rozumiem, czemu ktoś znika i nie można już z nim nigdy więcej iść na spacer.
Uspokajam się wraz z sukienką, by chwilę później podskoczyć na widok bandy wyłażących nie wiadomo skąd dzieciaków. Wiele z nich nie ma przednich zębów, za to zdarte kolana jak najbardziej, przy czym oba te zjawiska da się wytłumaczyć ich wiekiem. Tuż za główną bandą biegnie wesoło para, pełen energii chłopiec i czarnowłosa dziewczynka. Pierwsze zakochanie, jestem w czwartej klasie i znajduję w plecaku czerwone serduszko z dużą ilością tekstu i jeszcze większą ilością błędów. Nigdy potem nie dostanę nic bardziej szczerego.
Oślepia mnie na moment błysk słońca w otwieranym oknie. Szukam wzrokiem źródła światła, znajduję szybę, za szybą sznurek, na sznurku powieszone równo rzędy prześcieradeł białych jak puszysty śnieg, za którym nie tęsknię. Jest ich tyle, że swoją bielą mogłyby rozświetlić pół ulicy. Pierwsza komunia, w sukience czuję się jak księżniczka, choć może już wtedy podskórnie czuję, że to pierwsza i ostatnia tak biała sukienka w moim życiu.
Dochodzę do skrzyżowania z Rajską. Co za piękna nazwa dla tak brzydkiej ulicy, co za ironia losu przychodząca zawsze wtedy, gdy człowiek najmniej się tego spodziewa. Robię krok i prawie wpadam pod samochód, kierowca mija mnie w ostatniej chwili z oburzoną miną. Pierwsza jazda samochodem, mam dziewiętnaście lat i wjeżdżam w działkę sąsiada koleżanki, jakby to była moja posesja. Nikomu nic się nie dzieje, cierpią tylko zepsuty doszczętnie zepsuty płot i wygięta tablica rejestracyjna.

Syreny zatrzymują mnie z impetem tak gwałtownym, że choćbym chciała, to nie mogę się ruszyć. Wbrew pozorom nic wokół mnie nie zamiera, życie toczy się dalej, wiatr dmucha w liście, a słońce pali mi ramiona. Wycie obezwładnia, chce się wszędzie dostać, mocno odcisnąć na ciałach ślady swoich papilarnych linii. Pierwszy sierpnia, powstanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz