Anyway, leci tekst.
„Pierwszy”
Idę Igielnicką, z nieba leje się
żar, a ludzie w mikroświatach swoich toreb i plecaków szukają wody, żeby się
ochłodzić. Mijam człowieka z twarzą zasłoniętą kurtyną papierosowego dymu, dym
wlatuje mi przez nos do gardła i lekko dusi. Pierwszy papieros, mam prawie dziewiętnaście lat i jest zaskakująco
przyjemnie, ale się nie zaciągam. Buty szurają po zakurzonym chodniku,
sznurówki zbierają piasek. Na ławce bezdomny pociąga łyk taniego wina i trudno
powiedzieć, czy patrzy w niebo i liczy chmury, czy duma nad swoim dalszym losem.
Pierwszy alkohol, mam prawie siedemnaście
lat i dają mi wódki, a ja nie odmawiam. Odmawiać nie umiem do dziś.
Przy Stolarskiej zawsze rosną
kwiaty, ludzie dbają o przydomowe ogródki jak o członków rodziny, a może nawet
bardziej. Maki jak pod Monte Cassino (podobno), wysokie na ponad metr malwy,
wielobarwne bratki. Pierwszy bukiet
kwiatów, są moje urodziny, a ja jeszcze nie zdążyłam zaakceptować faktu, że
kwiaty więdną bez wody.
Ulica wije się w dół i lekko
zakręca, a ja razem z nią, bo dziś nie ma powodu, by tego nie zrobić. Uszy
wyłapują najdrobniejszy szelest liści, stukot obcasów o szary bruk, śmiech
dziecka, narastające wycie karetki pogotowia. Biały olbrzym śmiga tuż obok
mnie, błyskając lampami, podrywając moją bezskrzydłą przecież sukienkę do lotu.
Pierwsza śmierć, mam sześć lat i nie
rozumiem, czemu ktoś znika i nie można już z nim nigdy więcej iść na spacer.
Uspokajam się wraz z sukienką, by
chwilę później podskoczyć na widok bandy wyłażących nie wiadomo skąd
dzieciaków. Wiele z nich nie ma przednich zębów, za to zdarte kolana jak
najbardziej, przy czym oba te zjawiska da się wytłumaczyć ich wiekiem. Tuż za
główną bandą biegnie wesoło para, pełen energii chłopiec i czarnowłosa
dziewczynka. Pierwsze zakochanie, jestem
w czwartej klasie i znajduję w plecaku czerwone serduszko z dużą ilością tekstu
i jeszcze większą ilością błędów. Nigdy potem nie dostanę nic bardziej
szczerego.
Oślepia mnie na moment błysk
słońca w otwieranym oknie. Szukam wzrokiem źródła światła, znajduję szybę, za
szybą sznurek, na sznurku powieszone równo rzędy prześcieradeł białych jak
puszysty śnieg, za którym nie tęsknię. Jest ich tyle, że swoją bielą mogłyby
rozświetlić pół ulicy. Pierwsza komunia,
w sukience czuję się jak księżniczka, choć może już wtedy podskórnie czuję, że
to pierwsza i ostatnia tak biała sukienka w moim życiu.
Dochodzę do skrzyżowania z
Rajską. Co za piękna nazwa dla tak brzydkiej ulicy, co za ironia losu przychodząca
zawsze wtedy, gdy człowiek najmniej się tego spodziewa. Robię krok i prawie
wpadam pod samochód, kierowca mija mnie w ostatniej chwili z oburzoną miną. Pierwsza jazda samochodem, mam
dziewiętnaście lat i wjeżdżam w działkę sąsiada koleżanki, jakby to była moja
posesja. Nikomu nic się nie dzieje, cierpią tylko zepsuty doszczętnie
zepsuty płot i wygięta tablica rejestracyjna.
Syreny zatrzymują mnie z impetem
tak gwałtownym, że choćbym chciała, to nie mogę się ruszyć. Wbrew pozorom nic
wokół mnie nie zamiera, życie toczy się dalej, wiatr dmucha w liście, a słońce
pali mi ramiona. Wycie obezwładnia, chce się wszędzie dostać, mocno odcisnąć na
ciałach ślady swoich papilarnych linii. Pierwszy
sierpnia, powstanie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz