poniedziałek, 19 października 2015

A.

Myślę, że każdy w życiu musi spotkać swoją Agnieszkę.
Nikt nie jest na spotkanie w pełni przygotowany, bo też i nie można się na nie przygotować - zwłaszcza jak się jest piętnastoletnim dzieciakiem, a ona przychodzi taka tuż sprzed matury. Przychodzi i wszystko wywraca do góry nogami.
Ja swoją Agnieszkę (choć ona nigdy nie była moja, bo nikt nie może być nigdy czyjś, a już zwłaszcza ona) spotkałam wcześnie, ale chyba nie za wcześnie. Zdążyła mi jeszcze uratować życie.
Zjawiła się nagle jak czarny kot i przecięła mi drogę na francuskim. Mgliście pamiętam pierwsze spotkanie, mam w głowie migawkę, jak siedzi przede mną i nagle się odwraca, żeby się przedstawić. A potem poszło, niezliczone godziny rozmów i śmiechu, i nasza nierozłączność, i nieumiejętność znalezienia sobie miejsca, gdy tej drugiej nie było. Bazgranie na marginesach zeszytów, jej zapisywanie co dziwniejszych słówek (pamiętam, że dopytywała o "pęcherz"), odliczanie minut do końca (ileż razy wychodziły ujemne). Znów czuję to przenikliwe zimno na skórze, gdy mi się przypomina jak stawałyśmy na rogu i nie mogłyśmy się nagadać, a potem ona odprowadzała mnie pod sam dom i słowa płynęły same. Dużo rysowała, czasem wpadała z wielkim brystolem, wciąż mam przed oczami jej ręce brudne od ołówka. Porażała mnie i onieśmielała inteligencją i ciętymi ripostami, bo przecież bywała chamska, ale tylko i wyłącznie odpowiadając na głupotę. Fascynowała opowieściami z biolchemu, choć umiała też uważnie słuchać. Pocieszała, ale nie bezsensownie - a ja wtedy tak bardzo potrzebowałam jakiegoś sensu. Ciągle coś czytała, w drodze do Francji na przykład podrzucała mi co ciekawsze kawałki z "Bunga", którego do dziś nie udało mi się zmęczyć (choć zamiar jest!). Widzę ją w Krakowie, gdy razem biegniemy przez mój ukochany Kazimierz w poszukiwaniu jagodzianek (które chyba złośliwie przed nami pochowali).
I cała Francja przecież! Ile tam się wtedy działo! Uratowała mi skórę (dosłownie!) kremem, biła na głowę w kalamburach, zaskakiwała najdziwniejszymi pytaniami świata, okazała się mistrzynią wrzucania żelków. Wciąż z aparatem, wciąż w marszu, dyskutowała ze sprzedawcami i z Bogdanem, non stop wyśmiewała płytkość współtowarzyszy podróży...
Potem zniknęła, odfrunęła na studia do dalekiego Wrocławia. Nie polubili się chyba, bo pewnego kryzysowego popołudnia odezwał się telefon. "Hej, pamiętasz mnie?" Wybiegłam na mróz i powitał mnie ten sam kolorowy szalik.
Nie mogła się nagadać, znów wracałyśmy te kilkaset metrów przez prawie dwie godziny. Wytrzymała do wigilii, do pamiętnego pożaru gaszonego gazetą. A potem znów wezwał ją świat.
Nie zostało mi po niej wiele. Kilka zdjęć, gdy byłyśmy najszczęśliwsze na świecie. Bransoletka z wieczoru w Paryżu, ta "for good luck", co mi się w końcu rozsypała na kawałki. Kilka słów nagryzmolonych w pośpiechu w podróżnym zeszycie. Rysunek domu. Ciary na plecach za każdym razem, gdy słucham Jandy i Grechuty. Okulary przeciwsłoneczne we wściekłych kolorach. Przepis na kawę po orleańsku. I przekonanie, że muszę sobie dać radę, że nie mogę się dawać wciąż popychać.
Zupełnie nie wiem, czemu do mnie wróciła po takim czasie. Zaskakujące, jak łatwo można kogoś wymieść z pamięci. Raz-dwa i koniec, nie ma, kim jest ta pani? Kim ona była, jaką grała rolę? A potem nagle klik, ekran się rozświetla, litery składają się słowa, a słowa w zdania. Włączam stary telefon i nie wierzę własnym oczom.
"Czyś jest już tam, w La Belle France? Jeśli tak, to pamiętaj proszę o mapie."

Jeszcze nie, jeszcze mnie tam nie ma. Jak dojadę, to kupię Ci przepiękną la carte de France, choć będę udawała, że to dla mnie.

A ty pewnie znów gdzieś w świecie wypijasz o pół wina za dużo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz