niedziela, 6 września 2015

kulturwa

My tu jakieś pieprzone JOWy, a w Budapeszcie na dworcu (i nie tylko tam) tłumy. Ci ludzie chcą tylko lepszego życia. TYLKO. Wiadomo, że nie da się wszystkich mierzyć jedną miarą. Wiadomo, że część przyjeżdża po zasiłek. Ale część nie. A ci wielcy, cywilizowani, ci z prawem oceniania, za to przeważnie bez mózgów - przerażeni. Czego się boicie? Samych siebie się boicie. Zobaczenia swojej biedoty w oczach innych ludzi.

Patrzę wieczorami na światła w oknach i zastanawiam się, co się tam dzieje. Wyobrażam sobie ludzkie historie, bo tak łatwiej uciec od samej siebie. Kiedyś Janek mówił, że z dymem wypuszcza wszystkie zmartwienia. Wtedy nie mogłam zrozumieć, dziś rozumiem coraz lepiej.

Jakaś niespodziewanie kulturalna niedziela mi się zrobiła. To tak w ogóle można? Pisarze, poeci, tłumacze, rozmowy o teatrze, zapomniany Grzegorzewski przewijający się echem, migawki przeuroczej pani Szaflarskiej w "Pora umierać" (czeka w długiej kolejce do obejrzenia). Zapomniałam, jak to było, gdy się znało nazwiska teatralnych twórców dużo lepiej niż swoich rówieśników. Na razie wynajduję coraz to nowe filmy i seriale, a w te ostatnie, o dziwo, wsiąkam. Do tej pory mi się to nie zdarzało, bo przecież wszystko mi się szybko nudzi. I wróciłam do Zadie. Zaczyna być dobrze?

Smutną konstatacją wczorajszego wieczoru było uświadomienie sobie, że chyba nigdy nie miałam szesnastu lat. A o dowód jak pytali, tak pytają, od jakiegoś czasu przynajmniej. Ironia losu jest wprost niebywała. Jak się nie ma gdzie pójść, to się w końcu idzie spać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz