Patrzę wieczorami na światła w oknach i zastanawiam się, co się tam dzieje. Wyobrażam sobie ludzkie historie, bo tak łatwiej uciec od samej siebie. Kiedyś Janek mówił, że z dymem wypuszcza wszystkie zmartwienia. Wtedy nie mogłam zrozumieć, dziś rozumiem coraz lepiej.
Jakaś niespodziewanie kulturalna niedziela mi się zrobiła. To tak w ogóle można? Pisarze, poeci, tłumacze, rozmowy o teatrze, zapomniany Grzegorzewski przewijający się echem, migawki przeuroczej pani Szaflarskiej w "Pora umierać" (czeka w długiej kolejce do obejrzenia). Zapomniałam, jak to było, gdy się znało nazwiska teatralnych twórców dużo lepiej niż swoich rówieśników. Na razie wynajduję coraz to nowe filmy i seriale, a w te ostatnie, o dziwo, wsiąkam. Do tej pory mi się to nie zdarzało, bo przecież wszystko mi się szybko nudzi. I wróciłam do Zadie. Zaczyna być dobrze?
Smutną konstatacją wczorajszego wieczoru było uświadomienie sobie, że chyba nigdy nie miałam szesnastu lat. A o dowód jak pytali, tak pytają, od jakiegoś czasu przynajmniej. Ironia losu jest wprost niebywała. Jak się nie ma gdzie pójść, to się w końcu idzie spać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz