Zastanawiam się skąd ona mnie aż tak dobrze zna, i może naprawdę umiejętność czytania w myślach to nie są jakieś wyssane z palca bzdury, skoro w ten wieczór gdy najbardziej na świecie chcę zniknąć ona przychodzi z butelką francuskiego wina. Może w określeniu "matka chrzestna" powinno się zostawiać tylko "matka".
Ostatnie dni wakacji (ha, ha, ha) kulturalne do porzygu. Odkrywanie filmów i seriali negatywnie wpływa chyba tylko na moje oczy, które niedługo odmówią współpracy i pewnie nawet mnie to jakoś specjalnie nie zdziwi. No cóż, wszystko się kiedyś kończy.
Jestem z siebie dumna jak nie wiem co, bo nie wiem co u włóczykija, i tak sobie nie wiem od dłuższego (najdłuższego jak na razie) czasu. Pierwszy raz jestem taka dumna ze swojej niewiedzy. Z tej okazji się opycham czym popadnie i z przerażeniem odliczam dni do października. Chociaż odkąd wiem (bo wiem!) że wyśmiewanie głupoty będzie w pełnym składzie, to przerażenie jest zdecydowanie mniejsze. Nawet całkiem malutkie.
I takie myśli zamiast post scriptum: niby wiadomo, że wyjaśnianie dziecku świata jest pierdolonym obowiązkiem rodziców, ale już wyjaśnianie świata córce przez matkę powinno być uregulowane prawnie, a każde niedopatrzenie tegoż obowiązku powinno być zagrożone pozbawieniem wolności do lat dwudziestu.
Bo po co kogoś przytulać, skoro nie ma okazji?
No pewnie, po nic. Można po prostu wypuścić przerażone stworzonko z klatki do wielkiego świata i się dziwić, że sobie nie radzi.
W sumie niezła zabawa. Popatrzmy razem, jak się można bać życia. Tylko nakleję uśmiech na twarz i łyknę piąty aviomarin, żeby się nie porzygać od nadmiaru normalności.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz