sobota, 17 grudnia 2016

blackout

Zrobiłam sobie przerwę od życia tylko na jeden dzień. JEDEN. A nawet na pół dnia. W tym czasie jakiś czarny piątek, czarna noc piątkowa, do mnie docierały tylko jakieś echa przez szklaną ścianę. Co to dzisiaj znaczy "wolność"? Dlaczego to jest tylko rzeczownik, który nijak nie przystaje do rzeczywistości? I jakie to ma znaczenie, że ja tu coś piszę i coś czytam, i że po raz pierwszy od naprawdę długiego czasu oglądam film? Zalewa mnie fala mniejszych i większych protestów, poczekajcie, ja nie mam siły. Dajcie czas. Czy to jest ważne? Czy trzeba iść i krzyczeć, burzyć i podpalać, czy może lepiej przemilczeć? Znów?
Może moje ciało wiedziało co robi, jak mnie tak wyłączyło. Reset. Ciemna noc. Czarna noc. Nie ja decydowałam i pierwszy raz w życiu tak mi z tym dobrze.

A. pyta, czy myślę, że przeżyjemy wojnę.

czwartek, 8 grudnia 2016

czwarty ostatni

Siedzę i patrzę na to wyszperane Pinot Noir, i nienawidzę siebie i wszystkich, znów się to dzieje, choć okazja taka pozytywna. Trzy lata, kurwa. Trzy lata wyjęte z życia.
Za szybko się robi ciemno, a może za wolno. Szczerzą się do mnie różne księżyce, a szerokość ich uśmiechu jest wprost proporcjonalna do mojej chęci wycia w niebo. Wokół kolejne pomysły, ustawy, projekty, góry książek, święta idą, ej, co jest tak naprawdę ważne?
Nie chcę. Jestem dziś dzieckiem, znów mam pięć lat, znów pluję zupą, znów tupię nogą, NIE CHCĘ! Tych serników i ryb, opłatków, swetrów, kolęd, życzeń, pytań, filmów, śniegu, firanek, zmywania. Nie chcę. Odpierdolcie się.
Za często mi szumi w głowie, szum ten jest przyjemny jak lód górskich potoków i uporczywy jak każdy dzień po. Nie myślę, nie czuję, nie istnieję. Znikam i myślę w tym znikaniu, nie umiem zniknąć na dobre, znikanie boli. Dlaczego nikt mi tego nie powiedział?
To za ten czwarty rozpoczęty rok!
Oby ostatni.

niedziela, 6 listopada 2016

wsiadajcie, madonny

Wstępna euforia szybko przeszła, bo gdy my tam o książkach i emocjach, to w mniejszym i większym świecie kolejne pomysły, projekty i ustawy. I uchwalanie. I nienawiść, wszechobecna nienawiść do wolności, rozumu i prawdy.
Słowa mi znów uciekają, bo jakie to ma znaczenie, że jakaś tam nowa płyta, nowa książka, że się coś zobaczyło i czymś się zachwyciło? Łapie mnie dygot, zdążyłam zapomnieć. Czytam dziennik pani Jandy i jest lepiej, jak miód do herbaty, jak spokój po burzy.

W teorii wszystko pięknie brzmi, jest takie łatwe, oczywiste, no przecież! Przecież ja tak właśnie zrobię, no tak, masz rację. Akcja-reakcja, jedno prowadzi do drugiego, jedno z drugiego wynika, system przyczynowo-skutkowy. Logika. Chłodny porządek.
A w praktyce? No w praktyce to jest mniej więcej tak, jakbym wypiła zbyt dużo wina i poszła palić - zamęt, karuzela z madonnami w głowie.
Czy w skali tego co się dzieje to jest w ogóle ważne?

piątek, 28 października 2016

finite incantatem

Hemingway mówił, że trzeba pisać prosto i szczerze o tym, co najmocniej boli. Ale ja już tak mam, że jestem stworzeniem przekornym i gdy mnie tak kłuje i gniecie i gdy się wbijają noże w brzuch najmocniej, to słowa nijak się nie kleją, są zbyt rozlazłe i leniwe, sypkie, niezebrane. Wtedy są te noce niemocy, gapienie się w ścianę, niemożność ruszenia ręką, obcość papieru i długopisu, zimno ekranu i klawiaturowych liter. Nie umiem. Denerwuję się, bo nie umiem, i nie umiem, bo się denerwuję. Kończy się zazwyczaj na tym, że sama sobie wmawiam, jak to jest świetnie i wspaniale, i że piąty aviomarin i do przodu. Jakoś leci.
A teraz coś mi zrobiło woltę w środku, coś się zbuntowało i krzyknęło, że już koniec tego (nie)dobrego, nie będzie lecieć samo. Ja będę lecieć. Gnać przed siebie i znów padać na ryj, i znów czuć, że mogę wszystko. I przeklinać siebie i kochać siebie za to wszystko, co sama sobie robię.
Dziś idę przez miasto i zauważam głównie rzeczy piękne. Są przecież czarne, gadające koty. Jest słońce w jesieni i spadające liście. Jest lodowaty wiatr całujący po karku. Jest lot gołębi i szum mewich skrzydeł. Jest śmiech do bólu brzucha. Jest morze muzyki. Jest taka pani, która co piątek w tym samym miejscu i o tej samej porze w jakimś zaułku w głównym dokarmia bezdomne koty, choć sama ledwo chodzi i przygniata ją do ziemi ciężar starości. I tak sobie absurdalnie myślę, że dopóki ona będzie, to ja nie zginę, bo trzeba przecież w coś wierzyć.
I myślę jeszcze, że są dobre anioły, drogi muszą się krzyżować, a ta moja sprawczość nie należy tylko do mnie - może to i lepiej?
Na razie jeszcze nie dopuszczam do siebie tej świadomości, ale już gdzieś tam w środku czai mi się ta złośliwa, dobrze znana myśl, że za parę miesięcy znów będę wyć, i to chyba podwójnie. Nie oswajam jej, nie karmię, ale ona prędzej czy później wyjdzie z kryjówki i wypełni mi głowę. Cóż. Do tego czasu zamierzam bawić się świetnie. Jeśli będę w tym zbyt dobra, może się okazać, że potrafię nawet zapominać o myślach mierzących jakiś metr pięćdziesiąt.

niedziela, 16 października 2016

hot tin roof

Za dużo się dzieje i śmiga mi wszystko przed oczami.
Strajk, pierwszy w życiu strajk. Czarno. Deszcz i parasole. Nie sądziłam, że będę musiała kiedyś walczyć o PRAWA CZŁOWIEKA. O moje prawa. Jak tak dalej pójdzie, to emigruję pod jakiś piękny paryski most, choć jednak wolałabym mieć gdzie wracać.
A wcześniej cudny Londyn. Nie myślałam, że jest na świecie miejsce (poza Krakowem), gdzie będę czuła się tak bardzo u siebie. Znowu schodami w górę, schodami w dół, bilet wciąż jeszcze gdzieś schowany w portfelu, dwa odloty i dwa lądowania, za dużo słodyczy, za dużo śmiechu, za dużo zmęczenia. W takich miejscach nigdy niczego nie jest za dużo.
Zajęcia i praca, praca i zajęcia. Kieracik jednym słowem - tak chciałam, żeby się zaczął, i tak bardzo nie rozumiem siebie sprzed kilku tygodni, bo jakże można tego chcieć (kolejny dowód na to, że nuda wyprała mi mózg). Siedzę i się zastanawiam, czy już płakać, czy jeszcze chwilę poczekać i posklejać kilka słów w pozornie poważne zdanie. A to i tak nie jest najgorsze.
Za mało, za mało, wciąż ZA MAŁO czasu na wszystko. Za dużo wina.
Odliczam czas księżycami za oknem. Dziś śmieje się do mnie mój kumpel w pełni.

sobota, 24 września 2016

O!

Odrzucony.
Projekt Dziewuch odrzucony po pierwszym czytaniu.
Świetnie jest, kurwa, świetnie jest, siedzę i piję dziś za głupotę tego kraju, w którym tak bardzo chciałam żyć.
Morze czerni dziś w Sopocie, morze wciąż zbyt małe. Gdzie są ci wszyscy ludzie? Gdzie te kobiety? Chciałabym krzyczeć, żeby ruszyły/li dupy, że samo się nie zrobi, że KONIEC TEGO!
Nie krzyczę. Nie umiem. Chce mi się płakać.
Oczy sopockie.
Odrzucona.

czwartek, 22 września 2016

#czarnyprotest

Siedzę sobie i piję piwo, nawet nie trzeba było iść do pracy. Piwo jest kokosowe, pyszne, słodko-gorzkie. Pięknie jest.
STOP.
KURWA.
Nie jest. Dziś o 17:00 pierwsze czytanie dwóch projektów ustaw, najważniejszych ustaw dla kobiet, dla ich partnerów, dla całego tego pieprzonego kraju (jak to było na marszu? no woman, no kraj!). Oglądam to i robi mi się niedobrze, krzyczeć mi się chce, wyć i wychodzić na ulice. Nie wierzyłam nigdy w fejsikowe akcje, nie angażowałam się za bardzo, ale mam wrażenie, jakby mi ktoś nadepnął na odcisk, dał po pysku, rzucił o ścianę. Czarny protest trwa w najlepsze, serce mi rośnie gdy widzę to może czerni, walecznych słów, zapewnień, deklaracji, ale coś we mnie pęka, gdy sobie uświadamiam, że przegramy z kretesem, że nie mamy szans, że cały ten zapał pójdzie psu w dupę. Dlaczego? A no dlatego, że ktoś chce decydować, czy i ile mam mieć dzieci. Ktoś chce decydować, czy będę miała dostęp do takich środków antykoncepcyjnych, na jakie będę miała ochotę. Ktoś chce decydować, czy po gwałcie mam urodzić dziecko. Ktoś chce decydować, czy będę winna zabicia płodu, jeśli poronię. Ktoś chce decydować, czy będę miała prawo do wykonania badań prenatalnych. Ktoś chce decydować, czy mam zostać bohaterką i urodzić dziecko z poważnymi wadami, albo takie, które nie przeżyje nawet pół godziny. Ktoś chce decydować, czy mam prawo żyć.
Zawsze mi mówili, że żyję w demokratycznym kraju. Że mam obowiązki, ale mam też prawa. Do życia. Do ochrony zdrowia. Do samostanowienia. Do wolności.
Gówno mam. Okazuje się, że nie mam praw, bo patrzcie państwo, tak się złożyło, że jestem kobietą. Sorry, nic nie poradzę, nie ja wybierałam. Ale skręca mnie, gdy się teraz dowiaduję, że jestem jakimś podczłowiekiem, że powinnam zamknąć ryj i rodzić dzieci, i jeszcze być wdzięczna, bo mnie nikt nie gwałci, a przecież wiadomo, że gwałcą imigranci, polscy panowie nigdy w życiu! Więc tak, cholerne mam szczęście, żyję w tym pięknym kraju mlekiem i miodem płynącym, z Maryją zawsze dziewicą choć matką, z religijnymi zjebami, z patriarchatem trzymającym się na swoim starym miejscu aż miło, z kulejącym prawem, z ludźmi, którzy z wielką chęcią zaglądają innym w majtki, bo w ich żałosnych życiach tak niewiele się dzieje.
Takie to moje zezowate szczęście. Piękny kraj, piękne czasy.
Piję to moje piwo i płakać mi się chce.

niedziela, 18 września 2016

i nie czuję nic

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ktoś sobie okrutnie kpi ze świata. Te wszystkie ataki, napady, Polacy w Anglii, obcokrajowcy w Polsce... Co się dzieje? W mojej głowie siedzi Taco i uporczywie wyśpiewuje "wojna przyjdzie tutaj i od ciebie mnie zabiorą". Naprawdę? Wyśmiewałam i nie chciałam wierzyć, a teraz wszystko staje się rzeczywistością. A przecież już za chwilę odfruwam po raz kolejny - i co, mam się bać? Nie używać polskiego? Jeśli zginę, to przynajmniej w pięknym miejscu. Zgrywam twardzielkę, uśmiecham się szeroko, a tak naprawdę to się czuję, jakby mnie ktoś bardzo mocno walnął pięścią w brzuch.
Wszystko się dzieje i nie dzieje się nic, informacje przepływają przeze mnie falami. Zamiast przejmować się ludźmi, ryczę jak głupia nad losem skatowanego psa. W drodze powrotnej witam się z moim osiedlowym czarnym kotem. Nie mam siły myśleć o losie ludzkości, sami doprowadziliśmy do tego, co mamy. Jak ostatni skurwiele zabieraliśmy po kawałku wszystko, co tylko można było zabrać, a teraz się dziwimy, o jezu, ale co się dzieje, dlaczego to tak wygląda? Za dużo nas tu jest i jeszcze wokół kolejne bachory. Nigdy nie zniknie ten syf, który po sobie zostawiamy. Coraz częściej mi wstyd, że jestem człowiekiem (sorry, nie miałam wyboru - gdybym miała, chętnie byłabym ważką albo płaczącą wierzbą).
Trochę się nie chcę sama przed sobą przyznać i trochę nie wierzę, że tak myślę (a jednak!), ale tęsknię za tym kieracikiem. The final countdown zacznie się niebawem, a ja już myślę, jak to wszystko ogarnąć. Zły chochlik powtarzający "nie da się" zaczyna się pojawiać coraz częściej; na razie jeszcze jestem w stanie go zagłuszać, ale zobaczymy, ile wytrzymam. 
Łapię się na tym, że pstrykam zdjęcia jak idiotka, bez opamiętania. Co ja chcę zatrzymać, przyszpilić w kadrze, co boję się stracić? Widok z okna babci, kolejny kieliszek wina, zmrok na ulubionej ulicy, szybki marsz po mieście, pierwsze jesienne powietrze? Wszystko i nic. 
Takie żałosne życie.
Takie piękne życie.

niedziela, 28 sierpnia 2016

nie (wiem)

"Co dalej?"
"Myślałaś o przyszłości?"
"Jaka jest perspektywa pracy?"
"Chcesz iść na te drugie studia?"
"O czym myślisz?"
"Spotkamy się?"
"Co tam?"
"Co robisz?"

To jest mój krótki nie-wiersz o bezsilności.

środa, 20 lipca 2016

23

Nauczyłam się już, że nigdy do końca nie zrozumiem świata. Że stolicą San Marino jest San Marino. Że wilki nie atakują bez powodu. Że szklany sufit nie jest ze szkła, a czarny bez ma białe kwiaty. Że przerwanie tętnicy udowej powoduje śmierć przez wykrwawienie. Że komórka to podstawowa jednostka budująca żywy organizm. Że sztuka ratuje życie. Że przenośnia to inaczej metafora. Że pies macha ogonem wtedy, gdy się cieszy, a kot wtedy, gdy jest zły. Że księżyc w pełni lubi zaglądać w okna. Że wolę noc od dnia, wino od wódki, góry od morza. Że serca czasem pękają. Że odchodzą ludzie. Że nic nie dzieje się przypadkiem. Że w życiu pojawiają się dobre anioły, które tylko dla niepoznaki nazywamy ludźmi. Że można płakać ze szczęścia. Że deszcz i słońce tworzą tęczę. Że są takie dni, że się tańczy i krzyczy, ale są też i takie, że się siedzi w kącie i pokazuje się światu kolce. Że są ludzie głupi, ale są też niebywale mądrzy. Że przemoc rodzi przemoc. Że nie wolno karmić ptaków bułką ani chlebem. Że "Płonącą żyrafę" namalował Dali. Że ośmiornica smakuje jak guma, a żabie udka - jak kurczak. Że czasem wolno się bać i płakać, ale czasem też trzeba zedrzeć kolana i podnieść gardę. Że trzeba myśleć. Że trzeba znajdować czas dla przyjaciół. Że karma wraca. Że miasto wygląda najpiękniej o zmierzchu, gdy jeszcze nie zapalą się latarnie. Że warto ciągle próbować, obijać się, kiereszować, naklejać kolejne plastry. Mimo wszystko warto.
Od dwudziestu trzech lat przyglądam się światu. Ciągle nie wiem, czy bardziej się go boję, czy bardziej jestem zachwycona.

piątek, 15 lipca 2016

już

Nie umiem już liczyć. Nie chcę umieć liczyć. Ile tego było od początku roku? Ile miejsc? Ile ofiar?
Nie umiem już czytać. Nie chcę umieć czytać. Jak się nazywały te miejsca? Jakie litery tworzyły te słowa?
Siedzę i płaczę, choć to absurdalne, bo myślałam, że nie umiem. Niespodzianka. Jak wiadomość o Nicei i kolejnym ataku.

Nie mam już siły.

środa, 15 czerwca 2016

coś o mnie i o tobie

Jak ponad tydzień temu siedziałam na wykładzie przecudownej Ann Snitow, to naprawdę przez moment uwierzyłam, że coś można zdziałać. Że może i trzeba to wtłuc do tych tępych seksistowskich głów, powbijać młotkiem albo innym narzędziem, ale że w końcu dotrze. Że może kiedyś oddadzą nam nocne ulice. Że będziemy padać na twarze, poświęcać wolny czas, ale gdy się zbierzemy, to będzie siła nie do powstrzymania. My, dziewuchy.
A teraz patrzę na to wszystko i krew mnie zalewa. Najpierw Orlando. Myślałam że przeczekam, przemilczę, ale nie dałam rady. Przecież miłość to miłość, do cholery. Przecież nawet dzieci to rozumieją.
I teraz ten gwałt i ta śmierć. Nikt nie zapytał o strój ofiary. Nikogo nie bulwersował fakt, że ofiara sporo wypiła. Cudownie, co? Pewnie. Tylko że ofiarą był facet.

Burzy się we mnie wszystko i mam dziwne poczucie, że nie wytrzymam dłużej, że za chwilę wyjdę i to wszystko wyrzygam, będę gryźć i wierzgać jak rasowa suka, żeby tylko ktoś zauważył, że to za daleko zaszło. Nie jest normalnie, jeśli nie mam prawa być w nocy na ulicy, nie bojąc się przy tym o życie. Nie jest normalnie, jeśli nie wolno mi założyć mini albo szortów. Nie jest normalnie, jeśli nie mam prawa pić dokładnie tyle, na ile mam ochotę, choćbym potem miała chodzić na czworakach i rzygać w krzakach. Nie jest normalnie, jeśli ktoś każe mi siedzieć cicho. Nie jest normalnie, jeśli mam się życzliwie uśmiechać w odpowiedzi na obrzydliwe, seksistowskie żarty. Nie jest normalnie, jeśli mam być uprzejma dla największego skurwiela. Nie jest normalnie, jeśli o moim ciele mogą decydować wszyscy, tylko nie ja. Nie jest normalnie, drodzy panowie.

Wdrukowuje się w nas strach, wszczepia się go nam od samego początku. Dwa dni temu jechałam autobusem i naprzeciwko mnie siedziała babcia z wnuczką. Dziecko jak dziecko, nie wzbudziło u mnie większego entuzjazmu, za to babcię miałam ochotę mocno uderzyć pierwszym lepszym ciężkim przedmiotem. Oczywiście w kierunku dziewczynki poleciał stek podstawowych komend, coś w rodzaju poradnika dla dobrze ułożonych panien. Nie biegaj, nie skacz, siedź grzecznie, uważaj, nie idź tam, bądź miła, słuchaj, przytakuj. Nie odzywaj się. Nie myśl.
Czytałam książkę (w zasadzie udawałam, że czytam, bo krew mnie zalała i dzwoniło mi w uszach, i nie mogłam się skupić na ani jednym słowie) i miałam ochotę zabić babcię tępym narzędziem - choć wiem, że ona po prostu powiela schematy. Sama słyszała te teksty przez całe życie, więc będzie je powtarzać do znudzenia swojej własnej wnuczce. Ale czy jej przeszłość ją usprawiedliwia? NIE. To się nigdy nie skończy, nigdy nie będzie normalnie, jeśli będziemy powtarzać coś, co znamy (a może nawet się na to nie zgadzamy?). Nigdy nie będzie normalnie, jeśli damy milczące przyzwolenie na opresję pod każdą postacią, na podporządkowywanie się zasadom, przy układaniu których nikt nie pytał nas o zdanie. Nigdy nie będzie normalnie, jeśli będziemy powtarzać coś, czego nienawidzimy. Nie lubiłaś, gdy ci mówili, żeby nie łazić po drzewach i siedzieć cicho? Pewnie, że nie. To dlaczego dziś robisz to samo swojej córce, wnuczce, znajomej?

EJ, DZIEWUCHO.
Biegaj. Skacz. Nie siedź grzecznie, jeśli nie masz ochoty. Bądź nieostrożna, zdzieraj kolana i drzyj sukienki. Idź gdzie chcesz. Nie bądź miła dla kogoś, kto nie jest miły dla ciebie. Nie słuchaj głupot, bo szkoda czasu. Nie przytakuj idiotom. Pokazuj język, odwracaj się na pięcie, biegnij przed siebie. Odzywaj się, krzycz, walcz o swoje. Ucz się, nie przestawaj się uczyć. Czytaj. Rozmawiaj. Inspiruj się. Rozwijaj się. Miej odwagę. Śmiej się w nos tym, którzy mówią, że nie możesz, nie umiesz, nie dasz rady. MYŚL.

Amelia mawiała, że czasy są ciężkie dla marzycieli. Być może. Ale jeszcze cięższe są dla dziewuch.

wtorek, 14 czerwca 2016

znieczulenie i dalej

- A co ty chcesz robić dalej?

Rzucasz pytanie w przestrzeń i oczekujesz jasnej odpowiedzi, jasnej i czystej, a co ja poradzę na to, że czystą to ja mam tylko w szklance. Nie, nie żartuję z tym mostem, bo skoro moja imienniczka spod pióra pani Osieckiej mogła świadomie wybrać życie żebraczki, to czemu ja bym nie mogła - a co, ja gorsza? Ja też mam takie puste miejsce przecież.
Nie wiem, nie wiem, nie wiem. Nie zacznę drugi raz od początku tego kieraciku, bo chyba zwariuję. A jednocześnie jestem na siebie zła, bo znów odpuszczam coś, co mnie interesuje. Bo nie wypada, bo głupio, bo się nie nadaje. Prawda jest taka, że wypada, wcale nie głupio, nadaję się. Uświadomię to sobie za kilka lat przy którymś kieliszku wina.
Ale to i tak nie ma znaczenia, bo przecież nie pytasz po to, żeby wiedzieć. Chcesz tylko zagłuszyć ciszę, nawet nie fizyczną, bo u nas ciągle coś gra i hałasuje. Nie, ty chcesz zagłuszyć tę dziwną ciszę, jaka powstaje z braku rozmowy, z braku czasu, z braku chęci. Nie rozumiesz, jak można coś o sobie wiedzieć, jakim cudem Skarbeniek jest oddalony od o tyle kilometrów od swojego dziecka i wie o nim więcej niż ty o mnie tutaj, choć siedzimy na dwóch końcach stołu. Ty nie potrzebujesz kanału i wyspy, tobie wystarczy ten pieprzony stół. Granica wiedzy, której nie chciałaś przekroczyć, a teraz ci chyba trochę wstyd.
Hej, zadam ci pytanie-niespodziankę. Wiesz, że jak się kogoś nie nauczy rozmawiać, to potem ten ktoś nie umie?

- Tak pytam, bo nic nie mówisz.

Tak nie mówię, bo nie pytasz. Nie oczekuj, że radośnie zamerdam ogonem. Przecież wychowałaś mnie na kota.

środa, 8 czerwca 2016

gupik

Kilka lat temu siedziałam dokładnie tak jak ona. Z tą głupią bransoletką na ręce, z tym głupim strachem, że nie zdążę wrócić, z tym głupim poczuciem, że fajnie jest. Głupie słowa wpływały mi jednym uchem i wypływały drugim, takie małe gupiki. Głupio się szkliły oczy, jak przyszła myśl, że to ostatni dzień. Głupoty.
Zaczęłam tęsknić, jakie to głupie.
Ile razy może się spełniać do trzech razy sztuka?


zdjęcie stąd.


niedziela, 22 maja 2016

nie przepraszam

Nie wiedziałam, że rok mija tak szybko i tak wolno. Z tamtego przedostatniego dnia maja pamiętam przede wszystkim zmęczenie, bo sobotnie wstawanie o szóstej rano po całym tygodniu pracy to nie byle co. A przecież trzeba było ogarnąć trasę, pochodzić z ulotkami, nastawić się psychicznie... I jeszcze strach pamiętam, taki strach realny, jak już się zaczęło robić gorąco, a biedni chłopcy w meleksach krzyczeli coś przez megafony. I siłę pamiętam, jak nagle Targ zapełnił się ludźmi - kolorowymi ptakami, wolnymi duszami, pozytywnymi wariatami - a ja miałam poczucie, że to się DZIEJE, że to już nie jest planowanie, że to nie jest wizja w głowie, jakiś nikły zarys na kartce papieru; to się wydarza tu i teraz, i ci wszyscy ludzie przyszli żeby się cieszyć, świętować, tańczyć i krzyczeć, żeby się całować i przytulać, i trzymać za ręce, chodzić w konfetti i z balonami, machać tęczowymi chorągiewkami, pozdrawiać zaskoczonych obserwatorów... Widziałam, jakie to ma dla nich znaczenie, jak wielkie i jak ważne to święto, jak olbrzymią mamy moc, gdy tak idziemy wszyscy razem. I choć byłam trochę osobno, choć byłam "w pracy", to czułam to wszystko razem z nimi, czułam te bębny samby i nieopisaną radość, siłę i odporność na każdy hejt.

A teraz po roku to samo, a jednak inaczej. Znów siła, pasja, dużo muzyki, dużo śmiechu i luzu. Ja już "prywatnie", więc bez takiej odpowiedzialności; podziwiałam efekty ich pracy i doskonale wiedziałam, ile ich to musiało kosztować i jak wielką nagrodą jest sam przemarsz, jak się już widzi morze tęczy i znów ma się poczucie, że wyszło, że daliśmy radę, że jest pięknie.

Tylko mnie jakoś od wczoraj męczą pytania, czy naprawdę wyszło, czy naprawdę daliśmy radę, czy naprawdę było pięknie? Na ten dzień zaplanowano 14 (!!!) kontrmanifestacji; co prawda odbyły się chyba tylko dwie, ale sama planowana liczba poraża. Nie mogliśmy iść dalej, bo było zbyt niebezpiecznie; trasa została skrócona i poprowadzona tyłem, górą, gdzieś jakby obok; w pewnym momencie słyszałam coś podobnego do wystrzału, a potem Ania mi powiedziała, że rzucali petardami. Nie widziałam. Zasłaniały mi całe sznury policji.

I nie mam już siły. Nie mam siły znów słuchać, że to jest nienormalne, że to jakaś choroba, że to się leczy, że to obrzydliwe, że do gazu. Nie zgadzam się na to, żebyśmy znów MY musieli iść na kompromis, skracać trasę, wybierać inną, rozglądać się nerwowo na boki, pół żartem pół serio rzucać, że "w razie czego umiem szybko biegać" (nie, w razie czego nie umiem). Jestem wściekła, gdy po marszu wszyscy chyłkiem zwijają flagi i odczepiają przypinki, a ja sama swoją chorągiewkę chowam na dno torby, bo przecież nie pójdę tak do miasta. Skręca mnie, gdy spora grupa policjantów musi stać na straży przy wyjściu, bo dwie wspaniałe drag queens nie przeszłyby obok kilku bezmózgich patusów. Chce mi się krzyczeć, gdy pomyślę, że to się nie skończy nigdy, że zawsze się znajdzie jakaś Andżela z małżonkiem Sebkiem, którzy "generalnie spoko, ale jebać kurwa pedałów", i zawsze się znajdzie jakaś ciocia Helena z wujkiem Stefanem, którzy "o ho ho, ale co to się wyrabia, za naszych czasów to tego nie było, panie kochany, leczyć to trzeba i po księdza wołać koniecznie", i zawsze się znajdzie przemiła matka Polka, która swojego synusia wychowa na porządnego patriotę, "Polska dla Polaków, żydzi do gazu, zakaz pedałowania, gdzie jest kurwa mój obiad, Karyna?!".

Patrzę na to wszystko wokół. Na te szare bloki, na szary bruk, na szarych ludzi. Czy miłość jest dla nich tylko i wyłącznie abstrakcją? Skąd się bierze znieczulica, nienawiść, agresja? Tak, wiem, że czasu są ciężkie, i pewnie trudno wymagać od przeciętnego Kowalskiego, żeby się ekscytował Marszem Równości, skoro ma na głowie kredyt do spłacenia, kiepskie mieszkanie, martwi się o swoją pracę, a pewnie jeszcze dziecko w drodze i ceny w sklepie znów za wysokie. Ja to wszystko wiem, bo mnie samą przeraża przyszłość i naprawdę nie mam pojęcia, co będzie dalej. Ale istnieje jedna banalna w swej prostocie zasada: nie pomagasz? To chociaż nie przeszkadzaj.

Kiedyś znalazłam na murze napis, który dał mi wiele do myślenia - tak, napis na murze właśnie, a nie żadna poważna książka czy inny artykuł. Wielkimi czarnymi literami ktoś wymalował: "no matter how many times you'll paint all over me, I will still be here".

Możecie krzyczeć. Możecie się wściekać. Możecie strzelać w nas petardami i obrzucać jajkami. Możecie zastraszać. Możecie robić wszystko, co wam się podoba, a my i tak tu będziemy. I nie zamierzamy przepraszać.

sobota, 30 kwietnia 2016

kuskus z hummusem

Kim ja ostatnio jestem? Banał, wiem. Więc jestem banalna, to już zawsze coś.
Jestem dziewuchą na ustawce. Jestem walką o równe prawa, o wolność ogólną i wolność bardzo prywatną. Uczę się krzyczeć, uczę się brać odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale i za tych, których głosu nikt nie usłyszy. Uczę się też nie brać odpowiedzialności za zło tego świata. Uczę się mniej czuć i czuć coraz więcej.
Jestem czwartym piwem wypitym zbyt szybko w małym pubie. Mącę w głowie, wzburzam myśli, robię pianę, którą trudno wypić, zostawiam osad na dnie. Przed użyciem nie wstrząsać.
Jestem tym małym miastem, jeszcze nie miasteczkiem, które poznaję i którego poznać nie umiem, które o drugiej w nocy zamienia się w potwora, które chyba nie śpi, najwyżej podsypia i rzyga gdzieś w krzakach. Tylko mi się wydaje, że je lubię; tak naprawdę za każdym razem stoję na peronie z karuzelą w głowie i zastanawiam się, czemu to się znowu dzieje.
Jestem wszystkimi chorymi akcjami tego świata. Jestem niezrozumieniem i nieodczytywaniem znaków, albo odczytywaniem tego, co nie istnieje. Faux pas, c'est moi.
Jestem chęcią tworzenia. Jestem pisaniem, piórem nad białą kartką. Umiem zadać papierowi ból. Mam nadzieję, że nie zadaję go zbyt często innym.
Jestem pieprzonym lewackim ścierwem. Kupuję Newsweeka, kuskus z hummusem i wodę witaminową. Ciągle czytam. Ciągle się uczę. Wiem, że tylu rzeczy nie wiem. Idę na wojnę z rzeczywistością i zapominam, że nie mam karabinu. Jestem dumna z bycia pieprzonym lewackim ścierwem.
Jestem bardzo kiepską przyjaciółką. Odzywam się gdy wali mi się życie albo gdy wali mi się dzień. Mówię o sobie i nie umiem pomagać innym. Chcę być w centrum zainteresowania, a gdy to się dzieje, stroszę kolce i mówię, że u mnie po staremu. Tak naprawdę to nie wiem, co to znaczy "po staremu", jestem na to zbyt młoda.
Jestem feministyczną książką, od której nie można się oderwać. Trafia się na mnie przypadkiem i przypadkiem się zachwyca. Nie umiem zmieniać życia, umiem za to całkiem nieźle zmieniać myśli. Potem można mnie w razie czego odłożyć na półkę.

Znam tylko jeden dobry sposób na takie huragany w głowie; weź kartkę i zapisuj.
Jedź nad morze wcześnie rano, idź brzegiem przed siebie, pozwól falom lizać buty.
Zapomnij, zapomnij, zapomnij.
Wróć.
Powtarzaj do znudzenia, choć myślę, że nie znudzi ci się nigdy.

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

głowa mi płonie

Nauczyłam się mówić jak byłam bardzo, bardzo mała - tak mała, że tego nie pamiętam. Podobno składałam od razu całe zdania i wszyscy się dziwili, jak to możliwe. Po jakimś czasie zorientowałam się też, że istnieje kłamstwo. I przemilczenie. Że słowa nie oddają wszystkiego, że zawsze zawodzą, choć usilnie próbowałam przyszpilić je do kartki czernią atramentu.

Wczoraj powiedziałam ci tylko, że pies chyba złapał kleszcza.
A tak naprawdę to chciałam ci powiedzieć, że się bardzo przestraszyłam, jak wspomniałaś o tych badaniach i o guzie, i jak słyszałam tę dobrze znaną bezradność. I jak mówiłaś, że rezygnujesz z Wiednia. I jak wymieniałaś te wszystkie ważne i poważne rzeczy. I że widzę i słyszę, jak próbujesz zagadywać rzeczywistość, żeby tylko nie myśleć. I że tak bardzo nienawidzę tej twojej słabości, której mnie oduczyłaś tak dawno temu, gdy uparcie powtarzałaś, że biedronki nie płaczą. I że jednocześnie tak bardzo ci tej słabości zazdroszczę, bo ja z nią ciągle walczę, a ty potrafisz odpuścić, i mimo że cię wtedy nie cierpię, to też bym tak chciała. I że nie chcę być poważna i myśleć o tym wszystkim, bo ja przecież muszę znów biegać po mieście z aparatem i upijać się tanim winem, a nie zapamiętywać loginy do kont. I że masz się wziąć w garść, bo ja nie umiem podlewać kwiatów.

Nie powiedziałam ci tego wszystkiego, bo nie umiałam. Nadal nie umiem. Umiem tylko mówić o psie.

Nic nie czuję... Marta, ja nic nie czuję.

Ciarki, paraliż. Odrywam wzrok od książki. Obok ciebie leży pies, trzymasz rękę na jego plecach.
Aha, więc ty o tym kleszczu.

Dlaczego o najważniejszych rzeczach potrafię tylko pisać?

środa, 23 marca 2016

courage!

Teraz już wiem, że najbardziej na świecie brakowało mi ŻYCIA. Więc chyba dobrze, że ostatnio znów mnie poniosło - najpierw do stoczni, a potem do Sopotu. Magia się zadziała, bo po raz pierwszy od wielu, wielu dni (miesięcy?) byłam tu i teraz. Znów nie chciałam, żeby coś się kończyło. Znów nie chciałam iść do domu, ale jakże inne było to niechcenie od niechcenia codziennego. Bo jak w sobotę Maria Boska krzyczała o wolności ponad wszystko, o miłości zamiast wojny, to krzyczałam razem z nią i miałam poczucie, że to prawda, że to przecież moje myśli, i że nareszcie ktoś to wyśpiewał i wytańczył. A jak wczoraj cudna Olga rozprawiała o tolerancji, niezrozumieniu, przezwyciężaniu barier, to chciałam powtarzać za nią, bo przecież tak właśnie jest, i ja mam to samo, że piżama do czwartej po południu i zamykanie się przed innymi, ale jakby co, to wychodzę i oto jestem, możemy rozmawiać.

A dziś taki piękny dzień. Drugi dzień wiosny. Ustawiłam nową tapetę, Maria patrzy na mnie z ekranu, a za nią wielki napis. NIE BÓJ SIĘ.

A dziś taki piękny dzień. Wyprawa na lotnisko i lekka panika, i przekonanie, że wystarczy jedna sekunda, żeby mnie nie było. Czy naprawdę "nic nie jest warte, by za to umierać"? Bomba okazuje się niewypałem w każdym sensie. I znów spokój duszy, choć brzmiało groźnie.

A dziś taki piękny dzień. Dowiedziałam się o Belgii, gdzie groźnie nie tylko brzmiało, ale było. Znów. Ile jeszcze?

A dziś taki piękny dzień. Żyję, śmieję się, podkręcam muzykę, biegnę na tramwaj, łapię zachodzące słońce. Zaczynam wierzyć w to, że naprawdę "wszystko w moich rękach".

Boję się.

PS. Znalezione w sieci. Jakoś mnie rozczuliło. Co z tego, że to pewnie nieprawda, skoro ja wierzę w głupoty.


sobota, 19 marca 2016

carpe

Mebluję sobie głowę i otoczenie na nowo, w sumie chyba głównie otoczenie. Zmieniam perspektywę i w nocy mogę patrzeć w gwiazdy. Coraz lepiej mi idzie wyśmiewanie głupoty. Znów podsłuchuję rozmowy ludzi i dziwię się mądrościom ulicy. Dziś śmiałam się tak szczerze przy układaniu torebek, że się sama sobie nie mogłam nadziwić. Co może być śmiesznego w układaniu torebek? Wszystko. Chociaż wiem, że może to chwilowe.
Placebo mi krzyczy do ucha. Pamiętam, jak kiedyś mówiłam, że najlepszym sposobem na doła jest słuchanie Placebo.
Na szczęście czasem się mylę.

niedziela, 13 marca 2016

duma i uprzedzenie

Byłam z siebie dumna, bo tak ładnie wszystko załatwiłam z tą biurwą (która notabene nie była aż-taką biurwą, może jeszcze nie przesiąkła do końca urzędową atmosferą), i nawet nie zapomniałam po co przyszłam głównie, znaczy zapomniałam, ale mi mój przedziwny mózg w odpowiedniej chwili zaświecił czerwoną lampkę stop, wróć. I w końcu się zmusiłam, ruszyłam dupę i sobie wyprałam te dwa swetry, które mi zalegały w koszu jak wyrzuty sumienia, a teraz wiszą i czekają na lepsze czasy i chłodne dni, co bym mogła zakładać i znów topić się w czerni i szarości. I jeszcze nie byłam panną czekającą i narzekającą, no może troszkę, ale to profilaktycznie, a tak to bawię się świetnie i wcale mnie nie obchodzi, co ty tam robisz. I zachowałam jakimś cudem i ostatkiem sił zimną krew dziś przy mikrokłótni z Anką, i chociaż wiedziałam, że mam rację, to mi złośliwy chochlik krzyczał "daj spokój", a ja szłam w zaparte i odniosłam zwycięstwo, co prawda pyrrusowe, ale może na początek dobre i to. I wreszcie ruszyłam książkę, co leży od tygodni nieruszana i zapomniana, na pewno jej smutno z tego powodu, a ja dziś właśnie odkurzyłam, odświeżyłam, przełożyłam zakładkę o dobre kilkadziesiąt stron w przód. I przeczytałam kilka wywiadów i artykułów, grzecznie oglądałam Fakty i nie mogłam się nadziwić, co się dzieje w mniejszym i większym świecie. I pokazałam ciotce Kołonotatnik, i mimo że ona średnio podzielała mój zachwyt, to ja przecież wiem, że to myśli sobie KAŻDY, a im bardziej zaprzeczasz, tym bardziej tak myślisz. Serio. I jeszcze przecież mieszka w mojej szufladzie bilet na boską Marię, czeka na oderwanie kawałka w następną sobotę, a ja ładnie go załatwiłam, chociaż się strasznie stresowałam, że zrobię kolejkę i w ogóle nie będzie i mnie wyśmieją, że to nie tu (kolejki nie było, bilety były, wyśmiania nie było). I ładnie ogarnęłam korki, w czwartek to nawet w sposób mistrzowski, znowu po mojemu zagięłam czasoprzestrzeń, a potem się zastanawiałam, skąd się bierze ciekawość świata i kiedy się to zaczyna mylić z ADHD. I tyle rzeczy przecież! Tyle rzeczy, że byłam dumna, albo nadal jestem dumna, bo to jednak dużo dla kogoś, kto przez większość życia ma ochotę przykryć się szczelniej kołdrą i udawać, że go nie ma.
No i se mogę tę całą dumę wsadzić teraz głęboko, bo przyszła ona i mi powiedziała, że to wszystko jest niepoważne, te studia są niepoważne i moje życie jest niepoważne, bo nic nie robię, a przecież to wszystko mogłoby wyglądać inaczej, gdybym tylko chciała. Chcieć to móc, a nie chcieć to zbrodnia. Nie mówiła tak dokładnie tego, ale dla mnie to było tak dokładnie to, tylko może trochę innymi słowami. Bo to kurwa nie ma znaczenia, że jak stoję na przystanku godzinę i odpadają mi po kolei wszystkie palce, i trzęsę się jak jeszcze nigdy, to mimo to podziwiam gałęzie i wołam psa, a on przybiega i czekamy razem. I nie ma znaczenia, że się zastanawiam co tydzień, co mogę zrobić na pół gwizdka, chociaż bym przecież wolała na cały, ale nie umiem i nie mam siły, bo tego jest za dużo (a i tak nie mam najgorzej). I nie ma znaczenia, że jak wracam do domu wieczorami, to chciałabym czasem komuś coś opowiedzieć albo żeby łóżko było bliżej niż na górze, i żeby czas był bardziej elastyczny, bo dwadzieścia cztery godziny to zdecydowanie za mało dla kogoś, kto tyle czasu spędza przekonując siebie, że jednak warto wyjść z domu. I nie ma znaczenia, że właśnie przeczytałam w Newsweeku recenzję płyty i dlatego tej płyty potem przesłuchałam, i dlatego się w tej płycie potem zakochałam i odkryłam muzykę, do której wcześniej nie miałam dostępu. To nie ma znaczenia, bo ja jestem niepoważna, bo ja jestem proszę pana na zakręcie, a tu trzeba poważne życie i rachunki, i samochód trzeba kupić i prawo jazdy zrobić, i zostawać w krajach albo z nich wyjeżdżać, i do pracy, i zawsze szybko, zawsze w biegu, bo nie ma czasu, bo czas nagli, bo nie ma ludzi wokół, a przecież są, są wszędzie, a ty nadal sama, i wiecznie sama, i w tłumie też jesteś sama, nic nie robisz i chcesz płakać, halo, dziecko, tak nie można, tu trzeba się wziąć w garść i budować lepsze jutro, hej.
Ja wiem, że Amelia i że nie mam kości ze szkła, i ja się naprawdę biję. Próbuję przynajmniej. Ale możecie to lepsze jutro budować jeszcze chwilę beze mnie?

sobota, 5 marca 2016

no matter what

"Kids do not owe their parents anything. They did not choose to be born. You chose to get pregnant / chose to carry to term / chose to raise a baby (even if you didn't choose all of these things, you at least chose one) under the assumption that you would love this child no matter what."

Znalezione dziś w sieci. Tak bardzo potrzebne i tak bardzo zapominane.

czwartek, 25 lutego 2016

jestem

Zastanawiam się ostatnio nad tymi wszystkimi ludźmi wokół którym się wydaje, że ja jestem taka świetna, I am titanium i do przodu. Sami się trzęsą w środku, choć dzielnie trzymają fason, a we mnie widzą jakąś superbohaterkę niemalże. A ja przecież zazwyczaj się sypię i sklejam, kłuję kolcami, a ta czerń to po to, żeby jakoś zachowywać pozory siły. Zawsze mi smutno i jak na nich patrzę, jak ich słucham, to chcę krzyczeć: hej, jestem tobą!
Jestem tobą gdy uważasz, że nic nie umiesz i nigdy niczego się nie dowiesz. Jestem tobą gdy nie możesz w nocy spać, bo przypomni ci się coś, co zrobiła/eś milion lat temu i to już nie ma żadnego znaczenia, ale ty tego nie rozumiesz. Jestem tobą gdy idziesz ulicą i masz wrażenie, że ludzkie oczy cię pożerają, i nie możesz wytrzymać tego wzroku, więc w uszach gra ci zbyt głośna muzyka, a ty zaczynasz podziwiać fasady kamienic. Jestem tobą gdy siedzisz w pokoju i nie możesz się ruszyć, bo niby wiesz, że trzeba coś robić, ale nie masz pomysłu i ochoty na cokolwiek co wymagałoby ruszenia choćby palcem. Jestem tobą, gdy się wstydzisz powiedzieć bliskim, co naprawdę czujesz, więc uciekasz gdzieś w środek siebie, a potem wszyscy się dziwią i obrażają, bo zaczynasz kłuć. Jestem tobą, gdy za dużo pijesz i śmierdzisz fajkami, bo znów chodziła/eś po mieście bez sensu, choć wypadałoby już wrócić do domu. Jestem tobą gdy patrzysz w lustro i znów płaczesz. Jestem tobą gdy nie umiesz mówić "kocham cię" bez kluchy w gardle i poczucia wstydu. Jestem tobą gdy znowu źle o kimś myślisz, a potem ci głupio. Jestem tobą, gdy próbujesz sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz przytulała/eś się do własnej matki. Jestem tobą gdy nie chce ci się wstać z łóżka. Jestem tobą gdy się boisz. Jestem tobą gdy się śmiejesz i gdy krzyczysz, i gdy śpisz, i gdy tańczysz. Jestem tobą, bo wszyscy jesteśmy tacy sami, tak samo nam biją serca (choć niektórym czasem trochę mocniej) i tak samo odczuwamy ból (choć niektórzy trochę bardziej). I tak sobie myślę, że każdy się boi, chociaż nikt się do tego nie przyznaje. I to jest takie straszne, że czasem chciałabym nie mieć tej świadomości, bo byłoby łatwiej wierzyć w to, że ktoś jest z natury dupkiem albo ma elitową próżnię w głowie. Czasem też chciałabym komuś powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, choć przecież wcale tak nie myślę.

piątek, 29 stycznia 2016

kto komu umiera?

Nauczyłam się ostatnio kilku fajnych rzeczy ogólnych.
Możesz się podpiąć pod monitor, który nie dość, że zna twoje nazwisko i płeć, to jeszcze pokazuje, jak szybko bije ci serce.
Gdy serce zwalnia do poniżej 30, monitor wyje i miga.
Gdy serce przyspiesza do powyżej 140, monitor wyje i miga.
Możesz leżeć spokojnie i niczym się nie ekscytować, a serce i tak przyspieszy. Nie masz na to wpływu.
Im bardziej chcesz, żeby zwolniło, tym bardziej nie wychodzi.
Możesz umrzeć w każdej chwili i to nie jest frazes, tylko fakt. Czasem wystarczy mała tabletka połknięta nie wtedy, kiedy trzeba. To się nazywa wstrząs i jeśli nie jesteś akurat w szpitalu, to masz pewność, że za kilka minut nie będzie cię już w ogóle nigdzie.
Serce nie lubi słuchać czyichś poleceń. Podawanie nawet najsilniejszych leków może dawać nikłe rezultaty.
Serce jest oszustem. Możesz przejść zawał, a ono nawet nie będzie miało blizny.

I jeszcze kilku rzeczy o mnie.
Chce mi się płakać, gdy staję oko w oko z bezradnością i bezsilnością.
Potrafię nagle zdać sobie sprawę z tego, jak nieważne jest to, czym się przejmuję. To nie przeszkadza mi przejmować się dalej.
Nie umiem opowiedzieć komuś o pogodzie za oknem, choćbym nie wiem jak się starała. W rzeczywistości deszcz zawsze pada mocniej, a słońce świeci silniej niż w moim opisie.
Dobrze znana droga zajmuje mi nadspodziewanie mało czasu, jeśli tylko idę wystarczająco szybko i wmawiam sobie, że wcale nie uciekam.

Tak, serce może pęknąć.