Wszystko się dzieje i nie dzieje się nic, informacje przepływają przeze mnie falami. Zamiast przejmować się ludźmi, ryczę jak głupia nad losem skatowanego psa. W drodze powrotnej witam się z moim osiedlowym czarnym kotem. Nie mam siły myśleć o losie ludzkości, sami doprowadziliśmy do tego, co mamy. Jak ostatni skurwiele zabieraliśmy po kawałku wszystko, co tylko można było zabrać, a teraz się dziwimy, o jezu, ale co się dzieje, dlaczego to tak wygląda? Za dużo nas tu jest i jeszcze wokół kolejne bachory. Nigdy nie zniknie ten syf, który po sobie zostawiamy. Coraz częściej mi wstyd, że jestem człowiekiem (sorry, nie miałam wyboru - gdybym miała, chętnie byłabym ważką albo płaczącą wierzbą).
Trochę się nie chcę sama przed sobą przyznać i trochę nie wierzę, że tak myślę (a jednak!), ale tęsknię za tym kieracikiem. The final countdown zacznie się niebawem, a ja już myślę, jak to wszystko ogarnąć. Zły chochlik powtarzający "nie da się" zaczyna się pojawiać coraz częściej; na razie jeszcze jestem w stanie go zagłuszać, ale zobaczymy, ile wytrzymam.
Łapię się na tym, że pstrykam zdjęcia jak idiotka, bez opamiętania. Co ja chcę zatrzymać, przyszpilić w kadrze, co boję się stracić? Widok z okna babci, kolejny kieliszek wina, zmrok na ulubionej ulicy, szybki marsz po mieście, pierwsze jesienne powietrze? Wszystko i nic.
Takie żałosne życie.
Takie piękne życie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz