Siedzę i patrzę na to wyszperane Pinot Noir, i nienawidzę siebie i wszystkich, znów się to dzieje, choć okazja taka pozytywna. Trzy lata, kurwa. Trzy lata wyjęte z życia.
Za szybko się robi ciemno, a może za wolno. Szczerzą się do mnie różne księżyce, a szerokość ich uśmiechu jest wprost proporcjonalna do mojej chęci wycia w niebo. Wokół kolejne pomysły, ustawy, projekty, góry książek, święta idą, ej, co jest tak naprawdę ważne?
Nie chcę. Jestem dziś dzieckiem, znów mam pięć lat, znów pluję zupą, znów tupię nogą, NIE CHCĘ! Tych serników i ryb, opłatków, swetrów, kolęd, życzeń, pytań, filmów, śniegu, firanek, zmywania. Nie chcę. Odpierdolcie się.
Za często mi szumi w głowie, szum ten jest przyjemny jak lód górskich potoków i uporczywy jak każdy dzień po. Nie myślę, nie czuję, nie istnieję. Znikam i myślę w tym znikaniu, nie umiem zniknąć na dobre, znikanie boli. Dlaczego nikt mi tego nie powiedział?
To za ten czwarty rozpoczęty rok!
Oby ostatni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz