Nauczyłam się mówić jak byłam bardzo, bardzo mała - tak mała, że tego nie pamiętam. Podobno składałam od razu całe zdania i wszyscy się dziwili, jak to możliwe. Po jakimś czasie zorientowałam się też, że istnieje kłamstwo. I przemilczenie. Że słowa nie oddają wszystkiego, że zawsze zawodzą, choć usilnie próbowałam przyszpilić je do kartki czernią atramentu.
Wczoraj powiedziałam ci tylko, że pies chyba złapał kleszcza.
A tak naprawdę to chciałam ci powiedzieć, że się bardzo przestraszyłam, jak wspomniałaś o tych badaniach i o guzie, i jak słyszałam tę dobrze znaną bezradność. I jak mówiłaś, że rezygnujesz z Wiednia. I jak wymieniałaś te wszystkie ważne i poważne rzeczy. I że widzę i słyszę, jak próbujesz zagadywać rzeczywistość, żeby tylko nie myśleć. I że tak bardzo nienawidzę tej twojej słabości, której mnie oduczyłaś tak dawno temu, gdy uparcie powtarzałaś, że biedronki nie płaczą. I że jednocześnie tak bardzo ci tej słabości zazdroszczę, bo ja z nią ciągle walczę, a ty potrafisz odpuścić, i mimo że cię wtedy nie cierpię, to też bym tak chciała. I że nie chcę być poważna i myśleć o tym wszystkim, bo ja przecież muszę znów biegać po mieście z aparatem i upijać się tanim winem, a nie zapamiętywać loginy do kont. I że masz się wziąć w garść, bo ja nie umiem podlewać kwiatów.
Nie powiedziałam ci tego wszystkiego, bo nie umiałam. Nadal nie umiem. Umiem tylko mówić o psie.
Nic nie czuję... Marta, ja nic nie czuję.
Ciarki, paraliż. Odrywam wzrok od książki. Obok ciebie leży pies, trzymasz rękę na jego plecach.
Aha, więc ty o tym kleszczu.
Dlaczego o najważniejszych rzeczach potrafię tylko pisać?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz