środa, 23 marca 2016

courage!

Teraz już wiem, że najbardziej na świecie brakowało mi ŻYCIA. Więc chyba dobrze, że ostatnio znów mnie poniosło - najpierw do stoczni, a potem do Sopotu. Magia się zadziała, bo po raz pierwszy od wielu, wielu dni (miesięcy?) byłam tu i teraz. Znów nie chciałam, żeby coś się kończyło. Znów nie chciałam iść do domu, ale jakże inne było to niechcenie od niechcenia codziennego. Bo jak w sobotę Maria Boska krzyczała o wolności ponad wszystko, o miłości zamiast wojny, to krzyczałam razem z nią i miałam poczucie, że to prawda, że to przecież moje myśli, i że nareszcie ktoś to wyśpiewał i wytańczył. A jak wczoraj cudna Olga rozprawiała o tolerancji, niezrozumieniu, przezwyciężaniu barier, to chciałam powtarzać za nią, bo przecież tak właśnie jest, i ja mam to samo, że piżama do czwartej po południu i zamykanie się przed innymi, ale jakby co, to wychodzę i oto jestem, możemy rozmawiać.

A dziś taki piękny dzień. Drugi dzień wiosny. Ustawiłam nową tapetę, Maria patrzy na mnie z ekranu, a za nią wielki napis. NIE BÓJ SIĘ.

A dziś taki piękny dzień. Wyprawa na lotnisko i lekka panika, i przekonanie, że wystarczy jedna sekunda, żeby mnie nie było. Czy naprawdę "nic nie jest warte, by za to umierać"? Bomba okazuje się niewypałem w każdym sensie. I znów spokój duszy, choć brzmiało groźnie.

A dziś taki piękny dzień. Dowiedziałam się o Belgii, gdzie groźnie nie tylko brzmiało, ale było. Znów. Ile jeszcze?

A dziś taki piękny dzień. Żyję, śmieję się, podkręcam muzykę, biegnę na tramwaj, łapię zachodzące słońce. Zaczynam wierzyć w to, że naprawdę "wszystko w moich rękach".

Boję się.

PS. Znalezione w sieci. Jakoś mnie rozczuliło. Co z tego, że to pewnie nieprawda, skoro ja wierzę w głupoty.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz