Byłam z siebie dumna, bo tak ładnie wszystko załatwiłam z tą biurwą (która notabene nie była aż-taką biurwą, może jeszcze nie przesiąkła do końca urzędową atmosferą), i nawet nie zapomniałam po co przyszłam głównie, znaczy zapomniałam, ale mi mój przedziwny mózg w odpowiedniej chwili zaświecił czerwoną lampkę stop, wróć. I w końcu się zmusiłam, ruszyłam dupę i sobie wyprałam te dwa swetry, które mi zalegały w koszu jak wyrzuty sumienia, a teraz wiszą i czekają na lepsze czasy i chłodne dni, co bym mogła zakładać i znów topić się w czerni i szarości. I jeszcze nie byłam panną czekającą i narzekającą, no może troszkę, ale to profilaktycznie, a tak to bawię się świetnie i wcale mnie nie obchodzi, co ty tam robisz. I zachowałam jakimś cudem i ostatkiem sił zimną krew dziś przy mikrokłótni z Anką, i chociaż wiedziałam, że mam rację, to mi złośliwy chochlik krzyczał "daj spokój", a ja szłam w zaparte i odniosłam zwycięstwo, co prawda pyrrusowe, ale może na początek dobre i to. I wreszcie ruszyłam książkę, co leży od tygodni nieruszana i zapomniana, na pewno jej smutno z tego powodu, a ja dziś właśnie odkurzyłam, odświeżyłam, przełożyłam zakładkę o dobre kilkadziesiąt stron w przód. I przeczytałam kilka wywiadów i artykułów, grzecznie oglądałam Fakty i nie mogłam się nadziwić, co się dzieje w mniejszym i większym świecie. I pokazałam ciotce Kołonotatnik, i mimo że ona średnio podzielała mój zachwyt, to ja przecież wiem, że to myśli sobie KAŻDY, a im bardziej zaprzeczasz, tym bardziej tak myślisz. Serio. I jeszcze przecież mieszka w mojej szufladzie bilet na boską Marię, czeka na oderwanie kawałka w następną sobotę, a ja ładnie go załatwiłam, chociaż się strasznie stresowałam, że zrobię kolejkę i w ogóle nie będzie i mnie wyśmieją, że to nie tu (kolejki nie było, bilety były, wyśmiania nie było). I ładnie ogarnęłam korki, w czwartek to nawet w sposób mistrzowski, znowu po mojemu zagięłam czasoprzestrzeń, a potem się zastanawiałam, skąd się bierze ciekawość świata i kiedy się to zaczyna mylić z ADHD. I tyle rzeczy przecież! Tyle rzeczy, że byłam dumna, albo nadal jestem dumna, bo to jednak dużo dla kogoś, kto przez większość życia ma ochotę przykryć się szczelniej kołdrą i udawać, że go nie ma.
No i se mogę tę całą dumę wsadzić teraz głęboko, bo przyszła ona i mi powiedziała, że to wszystko jest niepoważne, te studia są niepoważne i moje życie jest niepoważne, bo nic nie robię, a przecież to wszystko mogłoby wyglądać inaczej, gdybym tylko chciała. Chcieć to móc, a nie chcieć to zbrodnia. Nie mówiła tak dokładnie tego, ale dla mnie to było tak dokładnie to, tylko może trochę innymi słowami. Bo to kurwa nie ma znaczenia, że jak stoję na przystanku godzinę i odpadają mi po kolei wszystkie palce, i trzęsę się jak jeszcze nigdy, to mimo to podziwiam gałęzie i wołam psa, a on przybiega i czekamy razem. I nie ma znaczenia, że się zastanawiam co tydzień, co mogę zrobić na pół gwizdka, chociaż bym przecież wolała na cały, ale nie umiem i nie mam siły, bo tego jest za dużo (a i tak nie mam najgorzej). I nie ma znaczenia, że jak wracam do domu wieczorami, to chciałabym czasem komuś coś opowiedzieć albo żeby łóżko było bliżej niż na górze, i żeby czas był bardziej elastyczny, bo dwadzieścia cztery godziny to zdecydowanie za mało dla kogoś, kto tyle czasu spędza przekonując siebie, że jednak warto wyjść z domu. I nie ma znaczenia, że właśnie przeczytałam w Newsweeku recenzję płyty i dlatego tej płyty potem przesłuchałam, i dlatego się w tej płycie potem zakochałam i odkryłam muzykę, do której wcześniej nie miałam dostępu. To nie ma znaczenia, bo ja jestem niepoważna, bo ja jestem proszę pana na zakręcie, a tu trzeba poważne życie i rachunki, i samochód trzeba kupić i prawo jazdy zrobić, i zostawać w krajach albo z nich wyjeżdżać, i do pracy, i zawsze szybko, zawsze w biegu, bo nie ma czasu, bo czas nagli, bo nie ma ludzi wokół, a przecież są, są wszędzie, a ty nadal sama, i wiecznie sama, i w tłumie też jesteś sama, nic nie robisz i chcesz płakać, halo, dziecko, tak nie można, tu trzeba się wziąć w garść i budować lepsze jutro, hej.
Ja wiem, że Amelia i że nie mam kości ze szkła, i ja się naprawdę biję. Próbuję przynajmniej. Ale możecie to lepsze jutro budować jeszcze chwilę beze mnie?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz