sobota, 16 grudnia 2017

drugi warunkowy

Jak sto lat temu zaczynałam się uczyć angielskiego, to po jakimś czasie trafiłam na dział, który jedna z moich lepszych nauczycielek nazwała "pobożne życzenia". Trzaskało się ten drugi conditional z poczuciem, że trochę to śmieszne, a trochę absurdalne, ale co zrobić - taka lekcja, takie zadanie, takie życie. 
No i mnie dopadło po latach, bo przecież dlaczego pobożne życzenia miałyby istnieć tylko w drętwych językowych podręcznikach? A jeśli ktoś ma w głowie całą taką listę, cały spis w drugim warunkowym? A jeśli ta lista z roku na rok jest coraz dłuższa, to co wtedy?

Chciałabym umieć w końcu się przyznać, że tęsknię.
Chciałabym nie czuć tego czarnego i gryzącego w środku.
Chciałabym być wspaniała i odważna bez dwóch kieliszków wina.
Chciałabym komuś opowiedzieć, jak bardzo się boję tłumu w autobusie i jak bardzo muszę się skupić na liczeniu wdechów, bo inaczej mam poczucie, że się uduszę.
Chciałabym być zawsze fajna i pomocna, a nie tylko wtedy, kiedy się mocno postaram.
Chciałabym mieć miliony na koncie, żeby co miesiąc przesyłać sporą sumę na zwierzaki ze schroniska i na starszych samotnych ludzi, bo w pewien sposób utożsamiam się i z jednymi, i z drugimi.
Chciałabym budzić się bez przekonania, że to nie ma sensu.
Chciałabym budzić się bez nerwowego sprawdzania, co mnie boli i dlaczego znów brzuch.
Chciałabym słuchać mniej smutnych piosenek, bo przecież w sumie lubię wesołego rocka.
Chciałabym więcej tańczyć, bo przecież w sumie lubię tańczyć.
Chciałabym malować usta na czerwono nie tylko do zdjęć na instagram.
Chciałabym nie dolewać po kryjomu wódki do coli.
Chciałabym wiedzieć, jak to jest, że codziennie z domu wychodzi tyle osób i sobie tak żyje, idzie do pracy, robi zakupy, jedzie tramwajem i gra na telefonie.
Chciałabym, żeby ktoś mnie przykrył na zimę takim ciepłym polarowym kocem we wzory i pozwolił nie wstawać z łóżka do kwietnia.
Chciałabym żeby nikt nigdy nie zapytał mnie, co zamierzam, bo w zasadzie to nie zamierzam nic.
Chciałabym nie przeliczać nerwowo pieniędzy w portfelu, rozmyślając o tym, czego znów nie uda mi się kupić.
Chciałabym, żeby ktoś zlikwidował godziny poranne.
Chciałabym nie musieć wychodzić z domu.
Chciałabym nie spotykać na ulicy przypadkowych znajomych z przeszłości, z którymi nie wiadomo, o czym gadać, bo przecież nie o pracy czy związkach.
Chciałabym mieć plan na przyszłość, taki nawet najmniejszy, a nie pustkę w głowie.
Chciałabym przestać się jeżyć, gdy ktoś zapyta, co tam u mnie.
Chciałabym nie zazdrościć.
Chciałabym w końcu napisać jako pierwsza.
Chciałabym mieć poczucie, że jest więcej osób, które się boją krzykliwych ludzi, niejasnych sytuacji i przechodzenia przez sklepowe bramki, mimo że przecież niczego się nie ukradło.
Chciałabym patrzeć na zachód słońca albo śmieszny napis bez przekonania, że absolutnie muszę je natychmiast sfotografować, bo inaczej się nie liczy.
Chciałabym być dobra dla innych.
Chciałabym być dobra dla siebie.
Chciałabym częściej mówić „nie wiem” bez poczucia, że jestem najgłupsza na świecie.
Chciałabym umieć bez skrępowania przyznać, że nie czytałam jakiejś książki albo nie oglądałam jakiegoś filmu.
Chciałabym rozmawiać najszczerzej bez alkoholu.
Chciałabym mieć siłę.
Chciałabym nie marnować czasu.
Chciałabym więcej piec i gotować.
Chciałabym żeby ktoś mi prosto i ciekawie opowiadał o fizyce i chemii.
Chciałabym malować paznokcie bez poczucia zażenowania, że robię coś tak ordynarnego zamiast czytać Susan Sontag.
Chciałabym się tyle nie martwić.
Chciałabym pytać ludzi, o czym myślą, gdy nie mogą spać i kiedy ostatni raz płakali.
Chciałabym być prostsza.
Chciałabym, żeby złożoność nie była tak przerażająca.

poniedziałek, 16 października 2017

#jateż

Zobaczyłam te posty rano i w pierwszym odruchu pomyślałam, że mnie to nie dotyczy. Bo przecież nic takiego się nigdy nie stało, bo przecież to norma, bo przecież nie ma co wyolbrzymiać, bo przecież inne laski miały gorzej. Ale potem, gdy zaczęłam sobie przypominać te wszystkie sytuacje, w których robiło mi się niedobrze i chciało mi się wyć, to nie mogłam zatrzymać tych kolorowych, wciąż żywych obrazków w głowie. Karuzela z madonnami, czas start.
Główna ulica starówki, wcześnie rano, zima. Idę do szkoły, mam puchową kurtkę i ciężkie buciory. Przechodzący z naprzeciwka mnie koleś "przypadkowo" ociera się o mnie ramieniem i w biegu rzuca mi prosto do ucha, że wyglądam pociągająco. Ja, piętnastolatka ze szkolnym plecakiem.
Impreza urodzinowa koleżanki, klub, środek nocy. Przykleja się do mnie facet, któremu taniec najwyraźniej myli się z grą wstępną. Ratuje mnie tłum ludzi, moja umiejętność znikania i znalezienie sobie innego kąta sali - bo przecież nie stanowcze odmowy.
Centrum miasta, wielkie skrzyżowanie, środek dnia. Idę mostem, tuż przy barierce, nikomu nie zawadzam. Mijający mnie rowerzysta decyduje się klepnąć mnie w tyłek. Tak po prostu.
Autobus, jeszcze przed północą, wracam z imprezy. Siadam przy oknie, w uszach mam słuchawki, a w ręku butelkę coli. Mniej więcej w połowie drogi dosiada się do mnie koleś, akurat do mnie, choć pół autobusu puste. Wciska mnie w szybę, wygłasza tyrady o tym, że wszystkie laski to kurwy i ja na pewno też (nie zagłusza go nawet moje ratujące życie Placebo), na koniec wyrywa mi z ręki colę i wysiada na następnym przystanku.
Znów autobus, tym razem środek dnia, jadę z jednej pracy do drugiej. Zaraz mój przystanek, choć jeszcze stoimy na światłach. Jest sporo ludzi, ale bez przesady, a stojący naprzeciwko mnie facet jest zdecydowanie za blisko - jestem tego pewna zwłaszcza wtedy, gdy zaczyna mi sapać do ucha. Zaczynam oddychać dopiero wtedy, gdy stoję już na przystanku.
Kino, popołudnie, jestem z rodziną, obok mnie wolne miejsce. W ostatniej chwili dosiada się mężczyzna, ja mam jedną nogę założoną na drugą. Gdy w połowie seansu chcę zmienić pozycję, moje udo natrafia na jego rękę. Kilka sekund później nic się nie zmienia, więc mój naprędce wygrzebany z kieszeni klucz "przypadkowo" trafia na jego nadgarstek. Facet wstaje z miejsca i wychodzi długo przed końcem filmu, ja na wolnym miejscu obok mnie nie chcę położyć nawet torby.

To tylko kilka scenek rodzajowych z życia. Mogę mnożyć te przypadki, te wszystkie zaczepki budowniczych, pseudokomplementy starszych i młodszych mężczyzn, gwizdy, naruszanie przestrzeni, zastraszanie. Znam na pamięć listę miejsc, których muszę unikać nie tylko po zmroku, umiem wtapiać się w tłum, w ścianę, w podłogę, w cokolwiek. Dawno temu nauczyłam się robić kastet z kluczy, potrafię zdeptać glanem za miejsce blisko kierowcy w nocnym autobusie i wejść na każde piętro, jeśli mam w perspektywie jazdę windą z dziwnym nieznajomym kolesiem. Mniej bałam się wracać sama na piechotę przez nocne miasto niż zostać w klubie pełnym spoconych, natarczywych facetów. Umiem stać w autobusie czy tramwaju przez całą drogę z jednego krańca miasta na drugi tylko dlatego, że manspreading ma się świetnie, a mnie nie bardzo uśmiecha się ocieranie o czyjeś uda. Przeczytałam setki książek w komunikacji miejskiej nie tylko z chęci zabicia wolnego czasu, ale głównie po to, by móc zniknąć i nie patrzeć. Tak, w tym jestem mistrzynią. Znikam i nie patrzę.

Nie chcę nawet myśleć o tych wszystkich kobietach, które są bite, poniżane, które ktoś zgwałcił. Nie wyobrażam sobie tego, co one czują, jeśli mnie znów jest niedobrze WYŁĄCZNIE na wspomnienie wszystkich tych opisanych sytuacji. Nie wyobrażam sobie skali ich traumy. Nie wyobrażam sobie, w jaki sposób żyją. Nie wyobrażam sobie, co muszą widzieć, gdy zamkną oczy.

Dopiero uczę się mówić - podobno lepiej późno niż wcale. Wiem chociaż tyle, że ta słuszna akcja niestety jest też dla mnie. O mnie.
Bo przecież  #jateż.

poniedziałek, 18 września 2017

to nie miejsce, lecz stan

Wtaczam się na czwarte piętro, które za każdym razem bezczelnie mi uświadamia, że coraz gorzej z kondycją. Nastawiam wodę w tym czajniku nie dla głuchych, wymagającym, żeby przy nim siedzieć i nasłuchiwać. Więc siedzę. Nasłuchuję. I patrzę przez okno na najpiękniejszy widok świata.
Migawka.
Mam piętnaście lat, jest wcześnie rano, słońce już wstało, ale wciąż nie ma siły, żeby porządnie wleźć na niebo. Ja też nie mam siły wstać od stołu. Dłubię widelcem w sałatce, gapię się w przestrzeń, myślę o tym, jak będzie gorąco po południu, kiedy wrócę ze szkoły. Ale nie jestem przy tym stole sama, bo jeszcze normalność, jeszcze rozmawiamy, jeszcze jest nas parzyście. Słońce głaszcze mnie po twarzy, gdybym miała piegi, to pewnie wylazłyby na wierzch, żeby się z nim przywitać. Zamykam oczy, nieświadomie przyszpilam ten moment do tablicy pamięci.
Stop.
Skrzypiąca podłoga jest oznaką życia. Ostrożnie niosę gorącą szklankę z herbatą, przestępując wszystkie progi. W dużym pokoju atakują mnie sztuczne światło i gwar rozmowy.
Migawka.
Promienie słoneczne są silniejsze niż korony drzew, przebijają się przez nie i zalewają pokój jasnością. Ktoś otworzył na oścież drzwi balkonowe, słychać ptaki i szelest przewracanych z wolna stron gazety. Pachnie kawą, czekoladą, czymś nieopisanie ciepłym. Zapadam się w fotelu, choć zazwyczaj mi nie wolno. Podkradam kolejne cukierki, zdradza mnie przenikliwy odgłos rozwijanych papierków. Słońce rozgrzewa szybę, w powietrzu wirują drobinki kurzu. Jest cicho, spokojnie, świat zniknął, istnieje tylko światło, w nim jest początek i koniec.
Stop.
Zbieram się do wyjścia, sznuruję buty, zakładam kurtkę. W lustrze odbija się ta niedostępna twierdza, teraz chwilowo otwarta. Zaglądam tam.
Migawka.
Mam osiem lat i marzę o Afryce, a w zbliżeniu się do niej pomaga mi soundtrack z filmu puszczany w kółko, zdecydowanie zbyt głośno, z nowoczesnego wówczas sprzętu. Kręcę się na fotelu, coraz szybciej i szybciej, świat wiruje jak nowiutki globus stojący na biurku. Stopy niepewnie wyczuwają stały ląd, ciepły dywan na lodowatej podłodze. Obrazy w mojej głowie tworzą karuzelę, ciało odpoczywa, ale umysł wciąż powoli łapie pion. Spoglądam w okno, tęsknię do miejsc w których nie byłam, układam scenariusze dalszego życia. Wypełnia mnie muzyka, mocno wierzę w to, że mogę wszystko.
Stop.
Pokonuję kolejne stopnie w dół i myślę o tym, ile to miejsce pamięta. Gdyby mury mogły mówić, to ten dom musiałby chyba krzyczeć. Przecież tam pod jednym dachem mieszkają duchy tych, których już nie ma i ciała tych, którzy jeszcze ostatkiem sił są. Jeśli kiedyś przyłożę szklankę do ściany, to wiem, że usłyszę echo tego wesela, szczęk rozbijanego szkła, pokrzykiwania małych dzieci, chrapanie psa, śmiech i płacz, codzienne błahe rozmowy, niezręczne cisze. Dotknę ścian i poczuję radość i smutek, przerażenie i spokój, niepokój i bezpieczeństwo. I miłość, tyle miłości.
Nigdy nie mam problemu z odpowiedzią na pytanie "gdzie mieszkasz?". Ale rozsypują mi się w ustach słowa, gdy ktoś rzuci od niechcenia "gdzie jest twój dom?".

sobota, 2 września 2017

furia mać

Bredzisz, za dużo wypiłaś.
A ja chcę dzisiaj zadawać ból, wbijać czarne literki w miękkie ciało i patrzeć, jak ono się wije i zastyga w przerażeniu. Chcę zobaczyć, jak to jest, jak się czujesz po tej drugiej stronie. Chcę się dowiedzieć, czy to nakładanie maski jest widoczne. Chcę ranić, moim pistoletem jest puste okienko, moimi nabojami przyciski na klawiaturze.
Ktoś mi wyłączył empatię i dobroć, w żyłach mam dziś złość i atrament. Kleję słowa, urzeczywistniam myśli, wiem jak to zrobić, żeby bolało. To stara sztuczka, rodzinny przepis wyssany z furią matki. Taki ukryty talent.
Potem znikam, to umiem najlepiej, ćwiczenia z niewidzialności zapewniła mi spotkana ostatnio teraźniejszość i przeszłość, chociaż przeszłość trochę bardziej, bo chyba zderzyłam się wtedy z pociągiem i pech chciał, że to było pendolino. Nóż w brzuch, pogruchotało kości, cóż więc zostało innego jak tylko zapaść się w poalkoholowe historie.
Jestem niewidzialna, jestem niewidzialna i rzucam w ciebie słowami jak się rzuca do tarczy. Bingo, strzał w dziesiątkę. Nie do końca umiem się z tego cieszyć.

sobota, 19 sierpnia 2017

(t)ouch

Raz, dwa, trzy, za mało stopni z pociągu, Sopot znów zachmurzony, nachmurzony, tyle ludzi wokół - jeśli się zastanawiasz, jak wygląda piekło, to spróbuj przejść szybko przez Monciak w sezonie (właśnie tak). Słowa, dużo słów, mało wniosków, Polska znów mistrzem Polski w debacie. Przejściem w dół, schodami w górę, znów pociąg, patrzę w okno, krajobraz przemyka i nie da się przyszpilić, choćbym nie wiem jak się starała. Nie wstaję z miejsca, nie wysiadam i co mi zrobisz.
Znów miodowy odcień w szklankach. Znów pięknie, o jak pięknie, taka jestem elokwentna, ej, chodź, opowiem Ci, jak wyglądało moje życie przez ostatnie dwadzieścia lat.
Wracam. Droga mija za oknem, mija mi życie, co ja mam robić? Proszę zrobić prawo jazdy, to się naprawdę przydaje. Nawet wtedy, gdy się boisz?
Schodami w górę, jeszcze spacer, jeszcze oddycham, jeszcze idę ja i moje myśli, potem idzie już tylko butelka wina i dawne wspomnienia, języki muszą się zgodzić na niechcianą gimnastykę. 
Ale ty nie planujesz...?
Nóż w brzuch, za głośno w słuchawkach. Ała, już boli, dlaczego potrafisz tak ładnie zgadywać?

czwartek, 17 sierpnia 2017

rzygam

Ale ja to się martwię, bo wiesz, te czasy takie, nie wiadomo, ja to bym chciała, żebyś ty znalazła porządną pracę, kiedy ty w końcu znajdziesz pracę, ile można żyć z tych zleceń, a jak to w ogóle wygląda, jak ty się ogłaszasz, jak ty szukasz tej pracy, czy to jest jakieś pewne, bo może nie, czy ty jesteś ubezpieczona, ja się tak martwię zawsze, czytam te książki i patrzę na te nazwiska, to zawsze są inne osoby, popatrz, jednak można, a czy ty byś chciała to robić, jak się za to zabrać, to się w sumie trzeba zastanowić co jest bardziej opłacalne, bo przecież nigdy nie można być niczego pewnym, a w ogóle ta Agatka, kojarzysz Agatkę, to ta Agatka właśnie wyszła za mąż, popatrz, taka niepozorna, a jednak, ślub piękny i ona z tym Krzysiem czy tam Tomkiem, wino gościom rozdawali, tacy pomysłowi, każdy co im złożył życzenia to taką butelkę dostawał, pierwszy raz widziałam, a jednak tak się robi chyba, no patrz, ale wiesz, tak poza tym to ona zaraz po studiach taką pracę znalazła, w zasadzie to już przed obroną tam poszła, z miejsca etat, ja to nie wiem, jak to się dzieje, ale widać tak jest, nigdy nic nie wiadomo, teraz tam siedzi w tym biurze, patrz, jak to się udaje czasem, ale no pewnie, to taki techniczny kierunek, u ciebie to inaczej jednak, a czy ty byś może chciała zostać, a ta Monika, wiesz, ta Monika córka Dorotki, to ona została tam na uczelni, ja nie wiem, jakie to tam stopnie są po kolei, ale w każdym razie została i teraz chyba będzie profesorem, zdolna ta dziewczyna, ale czy ty byś tak mogła, może tak, a czemu nie teraz, a czy to się opłaca tu zostać, a może tam, może jechać, ale czy to tak się da, tak żyć daleko, a czy oni planują wrócić, bo to chodzi o to twoje ubezpieczenie, nigdy nie wiadomo, co się może stać, a stać się może dużo, różnie to bywa przecież, ale gdybyś już znalazła jakiegoś męża, to on by u nas chociaż robił za elektryka, widzisz, a tak to musimy wołać kogoś innego, no niby to rodzina, ale wiesz, zawsze lepiej tak swojego, a nie tak się prosić, zresztą zdecydujesz sama...

Wino jest czerwone i wytrawne.
Zafarbowałam usta, oszczędzam szminki, nie oszczędzam uszu, znów zbyt głośna muzyka w słuchawkach.
Mózg mi paruje, rzygam litanią skarg, próśb i trosk.
Słucham, nie słyszę, mam wolne, mam wakacje, więc jutro może zbyt krótkie szorty i nad morze.
Zdecydowałam sama.

środa, 28 czerwca 2017

jest ok, ale

Więc teraz jest tak, że czarna kawa zabielona mlekiem. Że czarna bluzka do jasnych spodni. Że usta najciemniejsze z ciemnych, ale oko nagie. Że noc, ale w tle majaczący świt. Zawsze się mówi "oby do wiosny", ale przecież przyszło już lato.
Wracam z psem i widzę mężczyznę, który siedzi na kamieniu i płacze. Letni wieczór, samochody, ludzie jeszcze idą po zakupy. A on płacze. U mnie lepiej, dziękuję, sama poszłam, z własnej woli, zaskakująco ciepło. A on płacze. I mój pies, ten pies z nadpobudliwością, ten pies najgroźniejszy z groźnych, staje i głupieje. A on płacze. I mój pies, ten pies broniący słabych, ten pies, co strzeże domu, uważnie patrzy. A on płacze. I mój pies, ten pies najwierniejszy, ten pies, co ratuje życie, nie wierzy własnym oczom. A on płacze. I mój pies, ten pies w ciągłym biegu, ten pies, co nie ma czasu, nie chce się ruszyć z miejsca. Płaczący ma bluzkę błękitną jak łzy na obrazkach dzieci. Zawstydzona ciągnę psa, który chyba właśnie zdał sobie sprawę z tego, że czasem nie pomaga nawet piłka i mokry nos. Zawsze mi trochę szkoda, gdy umiera najczystsza, najszczersza wiara w szczęście.

poniedziałek, 19 czerwca 2017

merlot

Ostatnio znowu karuzela z madonnami. Nie umiem już chyba na trzeźwo, nie umiem pisać, nie umiem żyć. Muszę mieć obraz rozmazany, nastrój nieprzysiadalny jak Świetlicki, usta bordowe nie od szminki bynajmniej, niepewną rękę dzierżącą długopis.
I nienawidzę wtedy siebie, bo nie umiem nic bez tego szumu, ten szum mnie prowadzi i każe biec, sunąć dłonią po papierze, gapić się bezczelnie w okno albo na współpasażerów w tramwaju, choć to dopiero trzecia po południu i nikt normalny nie szuka przecież zaczepki, tylko wraca do domu. A mnie jest dziwnie spokojnie i niespokojnie, a ja chcę wyć i burzyć im spokój dusz, chcę krzyczeć to, o czym bali się pomyśleć.
I nienawidzę wtedy siebie, bo coś mi każe pisać tę kartkę po połowie wina, tę jedną jedyną najważniejszą kartkę świata, i ja przecież wiem, że rano na to spojrzę i będzie mnie skręcać poczucie winy i wstyd, zwyczajny i ludzki. Ale nic nie poradzę, że wina było tylko (!) pół butelki, a ja mam znów usta bordowe i nie umiem się żegnać z ludźmi bez płaczu, a jak płaczę to jestem miękkim małżem, więc jednak wolę tusz zostawić na miejscu, na rzęsach.
I nienawidzę wtedy siebie, bo wszystko załatwiam z prędkością światła, zobaczcie jaka jestem świetna, świetlana, przyszłość moja się rysuje jasno i pewnie. Wierzę w to mocno, a czas wiary jest uzależniony od mocy wypitego napoju. Dziś trzynaście procent, zawsze lubiłam trzynastki.
I nienawidzę wtedy siebie, bo blisko jest łóżko i poduszka, ale łóżko to noc, a ja przecież tu jestem królową, niech chwila trwa i w okna zagląda świt, ja nie chcę znów spać sama.
Kiedyś będę się z tego śmiała, a dziś rzygam pijackim potokiem słów na wirtualny papier.

niedziela, 14 maja 2017

i co teraz?

Więc umierasz. Od lutego nie jest lepiej, chyba gorzej, najwyżej bez zmian. Starasz się i walczysz za każdym razem, gdy przychodzę. A przecież nie przychodzę często.
Więc umierasz. Ostatnim razem widziałam to piwo, widziałam chęć, widziałam zawziętość. Przecież jestem taka sama, krew z krwi, oczy z oczu, choć dzielą nas dwa pokolenia. Ja też krzyczę, kiedy trzeba.
Więc umierasz. Zastanawiam się, czy doczekasz do weekendu, czy wytrzymasz jeszcze dzień, jeszcze noc. Jeszcze trochę. Czy zobaczysz swoją siostrę. Czy będziesz się cieszyć z Anią, gdy zda maturę. Czy zjemy jeszcze najsłodszy tort na świecie w twoje urodziny.
Więc umierasz. Drżę na każdy dzwonek telefonu, zaglądam jej przez ramię, gdy odbiera. Czy to już? Czy spadnie na mnie niebo? Czy w ogóle coś poczuję?
Więc umierasz. Śniłeś mi się ostatnio, obudziłeś mnie o czwartej nad ranem. Spojrzałam przez okno, wschodziło słońce. Przestraszyłam się. Po raz pierwszy w życiu nie mogłam spać.
Więc umierasz. Denerwuję się na ciebie, mam ochotę wyć i rozbijać szkło. Sam sobie to robisz. Sam sobie to zrobiłeś.
Więc umierasz. Byłam i nie byłam na to przygotowana. Nie mogę cię zatrzymać, nie będę nawet próbować. Nie da się zatrzymać wolnego ducha. Coś o tym wiem.

niedziela, 19 lutego 2017

niebieski

Zaczęło się od tego, że zauważyłam, jak cicho i spokojnie jest na dworze, a potem zagadywałam ciszę głupotami, bo zawsze tak robię jak się stresuję. Potem były rozsuwane drzwi i sterylny korytarz, który znam na pamięć, a później śliskie schody i kolejne drzwi, tym razem nowe, białe. No i ściany, wściekłe, natarczywe ściany, całe w żółci i zieleni, jakby na złość, jakby się uparły, że trzeba żyć, że trzeba życiem rzygać, gapić się w słońce i biegać po trawie. Przerażające.
Nad białymi drzwiami były dwie cyfry, 30, więc irracjonalnie pomyślałam, że dobrze, że parzyście (co to ma do rzeczy?). Nie ja nacisnęłam na klamkę, może i dobrze, bo nie miałabym tyle siły. Nie ja weszłam pierwsza, może i dobrze, bo odwróciłabym się na pięcie. Gdzie się podział człowiek, który chodził ze mną po lesie? Gdzie ta osoba, która potrafiła przejść pół miasta w poszukiwaniu ulubionych słodyczy, a przy okazji bajerowała każdą sklepową po drodze? Gdzie ten łazik, który codzienny obchód dzielnicy uważał za swój święty obowiązek? Nie wiem. Przywitały mnie prawie czarne oczy, zupełnie takie jak moje. Uśmiech i lekkie zdziwienie.
Nie wiem, kim jest ten kruchy człowiek, człowieczek właściwie, w granatowej piżamie i za dużej bluzie. Ledwo go poznałam, jak powoli wstawał z łóżka i z trudem otwierał szufladę, choć przecież był sobą, gdy dał mi ulubioną gazetę, znów, jak zwykle, bo przecież wie, że "muszę wyczytać wszystkie litery". I gdy próbował mi wcisnąć czekoladę, "bo przecież lubię". I gdy miałam iść i zrobić mu herbatę, a potem "posłodzić i zamieszać, bo musi być zrobiona do końca". Te krótkie momenty to cały on; to normalność, którą wydarłam z tego przerażającego otoczenia, którą chcę zamknąć w jakimś pudełeczku i zachować, nie otwierać, nie wypuszczać na zewnątrz. Chcę wyciąć w nim okienko i sobie patrzeć, siedzieć i patrzeć na małego człowieczka, który denerwuje się na mnie, że nie chcę dokładki. 
Zapytał, jaka dziś pogoda, a ja spojrzałam w mleczne niebo i uświadomiłam sobie, że jest mi zimno, choć w sali ogrzewanie włączone na maksa. "Zimno, wieje, coś tam kapie z nieba".

Rozbolała mnie głowa, kupiłam butelkę wina.
Nie radzę sobie z umieraniem.

środa, 8 lutego 2017

forget the silence

Milczę.
Za dużo myślę, kiedyś eksploduje mi od tego głowa, to pewne. Jak można się tak wszystkim przejmować? Bezdomny pies, sieroty z Aleppo, kolejne marsze, protesty, gwałty, choroby, wypadki, zamachy. Krew na ulicach, jak to śpiewa Maria boska. Uczestniczę w tym wszystkim pośrednio i bezpośrednio, to dzieje się daleko albo całkiem blisko. Nie mam na to wpływu i to denerwuje mnie najbardziej. Nie umiem o tym opowiedzieć, nie mam siły tego zapisać. Zapisane istnieje jeszcze bardziej.
Milczę.
Tyle słów mi przecieka przez palce, siadam do pustych kartek i zniechęcona zamykam zeszyty. Słyszę zachęty i czuję czyjąś wiarę, bo nie własną przecież. Jak ja mam to wszystko opisać? Jak mam zamknąć chore twory głowy na iluś tam stronach? Chciałabym móc spojrzeć na świat nie moimi oczami, chciałabym spojrzeć na siebie z zewnątrz. Trochę się boję, że mogłabym się przestraszyć. Skąd się bierze to dziwne, niezrozumiałe dla mnie przekonanie, że ja mogę tworzyć? Przecież bardziej nie wiem niż wiem, składam się głównie ze znaków zapytania. Próbuję to zmieniać, próbuję wychodzić z siebie. Z daleka od własnego ciała jest mi zimno.
Milczę.
Jestem okrutna i samolubna, zapominam albo celowo wyrzucam z pamięci. Organizuję sobie czas i zagłuszam. Wmawiam sobie, że coś muszę - zrobić nową tablicę, uporządkować ciuchy, przejrzeć papiery. Uczę się myśleć o sobie i wymagać też od innych. Nikt nie uprzedzał, że to takie trudne.
Milczę. Moje milczenie jest niepisaniem, bo pisanie to krzyk.
Na razie biorę głęboki wdech.