Więc teraz jest tak, że czarna kawa zabielona mlekiem. Że czarna bluzka do jasnych spodni. Że usta najciemniejsze z ciemnych, ale oko nagie. Że noc, ale w tle majaczący świt. Zawsze się mówi "oby do wiosny", ale przecież przyszło już lato.
Wracam z psem i widzę mężczyznę, który siedzi na kamieniu i płacze. Letni wieczór, samochody, ludzie jeszcze idą po zakupy. A on płacze. U mnie lepiej, dziękuję, sama poszłam, z własnej woli, zaskakująco ciepło. A on płacze. I mój pies, ten pies z nadpobudliwością, ten pies najgroźniejszy z groźnych, staje i głupieje. A on płacze. I mój pies, ten pies broniący słabych, ten pies, co strzeże domu, uważnie patrzy. A on płacze. I mój pies, ten pies najwierniejszy, ten pies, co ratuje życie, nie wierzy własnym oczom. A on płacze. I mój pies, ten pies w ciągłym biegu, ten pies, co nie ma czasu, nie chce się ruszyć z miejsca. Płaczący ma bluzkę błękitną jak łzy na obrazkach dzieci. Zawstydzona ciągnę psa, który chyba właśnie zdał sobie sprawę z tego, że czasem nie pomaga nawet piłka i mokry nos. Zawsze mi trochę szkoda, gdy umiera najczystsza, najszczersza wiara w szczęście.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz