poniedziałek, 18 września 2017

to nie miejsce, lecz stan

Wtaczam się na czwarte piętro, które za każdym razem bezczelnie mi uświadamia, że coraz gorzej z kondycją. Nastawiam wodę w tym czajniku nie dla głuchych, wymagającym, żeby przy nim siedzieć i nasłuchiwać. Więc siedzę. Nasłuchuję. I patrzę przez okno na najpiękniejszy widok świata.
Migawka.
Mam piętnaście lat, jest wcześnie rano, słońce już wstało, ale wciąż nie ma siły, żeby porządnie wleźć na niebo. Ja też nie mam siły wstać od stołu. Dłubię widelcem w sałatce, gapię się w przestrzeń, myślę o tym, jak będzie gorąco po południu, kiedy wrócę ze szkoły. Ale nie jestem przy tym stole sama, bo jeszcze normalność, jeszcze rozmawiamy, jeszcze jest nas parzyście. Słońce głaszcze mnie po twarzy, gdybym miała piegi, to pewnie wylazłyby na wierzch, żeby się z nim przywitać. Zamykam oczy, nieświadomie przyszpilam ten moment do tablicy pamięci.
Stop.
Skrzypiąca podłoga jest oznaką życia. Ostrożnie niosę gorącą szklankę z herbatą, przestępując wszystkie progi. W dużym pokoju atakują mnie sztuczne światło i gwar rozmowy.
Migawka.
Promienie słoneczne są silniejsze niż korony drzew, przebijają się przez nie i zalewają pokój jasnością. Ktoś otworzył na oścież drzwi balkonowe, słychać ptaki i szelest przewracanych z wolna stron gazety. Pachnie kawą, czekoladą, czymś nieopisanie ciepłym. Zapadam się w fotelu, choć zazwyczaj mi nie wolno. Podkradam kolejne cukierki, zdradza mnie przenikliwy odgłos rozwijanych papierków. Słońce rozgrzewa szybę, w powietrzu wirują drobinki kurzu. Jest cicho, spokojnie, świat zniknął, istnieje tylko światło, w nim jest początek i koniec.
Stop.
Zbieram się do wyjścia, sznuruję buty, zakładam kurtkę. W lustrze odbija się ta niedostępna twierdza, teraz chwilowo otwarta. Zaglądam tam.
Migawka.
Mam osiem lat i marzę o Afryce, a w zbliżeniu się do niej pomaga mi soundtrack z filmu puszczany w kółko, zdecydowanie zbyt głośno, z nowoczesnego wówczas sprzętu. Kręcę się na fotelu, coraz szybciej i szybciej, świat wiruje jak nowiutki globus stojący na biurku. Stopy niepewnie wyczuwają stały ląd, ciepły dywan na lodowatej podłodze. Obrazy w mojej głowie tworzą karuzelę, ciało odpoczywa, ale umysł wciąż powoli łapie pion. Spoglądam w okno, tęsknię do miejsc w których nie byłam, układam scenariusze dalszego życia. Wypełnia mnie muzyka, mocno wierzę w to, że mogę wszystko.
Stop.
Pokonuję kolejne stopnie w dół i myślę o tym, ile to miejsce pamięta. Gdyby mury mogły mówić, to ten dom musiałby chyba krzyczeć. Przecież tam pod jednym dachem mieszkają duchy tych, których już nie ma i ciała tych, którzy jeszcze ostatkiem sił są. Jeśli kiedyś przyłożę szklankę do ściany, to wiem, że usłyszę echo tego wesela, szczęk rozbijanego szkła, pokrzykiwania małych dzieci, chrapanie psa, śmiech i płacz, codzienne błahe rozmowy, niezręczne cisze. Dotknę ścian i poczuję radość i smutek, przerażenie i spokój, niepokój i bezpieczeństwo. I miłość, tyle miłości.
Nigdy nie mam problemu z odpowiedzią na pytanie "gdzie mieszkasz?". Ale rozsypują mi się w ustach słowa, gdy ktoś rzuci od niechcenia "gdzie jest twój dom?".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz