Najpierw spotykam go gdzieś w biegu. Biegnę ja, on idzie spokojnie. Na pustej drodze jesteśmy sami. Nie wiem, czemu go wołam, i nie wiem jeszcze bardziej, czemu on przychodzi. Ja wyciągam rękę, a on mokry nos. Dziwi się, pewnie nikt na niego nie zwraca uwagi. Żegnam się z nim, choć tak niewiele czasu minęło od niespodziewanego powitania, i biegnę dalej. On stoi zdezorientowany i patrzy za mną. Dogania mnie potem, choć nie chce gonić. Po prostu sobie jest, a ja nie po prostu sobie stoję, bo trochę mi się jednak spieszy. Siada dokładnie naprzeciwko mnie i wiem, że patrzy mi w oczy, choć już nic prawie nie widzę w tym zapadającym zmroku. Wolno odwraca łeb w kierunku nadjeżdżającego autobusu, potem znów skupia wzrok na mnie. Nie mam pojęcia, skąd wie, że pojadę - ale wie na pewno. Ze wszystkich istot na świecie tylko on zostaje w jednym miejscu.
Gatunek Canis lupus familiaris, typ kundel, podtyp wiejski.
I tak sobie myślę, czy bardziej istnieję tylko wtedy, gdy się na mnie patrzy.
poniedziałek, 26 października 2015
poniedziałek, 19 października 2015
A.
Myślę, że każdy w życiu musi spotkać swoją Agnieszkę.
Nikt nie jest na spotkanie w pełni przygotowany, bo też i nie można się na nie przygotować - zwłaszcza jak się jest piętnastoletnim dzieciakiem, a ona przychodzi taka tuż sprzed matury. Przychodzi i wszystko wywraca do góry nogami.
Ja swoją Agnieszkę (choć ona nigdy nie była moja, bo nikt nie może być nigdy czyjś, a już zwłaszcza ona) spotkałam wcześnie, ale chyba nie za wcześnie. Zdążyła mi jeszcze uratować życie.
Zjawiła się nagle jak czarny kot i przecięła mi drogę na francuskim. Mgliście pamiętam pierwsze spotkanie, mam w głowie migawkę, jak siedzi przede mną i nagle się odwraca, żeby się przedstawić. A potem poszło, niezliczone godziny rozmów i śmiechu, i nasza nierozłączność, i nieumiejętność znalezienia sobie miejsca, gdy tej drugiej nie było. Bazgranie na marginesach zeszytów, jej zapisywanie co dziwniejszych słówek (pamiętam, że dopytywała o "pęcherz"), odliczanie minut do końca (ileż razy wychodziły ujemne). Znów czuję to przenikliwe zimno na skórze, gdy mi się przypomina jak stawałyśmy na rogu i nie mogłyśmy się nagadać, a potem ona odprowadzała mnie pod sam dom i słowa płynęły same. Dużo rysowała, czasem wpadała z wielkim brystolem, wciąż mam przed oczami jej ręce brudne od ołówka. Porażała mnie i onieśmielała inteligencją i ciętymi ripostami, bo przecież bywała chamska, ale tylko i wyłącznie odpowiadając na głupotę. Fascynowała opowieściami z biolchemu, choć umiała też uważnie słuchać. Pocieszała, ale nie bezsensownie - a ja wtedy tak bardzo potrzebowałam jakiegoś sensu. Ciągle coś czytała, w drodze do Francji na przykład podrzucała mi co ciekawsze kawałki z "Bunga", którego do dziś nie udało mi się zmęczyć (choć zamiar jest!). Widzę ją w Krakowie, gdy razem biegniemy przez mój ukochany Kazimierz w poszukiwaniu jagodzianek (które chyba złośliwie przed nami pochowali).
I cała Francja przecież! Ile tam się wtedy działo! Uratowała mi skórę (dosłownie!) kremem, biła na głowę w kalamburach, zaskakiwała najdziwniejszymi pytaniami świata, okazała się mistrzynią wrzucania żelków. Wciąż z aparatem, wciąż w marszu, dyskutowała ze sprzedawcami i z Bogdanem, non stop wyśmiewała płytkość współtowarzyszy podróży...
Potem zniknęła, odfrunęła na studia do dalekiego Wrocławia. Nie polubili się chyba, bo pewnego kryzysowego popołudnia odezwał się telefon. "Hej, pamiętasz mnie?" Wybiegłam na mróz i powitał mnie ten sam kolorowy szalik.
Nie mogła się nagadać, znów wracałyśmy te kilkaset metrów przez prawie dwie godziny. Wytrzymała do wigilii, do pamiętnego pożaru gaszonego gazetą. A potem znów wezwał ją świat.
Nie zostało mi po niej wiele. Kilka zdjęć, gdy byłyśmy najszczęśliwsze na świecie. Bransoletka z wieczoru w Paryżu, ta "for good luck", co mi się w końcu rozsypała na kawałki. Kilka słów nagryzmolonych w pośpiechu w podróżnym zeszycie. Rysunek domu. Ciary na plecach za każdym razem, gdy słucham Jandy i Grechuty. Okulary przeciwsłoneczne we wściekłych kolorach. Przepis na kawę po orleańsku. I przekonanie, że muszę sobie dać radę, że nie mogę się dawać wciąż popychać.
Zupełnie nie wiem, czemu do mnie wróciła po takim czasie. Zaskakujące, jak łatwo można kogoś wymieść z pamięci. Raz-dwa i koniec, nie ma, kim jest ta pani? Kim ona była, jaką grała rolę? A potem nagle klik, ekran się rozświetla, litery składają się słowa, a słowa w zdania. Włączam stary telefon i nie wierzę własnym oczom.
"Czyś jest już tam, w La Belle France? Jeśli tak, to pamiętaj proszę o mapie."
Jeszcze nie, jeszcze mnie tam nie ma. Jak dojadę, to kupię Ci przepiękną la carte de France, choć będę udawała, że to dla mnie.
A ty pewnie znów gdzieś w świecie wypijasz o pół wina za dużo.
Nikt nie jest na spotkanie w pełni przygotowany, bo też i nie można się na nie przygotować - zwłaszcza jak się jest piętnastoletnim dzieciakiem, a ona przychodzi taka tuż sprzed matury. Przychodzi i wszystko wywraca do góry nogami.
Ja swoją Agnieszkę (choć ona nigdy nie była moja, bo nikt nie może być nigdy czyjś, a już zwłaszcza ona) spotkałam wcześnie, ale chyba nie za wcześnie. Zdążyła mi jeszcze uratować życie.
Zjawiła się nagle jak czarny kot i przecięła mi drogę na francuskim. Mgliście pamiętam pierwsze spotkanie, mam w głowie migawkę, jak siedzi przede mną i nagle się odwraca, żeby się przedstawić. A potem poszło, niezliczone godziny rozmów i śmiechu, i nasza nierozłączność, i nieumiejętność znalezienia sobie miejsca, gdy tej drugiej nie było. Bazgranie na marginesach zeszytów, jej zapisywanie co dziwniejszych słówek (pamiętam, że dopytywała o "pęcherz"), odliczanie minut do końca (ileż razy wychodziły ujemne). Znów czuję to przenikliwe zimno na skórze, gdy mi się przypomina jak stawałyśmy na rogu i nie mogłyśmy się nagadać, a potem ona odprowadzała mnie pod sam dom i słowa płynęły same. Dużo rysowała, czasem wpadała z wielkim brystolem, wciąż mam przed oczami jej ręce brudne od ołówka. Porażała mnie i onieśmielała inteligencją i ciętymi ripostami, bo przecież bywała chamska, ale tylko i wyłącznie odpowiadając na głupotę. Fascynowała opowieściami z biolchemu, choć umiała też uważnie słuchać. Pocieszała, ale nie bezsensownie - a ja wtedy tak bardzo potrzebowałam jakiegoś sensu. Ciągle coś czytała, w drodze do Francji na przykład podrzucała mi co ciekawsze kawałki z "Bunga", którego do dziś nie udało mi się zmęczyć (choć zamiar jest!). Widzę ją w Krakowie, gdy razem biegniemy przez mój ukochany Kazimierz w poszukiwaniu jagodzianek (które chyba złośliwie przed nami pochowali).
I cała Francja przecież! Ile tam się wtedy działo! Uratowała mi skórę (dosłownie!) kremem, biła na głowę w kalamburach, zaskakiwała najdziwniejszymi pytaniami świata, okazała się mistrzynią wrzucania żelków. Wciąż z aparatem, wciąż w marszu, dyskutowała ze sprzedawcami i z Bogdanem, non stop wyśmiewała płytkość współtowarzyszy podróży...
Potem zniknęła, odfrunęła na studia do dalekiego Wrocławia. Nie polubili się chyba, bo pewnego kryzysowego popołudnia odezwał się telefon. "Hej, pamiętasz mnie?" Wybiegłam na mróz i powitał mnie ten sam kolorowy szalik.
Nie mogła się nagadać, znów wracałyśmy te kilkaset metrów przez prawie dwie godziny. Wytrzymała do wigilii, do pamiętnego pożaru gaszonego gazetą. A potem znów wezwał ją świat.
Nie zostało mi po niej wiele. Kilka zdjęć, gdy byłyśmy najszczęśliwsze na świecie. Bransoletka z wieczoru w Paryżu, ta "for good luck", co mi się w końcu rozsypała na kawałki. Kilka słów nagryzmolonych w pośpiechu w podróżnym zeszycie. Rysunek domu. Ciary na plecach za każdym razem, gdy słucham Jandy i Grechuty. Okulary przeciwsłoneczne we wściekłych kolorach. Przepis na kawę po orleańsku. I przekonanie, że muszę sobie dać radę, że nie mogę się dawać wciąż popychać.
Zupełnie nie wiem, czemu do mnie wróciła po takim czasie. Zaskakujące, jak łatwo można kogoś wymieść z pamięci. Raz-dwa i koniec, nie ma, kim jest ta pani? Kim ona była, jaką grała rolę? A potem nagle klik, ekran się rozświetla, litery składają się słowa, a słowa w zdania. Włączam stary telefon i nie wierzę własnym oczom.
"Czyś jest już tam, w La Belle France? Jeśli tak, to pamiętaj proszę o mapie."
Jeszcze nie, jeszcze mnie tam nie ma. Jak dojadę, to kupię Ci przepiękną la carte de France, choć będę udawała, że to dla mnie.
A ty pewnie znów gdzieś w świecie wypijasz o pół wina za dużo.
sobota, 17 października 2015
nietolerancja laktozy
Przypomniało mi się, że gdy w tym poprzednim życiu jako dzieciak chciałam coś powiedzieć, to na ogół mnie uciszali. "Lepiej pij to mleko, a nie." Więc piłam, bo byłam zbyt grzecznym dzieckiem, a biel w kubku była jak odbicie ciszy po niewykrzyczanych słowach, nieważne jak szczerych.
Zostały mi po tym wszystkim dwie prawdy o mnie.
Pierwsza: wolę milczeć niż mówić.
Druga: nienawidzę mleka.
Zostały mi po tym wszystkim dwie prawdy o mnie.
Pierwsza: wolę milczeć niż mówić.
Druga: nienawidzę mleka.
sobota, 3 października 2015
moc w przemoc
"Wychowuje się nas, dziewczynki, jakbyśmy były
odpowiedzialne za męską seksualność. Tak jakby moja krótka spódnica mogła być
powodem, dla którego chłopiec nad sobą nie zapanuje. To nas się uczy od samego
początku, by nie wracać późno w nocy, by informować bliskich, gdzie jesteśmy,
by w ręku nosić klucze do obrony, by nie wsiadać do pustej windy, by nie
rozmawiać z nieznajomymi. Wiemy, że powinnyśmy robić wszystko, by nie doszło do
gwałtu. Nie znajduję podobnej listy dla chłopców. Nie uczy się ich tego, by nie
naruszali integralności ciała kobiety, nie uczy się ich, by nie gwałcili, by
się upewniali co do zgody." - Ewelina Seklecka, "WO"
Słowo na sobotę, amen.
czwartek, 1 października 2015
pierwszy po raz kolejny
Znalazłam coś pięknego. Znaczy nie wiem, czy to jest piękne tak w ogóle dla świata, bo pisałam to ja, więc jestem bardzo nieobiektywna, ale dla mnie to subiektywnie rzecz piękna. Rzecz, a raczej tekst. Coś, co powstało troszkę ponad rok temu pod wpływem sierpniowych emocji, zostało wysłane na jakiś konkurs i słuch o tym zaginął, a teraz przypadkiem powróciło, wynurzyło się z morza zapomnianych plików... Wstawiam, a co. Kolejny kawałek mnie. Kiedy się stałam taką ekshibicjonistką?
Anyway, leci tekst.
Anyway, leci tekst.
„Pierwszy”
Idę Igielnicką, z nieba leje się
żar, a ludzie w mikroświatach swoich toreb i plecaków szukają wody, żeby się
ochłodzić. Mijam człowieka z twarzą zasłoniętą kurtyną papierosowego dymu, dym
wlatuje mi przez nos do gardła i lekko dusi. Pierwszy papieros, mam prawie dziewiętnaście lat i jest zaskakująco
przyjemnie, ale się nie zaciągam. Buty szurają po zakurzonym chodniku,
sznurówki zbierają piasek. Na ławce bezdomny pociąga łyk taniego wina i trudno
powiedzieć, czy patrzy w niebo i liczy chmury, czy duma nad swoim dalszym losem.
Pierwszy alkohol, mam prawie siedemnaście
lat i dają mi wódki, a ja nie odmawiam. Odmawiać nie umiem do dziś.
Przy Stolarskiej zawsze rosną
kwiaty, ludzie dbają o przydomowe ogródki jak o członków rodziny, a może nawet
bardziej. Maki jak pod Monte Cassino (podobno), wysokie na ponad metr malwy,
wielobarwne bratki. Pierwszy bukiet
kwiatów, są moje urodziny, a ja jeszcze nie zdążyłam zaakceptować faktu, że
kwiaty więdną bez wody.
Ulica wije się w dół i lekko
zakręca, a ja razem z nią, bo dziś nie ma powodu, by tego nie zrobić. Uszy
wyłapują najdrobniejszy szelest liści, stukot obcasów o szary bruk, śmiech
dziecka, narastające wycie karetki pogotowia. Biały olbrzym śmiga tuż obok
mnie, błyskając lampami, podrywając moją bezskrzydłą przecież sukienkę do lotu.
Pierwsza śmierć, mam sześć lat i nie
rozumiem, czemu ktoś znika i nie można już z nim nigdy więcej iść na spacer.
Uspokajam się wraz z sukienką, by
chwilę później podskoczyć na widok bandy wyłażących nie wiadomo skąd
dzieciaków. Wiele z nich nie ma przednich zębów, za to zdarte kolana jak
najbardziej, przy czym oba te zjawiska da się wytłumaczyć ich wiekiem. Tuż za
główną bandą biegnie wesoło para, pełen energii chłopiec i czarnowłosa
dziewczynka. Pierwsze zakochanie, jestem
w czwartej klasie i znajduję w plecaku czerwone serduszko z dużą ilością tekstu
i jeszcze większą ilością błędów. Nigdy potem nie dostanę nic bardziej
szczerego.
Oślepia mnie na moment błysk
słońca w otwieranym oknie. Szukam wzrokiem źródła światła, znajduję szybę, za
szybą sznurek, na sznurku powieszone równo rzędy prześcieradeł białych jak
puszysty śnieg, za którym nie tęsknię. Jest ich tyle, że swoją bielą mogłyby
rozświetlić pół ulicy. Pierwsza komunia,
w sukience czuję się jak księżniczka, choć może już wtedy podskórnie czuję, że
to pierwsza i ostatnia tak biała sukienka w moim życiu.
Dochodzę do skrzyżowania z
Rajską. Co za piękna nazwa dla tak brzydkiej ulicy, co za ironia losu przychodząca
zawsze wtedy, gdy człowiek najmniej się tego spodziewa. Robię krok i prawie
wpadam pod samochód, kierowca mija mnie w ostatniej chwili z oburzoną miną. Pierwsza jazda samochodem, mam
dziewiętnaście lat i wjeżdżam w działkę sąsiada koleżanki, jakby to była moja
posesja. Nikomu nic się nie dzieje, cierpią tylko zepsuty doszczętnie
zepsuty płot i wygięta tablica rejestracyjna.
Syreny zatrzymują mnie z impetem
tak gwałtownym, że choćbym chciała, to nie mogę się ruszyć. Wbrew pozorom nic
wokół mnie nie zamiera, życie toczy się dalej, wiatr dmucha w liście, a słońce
pali mi ramiona. Wycie obezwładnia, chce się wszędzie dostać, mocno odcisnąć na
ciałach ślady swoich papilarnych linii. Pierwszy
sierpnia, powstanie.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)