piątek, 18 września 2015

and justice for all

Siedź prosto, bo jak się będziesz garbić, to cię nikt nie zechce. Wyglądaj schludnie, odzywaj się tylko wtedy, gdy zapytają. Nie krzycz, nie biegaj, nie skacz jak małpa. Sukienka? Oczywiście, ale przyzwoitej długości, gdzieś tak do kolana. Rozpuszczone włosy? Nie, lepiej zwiąż, bo falujące na wietrze pasma są szalenie niepraktyczne. A w ogóle to lepiej ci obetniemy, gdzieś tak za ucho (plus obowiązkowa grzywka). Nie baw się samochodami, to dla chłopców. Co z tego, że lubisz? Masz tu zestaw małej kucharki. A właśnie, idź do kuchni i pomóż babci, coś tam właśnie gotuje. Ucz się pilnie, bo bez nauki nic nie osiągniesz. Przynoś piątki i świadectwa z paskiem, ale nie chwal się, dziecko, broń boże się nie chwal, bo powiedzą, żeś zarozumiała i nie będziesz miała przyjaciółek. A jak tam w ogóle z przyjaciółkami? Masz ich wiele? Musisz ich mieć wiele, nie ma nic lepszego niż grono przyjaciółek, możecie poobgadywać chłopców, tylko nie za głośno, bo jeszcze usłyszą i się obrażą. Nie możesz mówić innym, że są głupi, to nieładnie. Lepiej nic nie mów. Chcesz się malować? Dobrze, ale lekko, dyskretnie. Czerwone usta? Czyś ty oszalała?! Jak dziwka chcesz wyglądać? A z chłopakami to wiesz, uważaj. Pamiętaj, że dziewczyna zawsze musi uważać, chłopak nigdy niczego nie ogarnie, ty masz mieć rękę na pulsie. Alkohol na osiemnastkę? Ach, no tak, pierwszy drink! Więcej nie pij, dziewczynki tak nie piją. Nie wychodź po nocy, bo cię zgwałcą, obrabują i zabiją. Lepiej się zajmij nauką i szukaniem męża, no chyba kiedyś chcesz mieć męża? A jak będziesz miała swoje dzieci, to dopiero zobaczysz. W ogóle czemu nie jesteś jak Weronika, laleczko? Czemu nie możesz być jak ona?

Laleczka, ślicznotka, modelka, wnusia, córcia.
Kurwa, dziwka, szmata, zdzira, suka, pizda.
Dziewczyna, kobieta.

Czekam, aż się wreszcie raz na zawsze od nich odpierdolicie. Od innych kobiet, od ich macic, jajników, niechęci lub miłości do dzieci, skłonności lub obrzydzenia do alkoholu i papierosów, wielu lub niewielu partnerów, skąpych lub skromnych ubiorów, częstych lub rzadkich imprez, odmiennych lub podobnych poglądów. Od ich marzeń, wyobrażeń, stylów życia, zachowań, odzywek, używek, charakterów, inspiracji, wad i zalet. 
Czekam, aż się wreszcie raz na zawsze ode mnie odpierdolicie. Od moich zmiennych humorów, macicy i jajników, nienawiści do dzieci, skłonności do alkoholu i papierosów, miłości do czerni, nocnego łażenia po mieście. Od mojej wolności umysłu, ciągle doskonalonej tolerancji, akceptacji inności, poczucia bezradności, od mojej innej drogi życiowej, innego sposobu myślenia, od inspiracji, używek, charakteru. Od mojej przemądrzałości, morza przeczytanych książek i obejrzanych filmów, od marnowania życia, od wad i zalet. 
Odpierdolcie się raz na zawsze, wy, matki, ciotki, babki. Laleczki, ślicznotki, modelki, wnusie, córcie, kurwy, dziwki, szmaty, zdziry, suki, pizdy. Dziewczyny, kobiety. Zrozumcie, że nienawiść zabija. Że karma wraca, a dobro rodzi dobro. Że skoro i tak przez te wszystkie lata nas wystarczająco zeszmacili, to może wreszcie czas to zmienić i przestać patrzeć na swoją własną płeć wilkiem (swoją drogą, to obraza wilków). Zrozumcie to wreszcie. I uważajcie, bo przecież "there is a special place in hell for women who don't help other women."

Zbyt długie post scriptum: wszystkie te słowa z pierwszego akapitu słyszałam niejednokrotnie. Jakie to szczęście, że do serca wzięłam sobie tylko te o nauce. Kazałyście mi się - wy, matki, babki, ciotki - uczyć, więc się uczyłam. Czytałam, oglądałam, chłonęłam. A przy okazji malowałam usta na wściekłą czerwień i ciemny fiolet, biegałam w czerwonych glanach, słuchałam punk rocka, śmiałam się w głos i wrzeszczałam na środku ulicy. Miewałam poobijane kolana. Znienawidziłam dzieci. Wyśmiewam głupotę. Gdy się z kimś nie zgadzam, to wciąż się uczę, żeby nie siedzieć cicho, tylko mówić wprost. Nie śmieję się z głupich żartów. Nie wiem, co to znaczy, że "coś wypada". Alkohol lał się sporo przed osiemnastką, a papierosowy dym od dawna tworzy wzory w powietrzu. Nie daję ręki do całowania, wolę spodnie od spódnicy, choć czasem zakładam zbyt krótkie sukienki. Nie chce mi się uczyć gotować. Nie chcę być matką i żoną, o kochance myślę natomiast coraz częściej. Zapuszczam włosy i nienawidzę ich związywać. Myślę, że na ślub przyjaciółki przyjdę w garniturze. Strzelam sobie zbyt dużo selfie i czasem włóczę się po nocach. Zdobywam góry. Nie przestaję się uczyć.
Coś się wam - matkom, babkom, ciotkom - jednak udało. Tak bardzo nie chciałam być wami, że postanowiłam być mądrzejsza.

wtorek, 15 września 2015

nowhere girl

Zastanawiam się skąd ona mnie aż tak dobrze zna, i może naprawdę umiejętność czytania w myślach to nie są jakieś wyssane z palca bzdury, skoro w ten wieczór gdy najbardziej na świecie chcę zniknąć ona przychodzi z butelką francuskiego wina. Może w określeniu "matka chrzestna" powinno się zostawiać tylko "matka".

Ostatnie dni wakacji (ha, ha, ha) kulturalne do porzygu. Odkrywanie filmów i seriali negatywnie wpływa chyba tylko na moje oczy, które niedługo odmówią współpracy i pewnie nawet mnie to jakoś specjalnie nie zdziwi. No cóż, wszystko się kiedyś kończy.

Jestem z siebie dumna jak nie wiem co, bo nie wiem co u włóczykija, i tak sobie nie wiem od dłuższego (najdłuższego jak na razie) czasu. Pierwszy raz jestem taka dumna ze swojej niewiedzy. Z tej okazji się opycham czym popadnie i z przerażeniem odliczam dni do października. Chociaż odkąd wiem (bo wiem!) że wyśmiewanie głupoty będzie w pełnym składzie, to przerażenie jest zdecydowanie mniejsze. Nawet całkiem malutkie.

I takie myśli zamiast post scriptum: niby wiadomo, że wyjaśnianie dziecku świata jest pierdolonym obowiązkiem rodziców, ale już wyjaśnianie świata córce przez matkę powinno być uregulowane prawnie, a każde niedopatrzenie tegoż obowiązku powinno być zagrożone pozbawieniem wolności do lat dwudziestu.
Bo po co kogoś przytulać, skoro nie ma okazji?
No pewnie, po nic. Można po prostu wypuścić przerażone stworzonko z klatki do wielkiego świata i się dziwić, że sobie nie radzi.
W sumie niezła zabawa. Popatrzmy razem, jak się można bać życia. Tylko nakleję uśmiech na twarz i łyknę piąty aviomarin, żeby się nie porzygać od nadmiaru normalności.



środa, 9 września 2015

auuuu

Skarbeniek mi ostatnio podsunęła wspaniałe powiedzenie - "wzrok nieskażony myślą". Cudne. Muszę częściej (niestety!) używać.

Jesień przyszła, choć niby jeszcze lato ma na chwilę zajrzeć. Sweater weather. Jak zwykle przegapiłam moment przejścia - a może go nie było?

Cytat na dziś:
"Men still have trouble recognizing that a woman can be complex, can have ambition, good looks, sexuality, erudition and common sense. A woman can have all those facets, and yet men, in literature and in drama, seem to need to simplify women, to polarize us as either the whore or the angel." - Natalie Dormer

Zdecydowanie wolę być kurwą.

niedziela, 6 września 2015

kulturwa

My tu jakieś pieprzone JOWy, a w Budapeszcie na dworcu (i nie tylko tam) tłumy. Ci ludzie chcą tylko lepszego życia. TYLKO. Wiadomo, że nie da się wszystkich mierzyć jedną miarą. Wiadomo, że część przyjeżdża po zasiłek. Ale część nie. A ci wielcy, cywilizowani, ci z prawem oceniania, za to przeważnie bez mózgów - przerażeni. Czego się boicie? Samych siebie się boicie. Zobaczenia swojej biedoty w oczach innych ludzi.

Patrzę wieczorami na światła w oknach i zastanawiam się, co się tam dzieje. Wyobrażam sobie ludzkie historie, bo tak łatwiej uciec od samej siebie. Kiedyś Janek mówił, że z dymem wypuszcza wszystkie zmartwienia. Wtedy nie mogłam zrozumieć, dziś rozumiem coraz lepiej.

Jakaś niespodziewanie kulturalna niedziela mi się zrobiła. To tak w ogóle można? Pisarze, poeci, tłumacze, rozmowy o teatrze, zapomniany Grzegorzewski przewijający się echem, migawki przeuroczej pani Szaflarskiej w "Pora umierać" (czeka w długiej kolejce do obejrzenia). Zapomniałam, jak to było, gdy się znało nazwiska teatralnych twórców dużo lepiej niż swoich rówieśników. Na razie wynajduję coraz to nowe filmy i seriale, a w te ostatnie, o dziwo, wsiąkam. Do tej pory mi się to nie zdarzało, bo przecież wszystko mi się szybko nudzi. I wróciłam do Zadie. Zaczyna być dobrze?

Smutną konstatacją wczorajszego wieczoru było uświadomienie sobie, że chyba nigdy nie miałam szesnastu lat. A o dowód jak pytali, tak pytają, od jakiegoś czasu przynajmniej. Ironia losu jest wprost niebywała. Jak się nie ma gdzie pójść, to się w końcu idzie spać.

czwartek, 3 września 2015

trzynastka

Wymyśliłam sobie tę trzynastkę, sama do mnie przyszła jakiś czas temu, chociaż powinnam się dzisiaj bardziej ucieszyć. Jednak jestem kiepska w udawaniu, Krystyna Janda ze mnie żadna. Szkoda. Nawet opijanie "sukcesu" jakieś takie słabe. Telefony bardziej męczą niż śmieszą. Niech to się już skończy, uspokoi, ucichnie. Niech już będzie czas nabijania się z bezgranicznej głupoty.

Wykopałam stary notes z szufladowych czeluści. Wow. Tyle myśli mi się kłębiło w głowie rok temu, tyle słów i obrazów musiałam przez siebie przefiltrować i potem z siebie wyrzucić... Dobrze, że papier jest cierpliwy. Dobrze, że papier jest.

"A potem, jakby za karę, że ktoś mi się dostał, zabierano mi po kawałku, człowiek po człowieku, miesiąc po miesiącu to, co zdołałam pokochać."
Ignacy Karpowicz - "Sońka"

les jours tristes

Nic nie poradzę na to, że jestem sentymentalnym głupkiem.
Jak miałam tak mało lat, to wszystko mi się tam wydawało inne. Schody jakieś większe i bardziej strome, bardziej męczące... Większe sale, większe ławki, większe krzesła... A teraz wchodzę taka sama i taka inna, i znów mogę mówić i słuchać, czas przecieka przez palce, rozszerza się i kurczy, znów nic nie znaczy... Wodzę wzrokiem po szafkach. Za szkłem zamkniętych kilkanaście słowników i kilka szczęśliwych chwil, ta noc w Chambord, zamek jak z bajki i my w niepoważnych ciuchach, z uśmiechami które prawie nie schodziły z twarzy przez te kilkanaście dni... Mapa na ścianie, ta sama, na którą patrzyłam w chwilach zamyślenia i niewiedzy... Le Val de Loire. Jak ja mogłam tam być? Kim była ta dziewczyna, ten dzieciak, który się obrażał z byle powodu i któremu wszystko przechodziło jak ręką odjął po kilku minutach?
Można wrócić po ponad roku i rozmawiać jak gdyby nigdy nic, jakby się wyszło tylko na pół minuty. Nigdy tych rozmów nie zaczynamy i nie kończymy, one się toczą, dzieją, biegną gdzieś przed siebie na złamanie karku, bo jeszcze tyle trzeba opowiedzieć, bo tyle się wydarzyło, tak dużo, że prawie nic...
Sama nie wiedziałam, że mi tego tak brakowało. Słuchania. Mówienia. Powrotu na stare śmieci. Przejścia się ulicą, którą się znało dużo lepiej niż własną kieszeń (bo kieszeń często zaskakiwała drobniakami i resztkami chusteczek, a ulica była przewidywalna z każdą swoją dziurą w betonie). I czyjejś bezgranicznej wiary mi brakowało. Melodii z "Amelii" wybrzmiewającej nagle echem w pustej sali.
Przez chwilę miałam wrażenie, że to mi się wszystko śniło, że się wcale nie zmieniłam. Że to tylko złudzenie, że wciąż jestem tym samym prawie francuskim dzieciakiem. Ale potem, gdy wychodzę i zapalam papierosa, jednego z tych niewielu, które jeszcze zostały, to wiem, że nie. Zmieniłam się, zmieniam się, zmienię się.
Chyba dorosłam i zgłupiałam.