Laleczka, ślicznotka, modelka, wnusia, córcia.
Kurwa, dziwka, szmata, zdzira, suka, pizda.
Dziewczyna, kobieta.
Czekam, aż się wreszcie raz na zawsze od nich odpierdolicie. Od innych kobiet, od ich macic, jajników, niechęci lub miłości do dzieci, skłonności lub obrzydzenia do alkoholu i papierosów, wielu lub niewielu partnerów, skąpych lub skromnych ubiorów, częstych lub rzadkich imprez, odmiennych lub podobnych poglądów. Od ich marzeń, wyobrażeń, stylów życia, zachowań, odzywek, używek, charakterów, inspiracji, wad i zalet.
Czekam, aż się wreszcie raz na zawsze ode mnie odpierdolicie. Od moich zmiennych humorów, macicy i jajników, nienawiści do dzieci, skłonności do alkoholu i papierosów, miłości do czerni, nocnego łażenia po mieście. Od mojej wolności umysłu, ciągle doskonalonej tolerancji, akceptacji inności, poczucia bezradności, od mojej innej drogi życiowej, innego sposobu myślenia, od inspiracji, używek, charakteru. Od mojej przemądrzałości, morza przeczytanych książek i obejrzanych filmów, od marnowania życia, od wad i zalet.
Odpierdolcie się raz na zawsze, wy, matki, ciotki, babki. Laleczki, ślicznotki, modelki, wnusie, córcie, kurwy, dziwki, szmaty, zdziry, suki, pizdy. Dziewczyny, kobiety. Zrozumcie, że nienawiść zabija. Że karma wraca, a dobro rodzi dobro. Że skoro i tak przez te wszystkie lata nas wystarczająco zeszmacili, to może wreszcie czas to zmienić i przestać patrzeć na swoją własną płeć wilkiem (swoją drogą, to obraza wilków). Zrozumcie to wreszcie. I uważajcie, bo przecież "there is a special place in hell for women who don't help other women."
Zbyt długie post scriptum: wszystkie te słowa z pierwszego akapitu słyszałam niejednokrotnie. Jakie to szczęście, że do serca wzięłam sobie tylko te o nauce. Kazałyście mi się - wy, matki, babki, ciotki - uczyć, więc się uczyłam. Czytałam, oglądałam, chłonęłam. A przy okazji malowałam usta na wściekłą czerwień i ciemny fiolet, biegałam w czerwonych glanach, słuchałam punk rocka, śmiałam się w głos i wrzeszczałam na środku ulicy. Miewałam poobijane kolana. Znienawidziłam dzieci. Wyśmiewam głupotę. Gdy się z kimś nie zgadzam, to wciąż się uczę, żeby nie siedzieć cicho, tylko mówić wprost. Nie śmieję się z głupich żartów. Nie wiem, co to znaczy, że "coś wypada". Alkohol lał się sporo przed osiemnastką, a papierosowy dym od dawna tworzy wzory w powietrzu. Nie daję ręki do całowania, wolę spodnie od spódnicy, choć czasem zakładam zbyt krótkie sukienki. Nie chce mi się uczyć gotować. Nie chcę być matką i żoną, o kochance myślę natomiast coraz częściej. Zapuszczam włosy i nienawidzę ich związywać. Myślę, że na ślub przyjaciółki przyjdę w garniturze. Strzelam sobie zbyt dużo selfie i czasem włóczę się po nocach. Zdobywam góry. Nie przestaję się uczyć.
Coś się wam - matkom, babkom, ciotkom - jednak udało. Tak bardzo nie chciałam być wami, że postanowiłam być mądrzejsza.