Odfruwam, odfruwam naprawdę. Od wolności absolutnej dzieli mnie zaledwie kilka godzin i kilka bramek. Potem już tylko chmury i błękit.
Jak przeżyję (a jeszcze głęboko wierzę, że tak), to wam opowiem jak moje oczy widzą wielkie miasta.
niedziela, 28 września 2014
czwartek, 25 września 2014
nielot
Wbijanie się w rytm pracy boli wręcz fizycznie, ale dla dobra ludzkości (a przede wszystkim własnego portfela) należy się poświęcać. W naszym społeczeństwie w ogóle należy się poświęcać, to takie w bardzo dobrym tonie. Tonie mi mózg w oparach absurdu. Wiadomo, że jak się nie poświęcasz, toś nie Polak. Chcę być czasem z Katmandu jak moja chustka.
Na przystankach niespodziewanie spotykam przeszłość. Wraca do mnie echem różnych słów i obrazów, wwierca się do (pod)świadomości i nie pozwala o sobie zapomnieć - tylko nie wiem jeszcze, jak jej wytłumaczyć, że nie chcę jej zbyt wiele w moim życiu. Może lepiej, by się w ogóle nie przypominała.
A w poniedziałek odfruwam naprawdę ("kto mi dał skrzydła i po jaką cholerę?")... Ścisnę funty, zdejmę wszystkie kolczyki, podam kawałek plastiku i odbiję się od ziemi po raz pierwszy w życiu. Potem pewnie będę w nieskończoność wspominać tych parę wyspiarskich godzin, o ile oczywiście uda mi się wydostać z lotniska - ze mną przecież nigdy nic nie wiadomo.
Zazdroszczę ludziom gór. To jest jedna z niewielu rzeczy, których ludziom zazdroszczę. Chociaż właściwie góry nie należą do człowieka, bo góry są swoje własne. Jak koty i bardzo małe dzieci. Więc może powinnam napisać: zazdroszczę ludziom wypraw. Przeżywania, dotykania, smakowania, otarć i skaleczeń, strug deszczu i promieni słońca. Może moje wyprawy jeszcze daleko, daleko przede mną, może prawdą jest, że zdobyte już się nie liczy. Przestaję więc liczyć, z liczeniem zawsze było u mnie na bakier.
Na przystankach niespodziewanie spotykam przeszłość. Wraca do mnie echem różnych słów i obrazów, wwierca się do (pod)świadomości i nie pozwala o sobie zapomnieć - tylko nie wiem jeszcze, jak jej wytłumaczyć, że nie chcę jej zbyt wiele w moim życiu. Może lepiej, by się w ogóle nie przypominała.
A w poniedziałek odfruwam naprawdę ("kto mi dał skrzydła i po jaką cholerę?")... Ścisnę funty, zdejmę wszystkie kolczyki, podam kawałek plastiku i odbiję się od ziemi po raz pierwszy w życiu. Potem pewnie będę w nieskończoność wspominać tych parę wyspiarskich godzin, o ile oczywiście uda mi się wydostać z lotniska - ze mną przecież nigdy nic nie wiadomo.
Zazdroszczę ludziom gór. To jest jedna z niewielu rzeczy, których ludziom zazdroszczę. Chociaż właściwie góry nie należą do człowieka, bo góry są swoje własne. Jak koty i bardzo małe dzieci. Więc może powinnam napisać: zazdroszczę ludziom wypraw. Przeżywania, dotykania, smakowania, otarć i skaleczeń, strug deszczu i promieni słońca. Może moje wyprawy jeszcze daleko, daleko przede mną, może prawdą jest, że zdobyte już się nie liczy. Przestaję więc liczyć, z liczeniem zawsze było u mnie na bakier.
niedziela, 21 września 2014
złotorudo
Dziś już nie jestem w nastroju nieprzysiadalnym, absolutnie nie. Czuję, że mogłabym nawet polubić tę ciemnowłosą dziewczynę patrzącą na mnie z lustra.
A w ogóle jesteśmy złoci i mimo mojego szczątkowego patriotyzmu były ciary, jak słuchałam mazurka, no były. Może gdybyśmy umieli częściej się czymś chwalić, to bylibyśmy całkiem fajnym narodem.
Może gdybym umiała częściej się czymś chwalić, to byłabym całkiem fajnym człowiekiem.
A w ogóle jesteśmy złoci i mimo mojego szczątkowego patriotyzmu były ciary, jak słuchałam mazurka, no były. Może gdybyśmy umieli częściej się czymś chwalić, to bylibyśmy całkiem fajnym narodem.
Może gdybym umiała częściej się czymś chwalić, to byłabym całkiem fajnym człowiekiem.
sobota, 20 września 2014
piątka w piątek
Takie myśli nieuprasowane z dziś:
- jadę autobusem, podziwiam miasto wieczorową porą i nagle zauważam, że światła w oknach jednego z bloków układają się w idealny znak zapytania z kropką przesuniętą lekko w prawo... hej miasto, o co chcesz mnie zapytać?
- "we keep glorifying our losts" - i dlaczego znów takie jedno małe, niepoważne zdanie wypowiedziane przez taką jedną małą, niepoważną osobę nie pozwala mi o sobie zapomnieć?
- strach potrafi tak niesamowicie obezwładnić, że nie da się tego nawet opisać; dzisiejszy widziany przeze mnie strach był właśnie taką siłą - a może jednak totalną bezsilnością...
- można mieć zawał, nawet o tym nie wiedząc; można umrzeć myśląc, że to przemęczenie; jutro może mnie przejechać ciężarówka... i przez to głupie "może" z najgłupszą na świecie kropeczką nad "z" wciąż o tym zapominam - o tym, żeby ŻYĆ, żyć z najpoważniejszą na świecie kropką nad "z" i kreską nad "c".
- kłócące się w autobusach pary brzmią tak absurdalnie, że Mrożek by się nie powstydził; w ogóle absurd mnie otacza coraz gęstszy, coraz bardziej nieprzenikniony, coraz bardziej uporczywy, próbuje się wedrzeć przez oczy i uszy, a zwłaszcza przez uszy - o nie, absurdzie, poczekaj do października, wtedy będziesz mógł we mnie hulać do woli.
czwartek, 18 września 2014
zdychać w obcej sprawie
Chyba już coś ze mną nie bardzo, skoro przeglądając internety zamiast "narzutka bez zapinania" czytam "sztuka zapominania"... Nawet nie wiem, czym to wytłumaczyć, więc pominę ten fakt złotym milczeniem.
Tylu rzeczy wcześniej nie zauważałam, że to się w głowie nie mieści. Chmary wróbli nad łąką, chmary dokładnie takiej samej i jakże konsekwentnej, każdego dnia powtarzającej swój lot. Tej samej matki z tym samym dzieckiem huśtających się na tej samej huśtawce o tej samej porze. Linii horyzontu daleko za polem, codziennie tej samej i codziennie innej. Powtarzalność sama w sobie pewnie nie jest zła, ale cieszę się, że niedługo koniec tej mojej powtarzalności, bo mogłabym zwariować. Mnie się wszystko szybko nudzi i chyba z tym powinnam trochę powalczyć - chociaż z drugiej strony, jak tu walczyć z wiatrakami.
Męczą mnie już uniwersyteckie absurdy i niekończące się rozczarowania, no bo ileż można, ileż można gadać, próbować, naginać się, dostosowywać... "Takie słodkie słowo: nieprzystosowana". Dlaczego Agnieszka napisała te słowa tak dawno temu, a do mnie one wciąż pasują jak ulał? Dlaczego nienawidzę bycia "stąd-dotąd", wciskania się w sztywne kołnierzyki białych bluzek i dlaczego też nie mogłabym być nigdy motorniczą, bo sobie nie można bezkarnie skręcić?
W ogóle oglądam ostatnio zbyt dużo przerażających filmów o przerażających życiach, przerażających o tyle mocno, że sobie uświadamiam, jak mi niedaleko do niektórych bohaterów. Może im więcej się naoglądam, tym bardziej taka nie będę. A może właśnie będę. Zresztą - jakie to ma znaczenie, skoro z rosnącą obawą i coraz większymi oczami czytam o tym, co u naszych wschodnich sąsiadów, a u nich nie bardzo. Wciąż mi gra w głowie Gruppa Wschód (a tego, co gra najczęściej, możecie sobie posłuchać tu ), może to i dobrze. W końcu co tu robić w tych ostatkach wolności.
Tylu rzeczy wcześniej nie zauważałam, że to się w głowie nie mieści. Chmary wróbli nad łąką, chmary dokładnie takiej samej i jakże konsekwentnej, każdego dnia powtarzającej swój lot. Tej samej matki z tym samym dzieckiem huśtających się na tej samej huśtawce o tej samej porze. Linii horyzontu daleko za polem, codziennie tej samej i codziennie innej. Powtarzalność sama w sobie pewnie nie jest zła, ale cieszę się, że niedługo koniec tej mojej powtarzalności, bo mogłabym zwariować. Mnie się wszystko szybko nudzi i chyba z tym powinnam trochę powalczyć - chociaż z drugiej strony, jak tu walczyć z wiatrakami.
Męczą mnie już uniwersyteckie absurdy i niekończące się rozczarowania, no bo ileż można, ileż można gadać, próbować, naginać się, dostosowywać... "Takie słodkie słowo: nieprzystosowana". Dlaczego Agnieszka napisała te słowa tak dawno temu, a do mnie one wciąż pasują jak ulał? Dlaczego nienawidzę bycia "stąd-dotąd", wciskania się w sztywne kołnierzyki białych bluzek i dlaczego też nie mogłabym być nigdy motorniczą, bo sobie nie można bezkarnie skręcić?
W ogóle oglądam ostatnio zbyt dużo przerażających filmów o przerażających życiach, przerażających o tyle mocno, że sobie uświadamiam, jak mi niedaleko do niektórych bohaterów. Może im więcej się naoglądam, tym bardziej taka nie będę. A może właśnie będę. Zresztą - jakie to ma znaczenie, skoro z rosnącą obawą i coraz większymi oczami czytam o tym, co u naszych wschodnich sąsiadów, a u nich nie bardzo. Wciąż mi gra w głowie Gruppa Wschód (a tego, co gra najczęściej, możecie sobie posłuchać tu ), może to i dobrze. W końcu co tu robić w tych ostatkach wolności.
poniedziałek, 15 września 2014
zmiennocieplnie
Sama bym tak mogła sobie na szyję założyć żelazny sznureczek kolców kłujących za każdym razem, gdy robiłabym jakąś głupotę. Może wreszcie by pomogło, może wreszcie bym się czegoś nauczyła. Żeby nie przebiegać na czerwonym, mniej się denerwować, czasem odpuścić, nie analizować wszystkiego po pięćset razy. W sumie to chyba te kolce powinnam sobie opleść wokół mózgu.
Znów mnie nachodzą niepokojące myśli o jeszcze bardziej niepokojącej przyszłości i już sama nie wiem, czy w niemyśleniu bardziej jednak pomaga wódka czy piwo. Bo jakbym miała zostać chirurgiem naczyniowym, to bym chociaż miała przekonanie, że ratuję życia - a tak to jakie ja mogę mieć przekonanie, że ratuję angielski oryginał od potencjalnego polskiego tłumaczeniowego analfabetyzmu? Średnio pocieszające. Chociaż na chirurga to bym się nie nadawała, podejrzewam że moje ciało na sali operacyjnej zaliczałoby bliski kontakt z podłogą dużo częściej, niż można by to uznać za dopuszczalne.
Dziwne księżyce ostatnio świecą na moim niebie ("Księżyc nie świeci, tylko odbija światło"). Jak zwał tak zwał, księżyce w wierszach i moje księżyce zawsze świecą jak lampki na bożonarodzeniowej choince. To mi przypomniało, że zima idzie wielkimi krokami, a przed zimą jeszcze jesień, i sama już nie wiem, co gorsze. Jak ostatnio wracałam wieczorem do domu, to wszyscy z niedowierzaniem i politowaniem patrzyli na krótkie rękawki mojej bluzki, jakby zapomnieli, że w kalendarzu (i, o dziwo, w powietrzu) jeszcze kilka dni lata. A mnie jak zwykle zbyt ciepło, zmiennocieplnie. Dziś taki dialog z mamą:
mama: O, tak ciepło jak jest teraz. To tak by mogło być przez cały rok.
ja: Ale tak nie jest.
mama: No nie jest.
ja: Bo to Polska.
Coś krucho z moim patriotyzmem, a w sumie... przecież jego nigdy nie było dużo, raczej śladowe ilości, jak orzechów czy jaj w praktycznie czymkolwiek do jedzenia. Człowiek je i czyta, i się dziwi, że to niby ma być, a nie ma, bo nie czuć, więc je dalej.
A to Polska właśnie.
Znów mnie nachodzą niepokojące myśli o jeszcze bardziej niepokojącej przyszłości i już sama nie wiem, czy w niemyśleniu bardziej jednak pomaga wódka czy piwo. Bo jakbym miała zostać chirurgiem naczyniowym, to bym chociaż miała przekonanie, że ratuję życia - a tak to jakie ja mogę mieć przekonanie, że ratuję angielski oryginał od potencjalnego polskiego tłumaczeniowego analfabetyzmu? Średnio pocieszające. Chociaż na chirurga to bym się nie nadawała, podejrzewam że moje ciało na sali operacyjnej zaliczałoby bliski kontakt z podłogą dużo częściej, niż można by to uznać za dopuszczalne.
Dziwne księżyce ostatnio świecą na moim niebie ("Księżyc nie świeci, tylko odbija światło"). Jak zwał tak zwał, księżyce w wierszach i moje księżyce zawsze świecą jak lampki na bożonarodzeniowej choince. To mi przypomniało, że zima idzie wielkimi krokami, a przed zimą jeszcze jesień, i sama już nie wiem, co gorsze. Jak ostatnio wracałam wieczorem do domu, to wszyscy z niedowierzaniem i politowaniem patrzyli na krótkie rękawki mojej bluzki, jakby zapomnieli, że w kalendarzu (i, o dziwo, w powietrzu) jeszcze kilka dni lata. A mnie jak zwykle zbyt ciepło, zmiennocieplnie. Dziś taki dialog z mamą:
mama: O, tak ciepło jak jest teraz. To tak by mogło być przez cały rok.
ja: Ale tak nie jest.
mama: No nie jest.
ja: Bo to Polska.
Coś krucho z moim patriotyzmem, a w sumie... przecież jego nigdy nie było dużo, raczej śladowe ilości, jak orzechów czy jaj w praktycznie czymkolwiek do jedzenia. Człowiek je i czyta, i się dziwi, że to niby ma być, a nie ma, bo nie czuć, więc je dalej.
A to Polska właśnie.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)