Patrzę na ciebie, tyle lat cię już znam, tak niewiele o tobie wiem - a to wciąż wychodzi, jak wtedy, gdy mówiłaś o dziadkach, a moje zbyt ciemne oczy robiły się coraz większe i większe. Dlaczego nie wiedziałam o tym wcześniej? Dlaczego nie ma jakiegoś pieprzonego obowiązku, żeby wyjaśniać wszystko, bo potem taki dzieciak nie ma pojęcia, czy to, co robi, jest normalne?
Tak wielu rzeczy nie mówię na głos, nawet szeptem, bo nie chcę zapeszać, bo nie chcę cię straszyć, bo już za dużo i za mało przeszłaś. "Dziecko zaczyna kłamać, gdy zostanie ukarane za to, że mówi prawdę."
Tak mocno się często nie zgadzam i tak bardzo się boję (jednak!), bo nie rozumiemy szczęścia tak samo. Czasem cię za to nie lubię. I wtedy nie lubię siebie, bo patrzę na stare zdjęcia i widzę moją twarz, i się zastanawiam kiedy to się zmienia, kiedy się wyostrzają rysy i sposób postrzegania świata. Kiedy się kończy radość. Kiedy się przestaje na coś czekać.
A potem znów robimy coś, co pozwala nam odfrunąć od rzeczywistości. Jak chodziłyśmy po Paryżu, to byłaś jak dziecko w sklepie ze słodyczami, uśmiech nie schodził z twojej twarzy. Płakałaś w delfinarium, z radości. Śmiałyśmy się tak głośno i nie mogłyśmy się uspokoić, a ten śmiech gdzieś tam został, obie dobrze to wiemy. Ciągle się toczy echem po Sekwanie w leniwe niedzielne popołudnia.
Śmiejesz się też dziś, a mnie się wydaje, że masz 20 lat, i może nawet przez chwilę tobie też się tak wydaje, chociaż potem zawsze kolor który wybierasz jest ciemniejszy niż jaśniejszy.
Uczysz, żeby być twardzielką. Powtarzasz, że "biedronki nie płaczą". Gówno prawda. Biedronki płaczą dużo częściej, niż ci się wydaje. Tylko że ty tego nie widzisz, bo biedronki potrafią to pięknie ukrywać.
Nie dajesz sobie już prawa do szczęścia, a mnie to boli, bo na dłuższą metę tak się nie da. Nie wierzę, że nie boli też ciebie. Przecież my jesteśmy takie same.
Zapytałaś kiedyś, czy widziałam "Podwójne życie Weroniki", a mnie to uderzyło, bo sobie zdałam sprawę z tego, że już mnie prawie nie znasz. Co ja lubię? Gdzie chodzę, z kim się spotykam, co mnie fascynuje, gdzie uciekam jak się pali świat, z czego się śmieję jak jest dobrze? Co czytałam, widziałam, zapamiętałam?
Jak byś mnie opisała komuś, kto mnie dobrze nie zna? Jak byś mnie opisała samej sobie?
Tak wielu pytań ci nie zadaję.
No co za pieprzona dewotka, ja nie mogę... To tak, jakbym ja miała zostać przy jednym piwie.
Hej, kiedy się zaczyna alkoholizm?
poniedziałek, 24 sierpnia 2015
wtorek, 11 sierpnia 2015
odpływ
Gdziekolwiek nie wejdę, tam kościół, Duda, Komorowski, biskupi, in vitro, aborcja, tabletki, Polska B, Janusze wszystkiego... A ja się topię zewnętrznie i wewnętrznie, mózg mi płynie i nie mam siły myśleć, i jedyną konstatacją rzeczywistości może być marne "i chuj wam wszystkim do tego", bo może gdyby więcej ludzi zostawiło w spokoju ciała i sumienia innych, to byłoby jakoś lżej. A tak to nie.
Jakiś debil przywiązał sukę do drzwi schroniska, pierdolony Wilhelm Zdobywca kolejnych maratońskich medali. Oczywiście bóg tak chciał, bo bóg zawsze chce, no patrzcie. Kocham zasłanianie się religią, zwłaszcza w takich wypadkach. Już od jakiegoś czasu chcę wyć i gryźć, jak rasowa suka.
A na Helu spokój. Idziesz portem, śmierdzi rybami, woda to niezmącona tafla odbijająca słońce. Krzyczą mewy walczące o każdy kawałek chleba. Czarne koty grzeją grzbiety, przecież nigdzie im się nie spieszy. Kutry i statki przygotowują się na kolejny dzień pracy. Ludzi bardziej ciągnie plaża niż betonowe nabrzeże, więc panuje względny spokój. Idziesz i myślisz przez chwilę, że świat to może jednak trochę dobry jest.
A wieczorami krzyczy i śpiewa mi do ucha Renata, taka albo taka albo jeszcze inna. Koi nerwy i czaruje dalej, a ja odpływam.
Niepotrzebna wcale mi taka miłość do krwi.
Jakiś debil przywiązał sukę do drzwi schroniska, pierdolony Wilhelm Zdobywca kolejnych maratońskich medali. Oczywiście bóg tak chciał, bo bóg zawsze chce, no patrzcie. Kocham zasłanianie się religią, zwłaszcza w takich wypadkach. Już od jakiegoś czasu chcę wyć i gryźć, jak rasowa suka.
A na Helu spokój. Idziesz portem, śmierdzi rybami, woda to niezmącona tafla odbijająca słońce. Krzyczą mewy walczące o każdy kawałek chleba. Czarne koty grzeją grzbiety, przecież nigdzie im się nie spieszy. Kutry i statki przygotowują się na kolejny dzień pracy. Ludzi bardziej ciągnie plaża niż betonowe nabrzeże, więc panuje względny spokój. Idziesz i myślisz przez chwilę, że świat to może jednak trochę dobry jest.
A wieczorami krzyczy i śpiewa mi do ucha Renata, taka albo taka albo jeszcze inna. Koi nerwy i czaruje dalej, a ja odpływam.
Niepotrzebna wcale mi taka miłość do krwi.
poniedziałek, 3 sierpnia 2015
pieśń o szczęściu
Wolność jednak winem smakuje, hej. Gdybym tylko umiała, to mogłabym o tym stworzyć pieśń. Pieśń o szczęściu jak Mela i Czesław.
A poza tym to wolność czasem pachnie jeziorem, powietrzem po deszczu i waniliową herbatą. Czuć ją w polach, lasach, drogach, palącym słońcu. Czai się w mądrości małych kotów. Siedem liter, w tym dwie tak bardzo polskie. Wolność. Traktaty o niej powstawały, nie będę się bez sensu produkować. Chciałabym wierzyć, że we mnie jednak jeszcze jest.
Walczyli o nią te 71 lat temu. Nie, to nie będzie wpis o Powstaniu. Za dużo tego było wczoraj, żeby móc na chłodno myśleć dzisiaj. Znów jak Warszawa zawyła i stanęła, to mnie przeszły ciary. U nas słońce i jakaś dziwna cisza. "Ej, siedemnasta, powstanie!". Tam wtedy podobno deszcz.
Po co wyście tak biegli, do cholery?
Po wolność. Tę, co o niej czasem zapominasz.
Przypomniało mi się coś karpowiczowego, niech będzie na koniec. Nie wiem, czemu. Tym razem naprawdę nie wiem, czemu.
Nie uda nam się, prawda?
Tak.
Ale spróbujemy?
Tak.
A poza tym to wolność czasem pachnie jeziorem, powietrzem po deszczu i waniliową herbatą. Czuć ją w polach, lasach, drogach, palącym słońcu. Czai się w mądrości małych kotów. Siedem liter, w tym dwie tak bardzo polskie. Wolność. Traktaty o niej powstawały, nie będę się bez sensu produkować. Chciałabym wierzyć, że we mnie jednak jeszcze jest.
Walczyli o nią te 71 lat temu. Nie, to nie będzie wpis o Powstaniu. Za dużo tego było wczoraj, żeby móc na chłodno myśleć dzisiaj. Znów jak Warszawa zawyła i stanęła, to mnie przeszły ciary. U nas słońce i jakaś dziwna cisza. "Ej, siedemnasta, powstanie!". Tam wtedy podobno deszcz.
Po co wyście tak biegli, do cholery?
Po wolność. Tę, co o niej czasem zapominasz.
Przypomniało mi się coś karpowiczowego, niech będzie na koniec. Nie wiem, czemu. Tym razem naprawdę nie wiem, czemu.
Nie uda nam się, prawda?
Tak.
Ale spróbujemy?
Tak.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)