Zdjęcia. Zdjęcia, zdjęcia, zdjęęęęciaaaa. Mnożą mi się na komputerze jak zera na kontach miliarderów, te stare nie pozwalają zapomnieć, a nowe nie pozwalają sobie przypomnieć... no właśnie, o czym?
Zamknięcie powiek jest czasem jak naciśnięcie spustu migawki, klik, obraz zachowany, zatrzymany na wieki wieków amen, jak mawiają na sumie. Moja fotograficzna pamięć przygotowuje sobie coś na kształt kliszy gotowej do wywołania (a kto dziś pamięta klisze, a kto by to wywoływał?).
Pamiętam pierwszy aparat, taki na klisze właśnie, i pierwszą radość pierwszego samodzielnego strzelania. Biegałam po Wilnie jak kot z pęcherzem, ja, ten dzieciak w zbyt dużej bluzie, i pstrykałam, co popadło. Wywołane zdjęcia rozmyły marzenia o wielkiej światowej karierze, górze pieniędzy i rzeszach fanów, bo też trudno liczyć na fanów, jak z panoramy miasta zostają ledwo dachy domów, a reszta to niebo, niebo, niebo, i tak aż do skraju fotografii 10x15.
Drugi aparat to już nie byle co, cyfrówka siostry, którą podkradałam jak nikt nie patrzył - i wtedy to dopiero było, zgrywanie polskiej Leibovitz na starówce albo łażenie po dziwnych miejscach "bo tak". Annie jest tylko jedna, to wiem dzisiaj, tego nie wiedziałam wtedy.
A, przecież! Był jeszcze aparat dziadka, którego nigdy nie poznałam - a do niego dołączona odręcznie (wiecznym piórem!) spisana instrukcja, co, kiedy i gdzie, w jakim świetle, pod jakim kątem... Mam wszelkie podstawy, by twierdzić, że ostatecznie zniszczyłam ten aparat, klikając z zapamiętaniem na wszystkie strony świata, schowawszy oczywiście dziadkową instrukcję gdzieś głęboko, gdzie wzrok nie sięgał. No cóż. U mnie nigdy nie było ofiar w ludziach, co najwyżej ofiary w aparatach.
Teraz za to jest aparat osiemnastkowy, nieprofesjonalny, ale mój i tylko mój, i jest reakcja obronna za każdym razem, gdy ktoś mi mówi co mam fotografować i jak. Są też moje zdjęcia, walają się to tu, to tam, bez celu i przyczyn - zdjęcia nieidealne, często bezsensowne, ale w danym momencie najważniejsze na świecie. Migawki chwil, które nie mają prawa się powtórzyć - mała Ania; całujący się dziadkowie; zimowy krakowski poranek; szare góry; kołobrzeski prawie sztorm (ach nie, bo go nie było!); puste półki bez książek; otwierany szampan; francuska trawa; psychodeliczny taniec...
Złapałam się kiedyś na żalu za niezłapanymi chwilami. Ale teraz sobie coraz częściej uświadamiam, że chwile nie są po to, żeby je łapać i brutalnie przyszpilać do rodzinnego albumu. Chwile muszą swobodnie fruwać i mijać, inaczej przecież tracą cały swój chwilowy charakter.
środa, 25 czerwca 2014
niedziela, 22 czerwca 2014
kangur z Australii
Skarbeniek mi się nie rozbił i wrócił z przecudowną angielską czekoladą (po to, żebym rosła duża i okrąglutka, nie mam co do tego wątpliwości). Pusto i dziwnie jakoś było przez te cztery dni, aż chyba wszystkie się zdziwiłyśmy, że tak nam tych wieczorów brakuje. Dobrze, że już jest, bo działa leczniczo i kojąco, lepiej niż każdy antydepresant świata.
Bardzo dziwnie się z kimś spotkać po sześciu miesiącach - sześć miesięcy to jednak szmat czasu, można by na przykład zorganizować podróż do Australii i razem z Aborygenami gapić się na kangury. Ale jeszcze dziwniej, gdy ktoś po tych sześciu miesiącach nie ma nic do powiedzenia. Gdyby mi się udało do tej Australii pojechać, i gdyby ten ktoś był mi bliższy niż był w rzeczywistości przez całe życie, to pewnie opowiadałabym mu o widzianych kangurach i podsłuchanych aborygeńskich legendach.
Ale nie byłam w Australii. A ten ktoś nigdy nie był mi bardziej obcy.
W takich momentach szał mnie ogarnia - jaka szkoda, że nie szał tworzenia.
Bardzo dziwnie się z kimś spotkać po sześciu miesiącach - sześć miesięcy to jednak szmat czasu, można by na przykład zorganizować podróż do Australii i razem z Aborygenami gapić się na kangury. Ale jeszcze dziwniej, gdy ktoś po tych sześciu miesiącach nie ma nic do powiedzenia. Gdyby mi się udało do tej Australii pojechać, i gdyby ten ktoś był mi bliższy niż był w rzeczywistości przez całe życie, to pewnie opowiadałabym mu o widzianych kangurach i podsłuchanych aborygeńskich legendach.
Ale nie byłam w Australii. A ten ktoś nigdy nie był mi bardziej obcy.
W takich momentach szał mnie ogarnia - jaka szkoda, że nie szał tworzenia.
wtorek, 17 czerwca 2014
pytajniki
Roku prostych pytań, kim jest autorytet? Skąd można wiedzieć, dlaczego i za co się kogoś tak ceni, że bardziej już nie można? Myślę dziś o tylu ludziach i zastanawiam się, co bym odpowiedziała na to pytanie sprzed paru lat, zadane tak niespodziewanie... "Kto jest twoim autorytetem?" Nie wiem. Nie wiedziałam wtedy, nie wiem i teraz. A jeśli zawsze kogoś uważałam za autorytet, a potem ten ktoś robi głupotę za głupotą, to co wtedy? Nie zasługuje już na miano autorytetu, czy może wręcz przeciwnie - ten tytuł należy mu się nawet bardziej, bo się uczłowiecza (człowiek, nie tytuł)?
Za dużo tych pytań, ale też za dużo myśli mi krąży po głowie. Przypominam sobie wszystkich mistrzów w moim życiu. Mistrzów słowa. Mistrzów obiektywu. Mistrzów dźwięku. Mistrzów codzienności, którzy udowadniali, że czasem nie trzeba wiele, aby zainspirować. Wszyscy znikali, pojawiali się, niektórzy przetrwali i, mam nadzieję, zostaną. Czy to są autorytety? Tak, jeśli autorytet może mieć rozliczne wady - a te ciągle wynajduję, jakbym chciała sama za wszelką cenę te osoby odbrązowić.
A może najważniejsze jest to, że ciągle wynajduję te rozliczne wady w sobie. Może od siebie właśnie trzeba zacząć, a autorytety zostawić w spokoju. Przynajmniej na razie.
"Pytał pan ją kiedyś, czy jest szczęśliwa w życiu?" - usłyszałam to dziś gdzieś w przestrzeni i mnie lekko zamurowało pomiędzy jednym łykiem zimnej herbaty a drugim. Dlaczego wciąż słyszę pytania, które sama z chęcią bym zadała? I dlaczego tak bardzo nie chciałabym usłyszeć na nie odpowiedzi?
Za dużo tych pytań, ale też za dużo myśli mi krąży po głowie. Przypominam sobie wszystkich mistrzów w moim życiu. Mistrzów słowa. Mistrzów obiektywu. Mistrzów dźwięku. Mistrzów codzienności, którzy udowadniali, że czasem nie trzeba wiele, aby zainspirować. Wszyscy znikali, pojawiali się, niektórzy przetrwali i, mam nadzieję, zostaną. Czy to są autorytety? Tak, jeśli autorytet może mieć rozliczne wady - a te ciągle wynajduję, jakbym chciała sama za wszelką cenę te osoby odbrązowić.
A może najważniejsze jest to, że ciągle wynajduję te rozliczne wady w sobie. Może od siebie właśnie trzeba zacząć, a autorytety zostawić w spokoju. Przynajmniej na razie.
"Pytał pan ją kiedyś, czy jest szczęśliwa w życiu?" - usłyszałam to dziś gdzieś w przestrzeni i mnie lekko zamurowało pomiędzy jednym łykiem zimnej herbaty a drugim. Dlaczego wciąż słyszę pytania, które sama z chęcią bym zadała? I dlaczego tak bardzo nie chciałabym usłyszeć na nie odpowiedzi?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)