poniedziałek, 19 maja 2014

nie więcej

Dziwne to zjawisko, czas. Nie trzeba go wiele. Około piętnastu minut wystarczy na powrót wszystkich wspomnień, jakie się wiązały z jakimś miejscem. Piętnaście minut, naprawdę nie więcej.
Czasem nie można już dłużej znieść niewidzenia, jakkolwiek by to nie zabrzmiało. Nie można znieść natłoku myśli i wtedy się idzie. I się wraca. Ciałem. I duchem.
A tak naprawdę to się nie wraca, bo się jest zupełnie nowym. Nowy człowiek nie może nigdzie wrócić. Nowego człowieka nigdy nigdzie nie było.
"Mam nadzieję, że zmiany na lepsze?"
Dlaczego wielokropek nie pojawia się nad głową wtedy, kiedy jest to najbardziej konieczne?
...

piątek, 16 maja 2014

pour bonne chance

Jadę tramwajem i obserwuję świat, bo co lepszego można robić w blaszanym pudełku sunącym po szynach... Śmieszni są ci zbuntowani chłopcy, tacy w glanach i słuchający metalu. Black Sabbath w uszach i fantastyka w ręku. Włosy dłuższe od moich i obowiązkowa broda. Inteligentnie jadą po wszystkich i wszystkim, bez wyjątku. Kiedyś założą garnitury, obetną kitki i będą się śmiali ze swoich starych zdjęć. Będą się śmiali z Woodstocków w błocie, z nocnych maratonów po mieście, z morza wódki, jakie się wypiło "bo tak"... Ale to będzie kiedyś, jeszcze nie teraz.
Teraz jeszcze jest nadzieja.

Dużo dziś myślę o znakach i przesądach.Skąd to się bierze? Dlaczego wszystkie ciotki wierzą w Boga i odpukują w niemalowane? Czy siedmioletnie nieszczęścia zbitych luster się sumuje czy mnoży? Podobno najważniejsze, żeby szybko pozbierać wszystkie kawałki i wrzucić do jakiejś płynącej wody, żeby zmyć całe nieszczęście. Ale ja nie mam w pobliżu płynącej wody, więc mniejsze kawałki wsypuję do kosza, a największy wkładam z powrotem do torby.
Bo zbiłam dziś lustro, kolejne, trzecie.
Na szczęście.

sobota, 3 maja 2014

kaczka dziwaczka

Staw ma różne kolory w różnych porach dnia, a i tak najlepiej patrzy mi się na niego przez moje okulary. Woda jest wtedy zbyt niebieska, a trawa wokół zbyt zielona. Podobnie to wszystko wygląda jeszcze tylko w późnopopołudniowym słońcu. Mewy krzyczą wniebogłosy i nikt nie wie, o co im chodzi, i przecież nikt nie chce wiedzieć, bo jeszcze by wyszło na to, że się należy przejmować mewimi problemami, jakby się nie miało własnych. Patrzę na to wszystko, myślę o tylu rzeczach i o niczym w szczególności. Mija mnie biegająca pani, ja tylko podziwiam determinację i dmucham olbrzymie dmuchawce ("babciu, ale jak to jest, że się ten mlecz tak zamienia...?"). Nad wodą zawsze mi było jakoś lepiej. Może gdybym jeszcze umiała pływać, to nie byłyby mi potrzebne nawet góry... A może one zawsze będą mi potrzebne, choćbym była najlepszą pływaczką świata...

"Marta, a jest ci czasem tak smutno... bo życie?". Tak, jest mi czasem tak smutno, i wtedy gnam na złamanie karku by jeszcze zdążyć, jak niedawno, i wtedy właśnie idę nad wodę, i wtedy mocno wdycham ten obrzydliwy znajomy zapach, i wtedy siadam i się gapię w przestrzeń, i wtedy zbyt dużo myślę, i wtedy staram się nie tęsknić za tym, czego nie miałam, i wtedy układam sobie w głowie długie zdania, i wtedy wracam do domu i niczego już nie pamiętam... I wtedy nic ci nie mówię i nigdy ci nie powiem, bo ja z założenia nie bywam smutna.