Zrobiłam sobie przerwę od życia tylko na jeden dzień. JEDEN. A nawet na pół dnia. W tym czasie jakiś czarny piątek, czarna noc piątkowa, do mnie docierały tylko jakieś echa przez szklaną ścianę. Co to dzisiaj znaczy "wolność"? Dlaczego to jest tylko rzeczownik, który nijak nie przystaje do rzeczywistości? I jakie to ma znaczenie, że ja tu coś piszę i coś czytam, i że po raz pierwszy od naprawdę długiego czasu oglądam film? Zalewa mnie fala mniejszych i większych protestów, poczekajcie, ja nie mam siły. Dajcie czas. Czy to jest ważne? Czy trzeba iść i krzyczeć, burzyć i podpalać, czy może lepiej przemilczeć? Znów?
Może moje ciało wiedziało co robi, jak mnie tak wyłączyło. Reset. Ciemna noc. Czarna noc. Nie ja decydowałam i pierwszy raz w życiu tak mi z tym dobrze.
A. pyta, czy myślę, że przeżyjemy wojnę.
sobota, 17 grudnia 2016
czwartek, 8 grudnia 2016
czwarty ostatni
Siedzę i patrzę na to wyszperane Pinot Noir, i nienawidzę siebie i wszystkich, znów się to dzieje, choć okazja taka pozytywna. Trzy lata, kurwa. Trzy lata wyjęte z życia.
Za szybko się robi ciemno, a może za wolno. Szczerzą się do mnie różne księżyce, a szerokość ich uśmiechu jest wprost proporcjonalna do mojej chęci wycia w niebo. Wokół kolejne pomysły, ustawy, projekty, góry książek, święta idą, ej, co jest tak naprawdę ważne?
Nie chcę. Jestem dziś dzieckiem, znów mam pięć lat, znów pluję zupą, znów tupię nogą, NIE CHCĘ! Tych serników i ryb, opłatków, swetrów, kolęd, życzeń, pytań, filmów, śniegu, firanek, zmywania. Nie chcę. Odpierdolcie się.
Za często mi szumi w głowie, szum ten jest przyjemny jak lód górskich potoków i uporczywy jak każdy dzień po. Nie myślę, nie czuję, nie istnieję. Znikam i myślę w tym znikaniu, nie umiem zniknąć na dobre, znikanie boli. Dlaczego nikt mi tego nie powiedział?
To za ten czwarty rozpoczęty rok!
Oby ostatni.
Za szybko się robi ciemno, a może za wolno. Szczerzą się do mnie różne księżyce, a szerokość ich uśmiechu jest wprost proporcjonalna do mojej chęci wycia w niebo. Wokół kolejne pomysły, ustawy, projekty, góry książek, święta idą, ej, co jest tak naprawdę ważne?
Nie chcę. Jestem dziś dzieckiem, znów mam pięć lat, znów pluję zupą, znów tupię nogą, NIE CHCĘ! Tych serników i ryb, opłatków, swetrów, kolęd, życzeń, pytań, filmów, śniegu, firanek, zmywania. Nie chcę. Odpierdolcie się.
Za często mi szumi w głowie, szum ten jest przyjemny jak lód górskich potoków i uporczywy jak każdy dzień po. Nie myślę, nie czuję, nie istnieję. Znikam i myślę w tym znikaniu, nie umiem zniknąć na dobre, znikanie boli. Dlaczego nikt mi tego nie powiedział?
To za ten czwarty rozpoczęty rok!
Oby ostatni.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)