sobota, 24 września 2016

O!

Odrzucony.
Projekt Dziewuch odrzucony po pierwszym czytaniu.
Świetnie jest, kurwa, świetnie jest, siedzę i piję dziś za głupotę tego kraju, w którym tak bardzo chciałam żyć.
Morze czerni dziś w Sopocie, morze wciąż zbyt małe. Gdzie są ci wszyscy ludzie? Gdzie te kobiety? Chciałabym krzyczeć, żeby ruszyły/li dupy, że samo się nie zrobi, że KONIEC TEGO!
Nie krzyczę. Nie umiem. Chce mi się płakać.
Oczy sopockie.
Odrzucona.

czwartek, 22 września 2016

#czarnyprotest

Siedzę sobie i piję piwo, nawet nie trzeba było iść do pracy. Piwo jest kokosowe, pyszne, słodko-gorzkie. Pięknie jest.
STOP.
KURWA.
Nie jest. Dziś o 17:00 pierwsze czytanie dwóch projektów ustaw, najważniejszych ustaw dla kobiet, dla ich partnerów, dla całego tego pieprzonego kraju (jak to było na marszu? no woman, no kraj!). Oglądam to i robi mi się niedobrze, krzyczeć mi się chce, wyć i wychodzić na ulice. Nie wierzyłam nigdy w fejsikowe akcje, nie angażowałam się za bardzo, ale mam wrażenie, jakby mi ktoś nadepnął na odcisk, dał po pysku, rzucił o ścianę. Czarny protest trwa w najlepsze, serce mi rośnie gdy widzę to może czerni, walecznych słów, zapewnień, deklaracji, ale coś we mnie pęka, gdy sobie uświadamiam, że przegramy z kretesem, że nie mamy szans, że cały ten zapał pójdzie psu w dupę. Dlaczego? A no dlatego, że ktoś chce decydować, czy i ile mam mieć dzieci. Ktoś chce decydować, czy będę miała dostęp do takich środków antykoncepcyjnych, na jakie będę miała ochotę. Ktoś chce decydować, czy po gwałcie mam urodzić dziecko. Ktoś chce decydować, czy będę winna zabicia płodu, jeśli poronię. Ktoś chce decydować, czy będę miała prawo do wykonania badań prenatalnych. Ktoś chce decydować, czy mam zostać bohaterką i urodzić dziecko z poważnymi wadami, albo takie, które nie przeżyje nawet pół godziny. Ktoś chce decydować, czy mam prawo żyć.
Zawsze mi mówili, że żyję w demokratycznym kraju. Że mam obowiązki, ale mam też prawa. Do życia. Do ochrony zdrowia. Do samostanowienia. Do wolności.
Gówno mam. Okazuje się, że nie mam praw, bo patrzcie państwo, tak się złożyło, że jestem kobietą. Sorry, nic nie poradzę, nie ja wybierałam. Ale skręca mnie, gdy się teraz dowiaduję, że jestem jakimś podczłowiekiem, że powinnam zamknąć ryj i rodzić dzieci, i jeszcze być wdzięczna, bo mnie nikt nie gwałci, a przecież wiadomo, że gwałcą imigranci, polscy panowie nigdy w życiu! Więc tak, cholerne mam szczęście, żyję w tym pięknym kraju mlekiem i miodem płynącym, z Maryją zawsze dziewicą choć matką, z religijnymi zjebami, z patriarchatem trzymającym się na swoim starym miejscu aż miło, z kulejącym prawem, z ludźmi, którzy z wielką chęcią zaglądają innym w majtki, bo w ich żałosnych życiach tak niewiele się dzieje.
Takie to moje zezowate szczęście. Piękny kraj, piękne czasy.
Piję to moje piwo i płakać mi się chce.

niedziela, 18 września 2016

i nie czuję nic

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ktoś sobie okrutnie kpi ze świata. Te wszystkie ataki, napady, Polacy w Anglii, obcokrajowcy w Polsce... Co się dzieje? W mojej głowie siedzi Taco i uporczywie wyśpiewuje "wojna przyjdzie tutaj i od ciebie mnie zabiorą". Naprawdę? Wyśmiewałam i nie chciałam wierzyć, a teraz wszystko staje się rzeczywistością. A przecież już za chwilę odfruwam po raz kolejny - i co, mam się bać? Nie używać polskiego? Jeśli zginę, to przynajmniej w pięknym miejscu. Zgrywam twardzielkę, uśmiecham się szeroko, a tak naprawdę to się czuję, jakby mnie ktoś bardzo mocno walnął pięścią w brzuch.
Wszystko się dzieje i nie dzieje się nic, informacje przepływają przeze mnie falami. Zamiast przejmować się ludźmi, ryczę jak głupia nad losem skatowanego psa. W drodze powrotnej witam się z moim osiedlowym czarnym kotem. Nie mam siły myśleć o losie ludzkości, sami doprowadziliśmy do tego, co mamy. Jak ostatni skurwiele zabieraliśmy po kawałku wszystko, co tylko można było zabrać, a teraz się dziwimy, o jezu, ale co się dzieje, dlaczego to tak wygląda? Za dużo nas tu jest i jeszcze wokół kolejne bachory. Nigdy nie zniknie ten syf, który po sobie zostawiamy. Coraz częściej mi wstyd, że jestem człowiekiem (sorry, nie miałam wyboru - gdybym miała, chętnie byłabym ważką albo płaczącą wierzbą).
Trochę się nie chcę sama przed sobą przyznać i trochę nie wierzę, że tak myślę (a jednak!), ale tęsknię za tym kieracikiem. The final countdown zacznie się niebawem, a ja już myślę, jak to wszystko ogarnąć. Zły chochlik powtarzający "nie da się" zaczyna się pojawiać coraz częściej; na razie jeszcze jestem w stanie go zagłuszać, ale zobaczymy, ile wytrzymam. 
Łapię się na tym, że pstrykam zdjęcia jak idiotka, bez opamiętania. Co ja chcę zatrzymać, przyszpilić w kadrze, co boję się stracić? Widok z okna babci, kolejny kieliszek wina, zmrok na ulubionej ulicy, szybki marsz po mieście, pierwsze jesienne powietrze? Wszystko i nic. 
Takie żałosne życie.
Takie piękne życie.