Przerażają mnie te biura i te panie w biurach. Przerażają mnie ich starannie pomalowane na czerwono paznokcie i usta w kolorze krwi, przerażają mnie ich zaczesane włosy i perfekcyjne cery. Przerażają mnie ich torby z lakierowanej skóry i białe kołnierzyki, bo przecież białe bluzki wybitnie mi nie pasują. Przeraża mnie ich ton służbistek, chłodna ocena, takie bycie stąd-dotąd. Przeraża mnie ich nowomowa, przerażają mnie te biurka i krzesła, zawsze takie olbrzymie, chyba tylko po to, żeby się człowiek czuł jeszcze mniejszy i jeszcze bardziej nieważny. A mimo to dziś chyba całkiem nieźle poszło mi udawanie dorosłej.
Zresztą jakie to ma znaczenie, skoro przy kupowaniu litra wina o dowód jak pytali, tak pytają. Jestem pieprzonym Benjaminem Buttonem.
Pytała mnie dziś A. z niedowierzaniem, czy ja naprawdę byłam tym czarnym kotem. Ano byłam. W moim poprzednim życiu. Miewałam też fioletowe albo czerwone usta, czerwone glany, kolorowe rajstopy. I niewiele w głowie.
Chyba serio się zestarzałam. Trochę mi smutno, a trochę wiem, że tak musi być. Jutro za to wypiję zbyt dużo szampana.
środa, 30 grudnia 2015
sobota, 26 grudnia 2015
hej w dzień narodzenia
Jadę tramwajem, patrzę przez okno i znów się wszystkiemu dziwię. Jakaś pani przebiega przez ulicę na czerwonym, w rękach milion siatek, bo przecież trzeba zdążyć. Jak zginie, to przynajmniej bohatersko, Matka Polka Karmicielka. Przypną jej do piersi Order Karpia Królewskiego.
Stoimy z Anką na moście i nie chcemy iść. Kostnieję, nie czuję rąk, choć przecież nie jest aż tak zimno. Mija nas jakiś człowiek, patrzy pytająco. Zaczynamy wrzucać na wszystkich i wszystko, wylewa się z nas polska żółć, a ja wiem przecież, że tak nie można i nie wypada, ale nie umiem przestać. Po jakichś dwudziestu minutach facet wraca, nuci jakąś sobie tylko znaną melodię. Z kimś mi się kojarzy. Patrzy na nas jeszcze bardziej pytająco. Tak, proszę pana, można nie chcieć iść na wigilię.
Musimy wejść, nie można stać pod blokiem i udawać, że się jest niewidzialnym. Tak, jak się spodziewałam. Dużo krzyków, życzenia z dupy, opłatek na podłodze, szczek i wycie, ucieczki do kuchni, narzekanie, krytyka wszystkiego co możliwe... Spokój tylko przy samotnym myciu naczyń. Śmiech tylko z dziadkiem przy jego smażeniu pierogów. A poza tym Morze Bałtyckie stresu i spięcia.
Taksówka przyjeżdża w sam raz. Miki spokojnieje, co wprawia nas wszystkie w konsternację, bo przecież nigdy tak nie miał. A taksówkarz to, o dziwo, wcale nie Janusz z wąsem. Mam ochotę zapytać, czy jego wigilia też jest tak chujowa, że musi uciekać do pracy, ale oczywiście jak zwykle nie starcza mi odwagi. Przez całą drogę udaje mi się powiedzieć tylko nazwę ulicy. Dom.
Dom?
No kurwa nie wierzę, że można to lubić.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)