czwartek, 30 kwietnia 2015

traper

Nie powinno się pewnie przywiązywać do rzeczy, bo to płytkie i nierozsądne, ale przecież ja słowo "powinnam" wykreśliłam ze słownika. A może po prostu jestem płytka i nierozsądna. Z moich głupawych przywiązań do ludzi i rzeczy, zwłaszcza do rzeczy, można stworzyć księgę paranoi.
Stwierdziłam, że skoro to moja część wirtualnej przestrzeni, i skoro już i tak bezsensownie ćwiczę palce stukając w klawiaturę, i skoro były ze mną od tylu lat i złaziły setki kilometrów, a obtarć i pękniętych sznurówek już nie umiem zliczyć, to mogę tu stworzyć traktat o butach. A co!
Miałam chyba z 14 lat (co za prehistoria!) jak je wypatrzyłam w Dziupli. Moje, moje, moje, miłość od pierwszego wejrzenia - miłość w rozmiarze 40, o dziwo. I pomoc ciotki, i jej nieśmiertelne słowa, że "traper ma być większy, bo...". Bo góry. Bo noga pracuje. Bo podwójne skarpety. Bo stopa rośnie. (stopa już nie urosła, ale poza tym wszystko się zgadzało). I ta nazwa.Wkurzałam się, jak ktoś mówił "glan". Traper! Jak ten człowiek, co ciągle gdzieś idzie. Jak ja.
Wiele w nich przeszłam, wiele z nimi przeszłam, wiele ze mną przeszły. Raz po raz je czyściłam, by za chwilę znów taplać w błocie i nurzać w kurzu. Pojawiały się góry, wciąż kolejne i kolejne, a ja przestałam zauważać nowe szramy i otarcia. Trzymałam się twardo skał, nigdy nic mi się nie stało, często wydłubywałam maleńkie kamyczki z zagłębień w podeszwie. Czubki zdarły się permanentnie, zamalowywała je (tylko na chwilę) czarna pasta. Z zerwanych sznurówek mogłabym zapleść niezłą okrętową cumę. Latem nagrzewało je słońce, jesienią obmywał deszcz, zimą trzeszczały na śniegu, wiosną deptały świeżą trawę. Wielokrotnie zdradzałam je dla innych - lżejszych, zgrabniejszych, odpowiedniejszych na jakąś tam okazję. A potem wracałam jak mąż łajdak (czy raczej żona łajdaczka). Były ze mną na koncertach, imprezach, zwiedziły domy przyjaciół. Były do wszystkiego - do spodni, szortów, raz chyba nawet do sukienki. Biegały, tańczyły, chodziły - ja razem z nimi albo one razem ze mną. Po błocie, kałużach, piasku, betonie, śniegu, lodzie, kamieniach, deskach... Dreptały moją nową historię. Przemierzały kilometry budowlanych marketów. Weszły po raz pierwszy na surowy beton pod szczęśliwą trzynastką. Wchodziły tak jeszcze kilka razy, aż kiedyś zaskoczyły je panele i kafelki. I tak zostało.
Prawie dwa lata temu były ze mną w górach po raz ostatni i widziałam, że nie dają rady. Że ja nie daję rady. Że się razem ślizgamy, potykamy, że nie jest tak bezpiecznie. Że schodziłam im podeszwy. Że byle deszcz na szlaku nas paraliżuje. A jednocześnie dalej biegłam i dalej nic złego się nie działo.
Wielki dzień miały prawie dwa tygodnie temu, na koncercie Lao. Podeptały kilkanaście innych stóp, tym samym ratując mi życie i tratując drogę wśród tłumu. Znów okazały się niezastąpione.
Jakkolwiek bzdurnie by to nie zabrzmiało, trudno mi będzie je wyrzucić, bo nie da się tak nagle wyrzucić kawału życia i wspomnień. A może się da, tylko po prostu ja nie umiem. Może. 
Zdałam sobie sprawę, że trochę się z nimi utożsamiam. Taka pełna rys, zadrapań i pęknięć. Lekko poobijana. W góry, na łąkę, do lasu, przed siebie? Zawsze do usług. Zawsze w drodze. Traper. Cześć, oto ja. 

sobota, 11 kwietnia 2015

odnaleziona

Gdzie człowiek, tam też najczęściej niezrozumienie właśnie. Jak wczorajszej Sońki, tej samej, przy której prawie płakałam, jak jej umierał pies, a potem miłość życia, i przy tym psie chyba nawet bardziej mi było żal.

Sońka jest ładna. Parę osób twierdzi, że jest ładna, więc jest ładna i tyle.
Sońka kupiła czekoladki Wedla (najlepsze czekoladki!) i je wszystkim rozdaje, ale nikomu nie oferuje pudełka. Pudełko jest wielkim czerwonym sercem.
Sońka umie pleść warkocza od tyłu i do góry nogami, tak zawsze zaplatał go Joachim. Joachim nie żyje, więc Sońka umie pleść warkocza sama.
Sońka nie pamięta, jak umarła jej matka. Pamięta tylko śmierć Joachima i suki. Suka umarła jak pies, Joachim zdechł jak człowiek.

Jestem Sońka. Ciebie nie ma, ja cię wymyśliłem.
Jestem. Nie ma cię, nie istniejesz.
Ty jesteś Igor. Jestem Ignacy. 
Ja jestem Sońka. Ty jesteś Magda!
Jestem.

wtorek, 7 kwietnia 2015

ale co

- No ale co dokładnie było tam takie inne?

Wiele czasu już minęło odkąd usłyszałam to pytanie, ale ono wciąż nie daje mi spokoju. Co było takie inne? Nie umiałam tego wyjaśnić wtedy, nie bardzo umiem teraz. Ale spróbuję.
Co było takie inne? Powietrze. Woda. Wieczorna i poranna herbata. Stopy bolące po całodziennym chodzeniu. Wielkie ulice. Szklane i ceglane budynki. Szeregowce. Ludzie. Melodia słów, rytm kroków, muzyka pojazdów, zgiełk pędzącego miasta. Krople deszczu. Wspinanie się wciąż coraz wyżej i nagłe strome zjeżdżanie. Graffiti na murach. Dworce, pociągi, metro, autobusy, taksówki. Jedzone pośpiesznie batony. Słońce w lutym. Czaple i kaczki. Biegacze. Okulary przeciwsłoneczne i wciąż rozpięty płaszcz. Zbyt ciężka torba. Zmęczone ramiona i kręgosłup. Pieniądze. Sklepy. Optymizm ludzi. Najcięższe śniadanie świata. Kilka języków słyszanych jednocześnie w jadalni. Promienie słońca tańczące rano na szybie. Kawa popołudniowa i kawa południowa. Książki. Zasłyszane polskie zdania. Sztuka w muzeach. Wszechobecny Sherlock. Kłopoty z biletami. Bezinteresowna pomoc. Niezdecydowanie. Zamyślenie. Wiecznie zdziwienie. Czekanie na autokar. Ostatnie chwile pod zbyt niebieskim niebem. Ulica żyjąca obok i jednocześnie gdzieś wewnątrz mnie. Przekonanie, że jestem u siebie.

Nie zrozumiesz. Nie zrozumiesz tego wszystkiego, nie tylko dlatego, że cię tam nie było i być może nigdy nie będzie. Ty nie zrozumiesz, bo ktoś, kto za bardzo i za mocno jest "tu", nie może nigdy wczuć się w "tam"; bo ktoś, kto się boi jednej obcej nuty, nie będzie w stanie usłyszeć całej melodii; bo ktoś, kto zadaje takie pytanie, nigdy niczego nie jest w stanie zrozumieć.

Ale co dokładnie było tam takie inne?
Wszystko.
Nie wiem.
Nic.