Stwierdziłam, że skoro to moja część wirtualnej przestrzeni, i skoro już i tak bezsensownie ćwiczę palce stukając w klawiaturę, i skoro były ze mną od tylu lat i złaziły setki kilometrów, a obtarć i pękniętych sznurówek już nie umiem zliczyć, to mogę tu stworzyć traktat o butach. A co!
Miałam chyba z 14 lat (co za prehistoria!) jak je wypatrzyłam w Dziupli. Moje, moje, moje, miłość od pierwszego wejrzenia - miłość w rozmiarze 40, o dziwo. I pomoc ciotki, i jej nieśmiertelne słowa, że "traper ma być większy, bo...". Bo góry. Bo noga pracuje. Bo podwójne skarpety. Bo stopa rośnie. (stopa już nie urosła, ale poza tym wszystko się zgadzało). I ta nazwa.Wkurzałam się, jak ktoś mówił "glan". Traper! Jak ten człowiek, co ciągle gdzieś idzie. Jak ja.
Wiele w nich przeszłam, wiele z nimi przeszłam, wiele ze mną przeszły. Raz po raz je czyściłam, by za chwilę znów taplać w błocie i nurzać w kurzu. Pojawiały się góry, wciąż kolejne i kolejne, a ja przestałam zauważać nowe szramy i otarcia. Trzymałam się twardo skał, nigdy nic mi się nie stało, często wydłubywałam maleńkie kamyczki z zagłębień w podeszwie. Czubki zdarły się permanentnie, zamalowywała je (tylko na chwilę) czarna pasta. Z zerwanych sznurówek mogłabym zapleść niezłą okrętową cumę. Latem nagrzewało je słońce, jesienią obmywał deszcz, zimą trzeszczały na śniegu, wiosną deptały świeżą trawę. Wielokrotnie zdradzałam je dla innych - lżejszych, zgrabniejszych, odpowiedniejszych na jakąś tam okazję. A potem wracałam jak mąż łajdak (czy raczej żona łajdaczka). Były ze mną na koncertach, imprezach, zwiedziły domy przyjaciół. Były do wszystkiego - do spodni, szortów, raz chyba nawet do sukienki. Biegały, tańczyły, chodziły - ja razem z nimi albo one razem ze mną. Po błocie, kałużach, piasku, betonie, śniegu, lodzie, kamieniach, deskach... Dreptały moją nową historię. Przemierzały kilometry budowlanych marketów. Weszły po raz pierwszy na surowy beton pod szczęśliwą trzynastką. Wchodziły tak jeszcze kilka razy, aż kiedyś zaskoczyły je panele i kafelki. I tak zostało.
Prawie dwa lata temu były ze mną w górach po raz ostatni i widziałam, że nie dają rady. Że ja nie daję rady. Że się razem ślizgamy, potykamy, że nie jest tak bezpiecznie. Że schodziłam im podeszwy. Że byle deszcz na szlaku nas paraliżuje. A jednocześnie dalej biegłam i dalej nic złego się nie działo.
Wielki dzień miały prawie dwa tygodnie temu, na koncercie Lao. Podeptały kilkanaście innych stóp, tym samym ratując mi życie i tratując drogę wśród tłumu. Znów okazały się niezastąpione.
Jakkolwiek bzdurnie by to nie zabrzmiało, trudno mi będzie je wyrzucić, bo nie da się tak nagle wyrzucić kawału życia i wspomnień. A może się da, tylko po prostu ja nie umiem. Może.
Zdałam sobie sprawę, że trochę się z nimi utożsamiam. Taka pełna rys, zadrapań i pęknięć. Lekko poobijana. W góry, na łąkę, do lasu, przed siebie? Zawsze do usług. Zawsze w drodze. Traper. Cześć, oto ja.