poniedziałek, 27 października 2014

pa szto?

Skaży, jak można palubić tak druhoho czaławieka? Czamu? Pa szto?
No właśnie. Takie to historie się przytrafiają, jak człowiek sięga na oślep po pierwszą lepszą książkę na pobliskiej bibliotecznej półce. Do spotkania z Karpowiczem już się długo przymierzałam, a tu taka niespodzianka, Sońka sama wpadła w ręce. Dawno mnie nic tak nie wciągnęło. Dawno tak nie płynęłam razem z melodią słów, fraz, zdań. Dawno tak nie miałam ochoty krzyczeć.
A tak poza tym to trochę nuda wieczna, jak mawiał klasyk. Gwiazdy mi świecą olbrzymie nad głową prawie co wieczór, a ja wciąż nie mogę wyjść z podziwu, że to tak można.
Czas mnie dawno dogonił i mam wrażenie, że już zdążył prześcignąć. Za to ja zdążyć z niczym nie mogę i lekka panika codzienna to stan już od dłuższej chwili permanentny. No cóż, bywa i tak.
Przychodzą do mnie mądre rzeczy i domagają się uwagi. Przyszła dziś ta Sońka, przyszedł wcześniej tekst Stachury, o którym niesłusznie zdążyłam trochę zapomnieć; przychodzi muzyka i przychodzą filmy, przychodzi niezmiennie mądrość pani Jandy Krystyny; czasem delikatnie pukają do drzwi mojego nie-tak-znów-wolnego czasu, a czasem walą pięściami i dzwonią dzwonkiem z całych sił, bylebym tylko usłyszała i otworzyła... No i otwieram, otwieram coraz częściej. A one ratują życie. Poważnie.
Z wiadomości złych - nie da się uniknąć kompromitacji, niezrozumienia, bezsilności. Wiem, sprawdziłam, nie polecam. Nie próbujcie tego w domu. W ogóle lepiej nigdzie tego nie próbujcie.
Z wiadomości dobrych - mój pies coraz częściej ze mną rozmawia, opowiada mi swój dzień albo mnie budzi. Nad ranem dostrzegam tylko z moich niebotycznych wysokości jego karcące spojrzenie z uniesionego łba i słyszę przeciągły, pełen pretensji jęk, który zapewne w jego języku oznacza coś w stylu: "no wstawaj wreszcie!".
No i wstaję. Bo przecież... jak to było? Piąty aviomarin i do przodu.

"Cześć, ściana".   

piątek, 10 października 2014

co dalej, Jack?

Co dalej? Takie dwa niewinne słowa, osobno jeszcze do strawienia, ale razem to już za cholerę. Klucha w gardle i nie można odpowiedzieć, ba - nie można sobie nawet tego pytania zadać.
Co. Małe, uporczywe co, to z Mianownika. Kto? Ja, no raczej nikt inny. Co? Nie wiem. Właśnie o to chodzi i w tym cała rzecz, że bardzo nie wiem.
Dalej. Powtarzałam sobie to słowo w życiu wiele razy. Szłam dalej, mimo bolących nóg i ciężkiego plecaka. Czytałam dalej, mimo późnej pory i zmęczonych oczu. Mówiłam dalej, mimo drżącego głosu. Pisałam dalej, mimo krytyki i dzięki krytyce. Dalej, dalej, dalej. Toczyłam się w rytmie tego słowa jak wakacyjny pociąg ruszający po przygody. A teraz czuję jak się ode mnie szybko oddala to moje dalej.
Wychodzi na to, że niekompromitowanie się prywatnie nijak się ma do niekompromitowania się zawodowo. Należy wybrać jedną opcję, więc mój podstępny mózg wybrał pierwszą. Ktoś kiedyś powiedział, że nie można mieć wszystkiego. Kto to był i czego nie miał?
Pan Haruki nie dostał Nobla. Może o wielkości pisarza decyduje właśnie to, że jakiejś nagrody nie dostaje, choć jest o włos. Włos się na głowie jeży, jak się pomyśli, komu czasem te nagrody wręczają. To niech już pan Haruki sobie siedzi w tej swojej Japonii i niech już po cichu pisze te swoje fantastyczne książki o takich smutnych ludziach, takich zupełnie jak coraz częściej ja.
A w mojej głowie (i oby też w sercu) zamieszka na dobre Jack, już niebawem - przynajmniej mam taką cichą nadzieję. Na razie jest w fazie wypakowywania rzeczy, ale za czas jakiś chyba się zadomowi i razem będziemy w drodze, a ja pewnie wiele razy walnę głową w ścianę, rzucę wszystko w cholerę by ładnie to potem pozbierać i poskładać, będę bezgłośnie wyć z bezsilności i zdam sobie sprawę z własnej nierozważnej beztroski. Ale to za chwilę, bo na razie "stanę wobec pustki i zawołam cię: Jack!".

środa, 1 października 2014

nie ma takiego miasta

Wiele razy wyjeżdżałam i wracałam, ale dopiero teraz sobie uświadomiłam, jak mi jeszcze daleko, ile jeszcze nie wiem i ile się muszę nauczyć, jak bardzo się różnię. Ale też jak mi niewiele potrzeba, żeby się zakochać.
W Londynie wszyscy chcą bardziej i to widać na każdym kroku. Bardziej żyć, bardziej czuć, bardziej wiedzieć. Taka się czułam malutka wśród tych wielkich, wysokich domów, wśród tego zgiełku miasta i tłumu przechodniów - malutka fizycznie, ale i malutka z moim sposobem myślenia, patrzenia na świat... A mimo to paradoksalnie wszystko mi tam do siebie pasuje, jak wiele różnych puzzli tej samej układanki. Nikt nie ma czasu się zatrzymać tak po prostu, ale nikt też nie ma problemu z pomocą dwóm (chwilami) średniorozgarniętym turystkom. Nowe łączy się ze starym, wiekowe mury z piaskowca niemal stykają się ze szklanymi ścianami. Jest pięknie oznaczona sygnalizacja, ale piesi i tak za nic mają kolory i przechodzą kiedy chcą (a kierowcy, ku naszemu zdumieniu, zdają się wcale nie mieć im tego za złe). Domy idą w górę, choć czasem też i w bok; okna otwierają się w każdą stronę, choć zawsze na zewnątrz; ludzie siedzą w knajpkach, choć jest poniedziałkowe popołudnie i przed nimi jeszcze cały tydzień pracy. Zdumiewające.
Chodziłam po tych obcych mi ulicach i nie wierzyłam, że tam jestem. Te wszystkie miejsca i rzeczy, które znałam z pocztówek czy ze zdjęć znajomych... O, Piccadilly... a tu Trafalgar i Buckingham... i ten pan w tej czapie... i deszcz, no przecież deszcz... tyle śmiesznych taksówek... niemalże ocierające się o siebie autobusy... czerwone budki i policja konna, wynurzający się nagle Ben... Pstrykałam zdjęcia, to teraz mam opowiadania; opowiadam, to teraz mam przypominanie. Takie londyńskie obrazki pewnie będą mi się pojawiać w głowie jeszcze przez długi, długi czas. Biegniemy ulicą na złamanie karku, nie czujemy nóg, zaśmiewamy się w samolocie do łez, pomagają nam przypadkowi ludzie, pijemy kawę, cieszymy się na Baker Street, jedziemy metrem, upychamy prezenty w torbach, próbujemy rozczytać plan...
Kilka godzin to bardzo mało lub bardzo dużo, zależy jak na to spojrzeć. Ten trochę mój Londyn jest przepiękny choć przytłaczający, troszkę deszczowy ale ciepły; nigdy się nie zatrzymuje i wciąga w swój rytm, który o dziwo łatwo złapać nawet komuś tak upośledzonemu muzycznie jak ja.
Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu pomyślałam, że znalazłam miejsce, w którym chciałabym żyć. Że w ogóle chciałabym żyć. Że mogłabym się dostosować do tempa i poczuć je w sobie, a może tylko obudzić, może ono gdzieś we mnie jest - w końcu póki idę, to jest dobrze. Mieszkałabym sobie w maleńkim mieszkanku z maleńkim balkonem i żeliwną bramką, a miasto codziennie pozwalałoby mi odkrywać kolejne paradoksy. Padałabym ze zmęczenia na twarz wieczorem, by rano zacząć wszystko od nowa. Nie mogłabym się nauczyć niczego na pamięć i właśnie to byłoby najpiękniejsze. Tak bym sobie żyła w tym przeogromnym mieście, którego przecież nie ma.
Hey London, I feel I'll be back.