środa, 28 czerwca 2017

jest ok, ale

Więc teraz jest tak, że czarna kawa zabielona mlekiem. Że czarna bluzka do jasnych spodni. Że usta najciemniejsze z ciemnych, ale oko nagie. Że noc, ale w tle majaczący świt. Zawsze się mówi "oby do wiosny", ale przecież przyszło już lato.
Wracam z psem i widzę mężczyznę, który siedzi na kamieniu i płacze. Letni wieczór, samochody, ludzie jeszcze idą po zakupy. A on płacze. U mnie lepiej, dziękuję, sama poszłam, z własnej woli, zaskakująco ciepło. A on płacze. I mój pies, ten pies z nadpobudliwością, ten pies najgroźniejszy z groźnych, staje i głupieje. A on płacze. I mój pies, ten pies broniący słabych, ten pies, co strzeże domu, uważnie patrzy. A on płacze. I mój pies, ten pies najwierniejszy, ten pies, co ratuje życie, nie wierzy własnym oczom. A on płacze. I mój pies, ten pies w ciągłym biegu, ten pies, co nie ma czasu, nie chce się ruszyć z miejsca. Płaczący ma bluzkę błękitną jak łzy na obrazkach dzieci. Zawstydzona ciągnę psa, który chyba właśnie zdał sobie sprawę z tego, że czasem nie pomaga nawet piłka i mokry nos. Zawsze mi trochę szkoda, gdy umiera najczystsza, najszczersza wiara w szczęście.

poniedziałek, 19 czerwca 2017

merlot

Ostatnio znowu karuzela z madonnami. Nie umiem już chyba na trzeźwo, nie umiem pisać, nie umiem żyć. Muszę mieć obraz rozmazany, nastrój nieprzysiadalny jak Świetlicki, usta bordowe nie od szminki bynajmniej, niepewną rękę dzierżącą długopis.
I nienawidzę wtedy siebie, bo nie umiem nic bez tego szumu, ten szum mnie prowadzi i każe biec, sunąć dłonią po papierze, gapić się bezczelnie w okno albo na współpasażerów w tramwaju, choć to dopiero trzecia po południu i nikt normalny nie szuka przecież zaczepki, tylko wraca do domu. A mnie jest dziwnie spokojnie i niespokojnie, a ja chcę wyć i burzyć im spokój dusz, chcę krzyczeć to, o czym bali się pomyśleć.
I nienawidzę wtedy siebie, bo coś mi każe pisać tę kartkę po połowie wina, tę jedną jedyną najważniejszą kartkę świata, i ja przecież wiem, że rano na to spojrzę i będzie mnie skręcać poczucie winy i wstyd, zwyczajny i ludzki. Ale nic nie poradzę, że wina było tylko (!) pół butelki, a ja mam znów usta bordowe i nie umiem się żegnać z ludźmi bez płaczu, a jak płaczę to jestem miękkim małżem, więc jednak wolę tusz zostawić na miejscu, na rzęsach.
I nienawidzę wtedy siebie, bo wszystko załatwiam z prędkością światła, zobaczcie jaka jestem świetna, świetlana, przyszłość moja się rysuje jasno i pewnie. Wierzę w to mocno, a czas wiary jest uzależniony od mocy wypitego napoju. Dziś trzynaście procent, zawsze lubiłam trzynastki.
I nienawidzę wtedy siebie, bo blisko jest łóżko i poduszka, ale łóżko to noc, a ja przecież tu jestem królową, niech chwila trwa i w okna zagląda świt, ja nie chcę znów spać sama.
Kiedyś będę się z tego śmiała, a dziś rzygam pijackim potokiem słów na wirtualny papier.