Nad białymi drzwiami były dwie cyfry, 30, więc irracjonalnie pomyślałam, że dobrze, że parzyście (co to ma do rzeczy?). Nie ja nacisnęłam na klamkę, może i dobrze, bo nie miałabym tyle siły. Nie ja weszłam pierwsza, może i dobrze, bo odwróciłabym się na pięcie. Gdzie się podział człowiek, który chodził ze mną po lesie? Gdzie ta osoba, która potrafiła przejść pół miasta w poszukiwaniu ulubionych słodyczy, a przy okazji bajerowała każdą sklepową po drodze? Gdzie ten łazik, który codzienny obchód dzielnicy uważał za swój święty obowiązek? Nie wiem. Przywitały mnie prawie czarne oczy, zupełnie takie jak moje. Uśmiech i lekkie zdziwienie.
Nie wiem, kim jest ten kruchy człowiek, człowieczek właściwie, w granatowej piżamie i za dużej bluzie. Ledwo go poznałam, jak powoli wstawał z łóżka i z trudem otwierał szufladę, choć przecież był sobą, gdy dał mi ulubioną gazetę, znów, jak zwykle, bo przecież wie, że "muszę wyczytać wszystkie litery". I gdy próbował mi wcisnąć czekoladę, "bo przecież lubię". I gdy miałam iść i zrobić mu herbatę, a potem "posłodzić i zamieszać, bo musi być zrobiona do końca". Te krótkie momenty to cały on; to normalność, którą wydarłam z tego przerażającego otoczenia, którą chcę zamknąć w jakimś pudełeczku i zachować, nie otwierać, nie wypuszczać na zewnątrz. Chcę wyciąć w nim okienko i sobie patrzeć, siedzieć i patrzeć na małego człowieczka, który denerwuje się na mnie, że nie chcę dokładki.
Zapytał, jaka dziś pogoda, a ja spojrzałam w mleczne niebo i uświadomiłam sobie, że jest mi zimno, choć w sali ogrzewanie włączone na maksa. "Zimno, wieje, coś tam kapie z nieba".
Rozbolała mnie głowa, kupiłam butelkę wina.
Nie radzę sobie z umieraniem.