niedziela, 19 lutego 2017

niebieski

Zaczęło się od tego, że zauważyłam, jak cicho i spokojnie jest na dworze, a potem zagadywałam ciszę głupotami, bo zawsze tak robię jak się stresuję. Potem były rozsuwane drzwi i sterylny korytarz, który znam na pamięć, a później śliskie schody i kolejne drzwi, tym razem nowe, białe. No i ściany, wściekłe, natarczywe ściany, całe w żółci i zieleni, jakby na złość, jakby się uparły, że trzeba żyć, że trzeba życiem rzygać, gapić się w słońce i biegać po trawie. Przerażające.
Nad białymi drzwiami były dwie cyfry, 30, więc irracjonalnie pomyślałam, że dobrze, że parzyście (co to ma do rzeczy?). Nie ja nacisnęłam na klamkę, może i dobrze, bo nie miałabym tyle siły. Nie ja weszłam pierwsza, może i dobrze, bo odwróciłabym się na pięcie. Gdzie się podział człowiek, który chodził ze mną po lesie? Gdzie ta osoba, która potrafiła przejść pół miasta w poszukiwaniu ulubionych słodyczy, a przy okazji bajerowała każdą sklepową po drodze? Gdzie ten łazik, który codzienny obchód dzielnicy uważał za swój święty obowiązek? Nie wiem. Przywitały mnie prawie czarne oczy, zupełnie takie jak moje. Uśmiech i lekkie zdziwienie.
Nie wiem, kim jest ten kruchy człowiek, człowieczek właściwie, w granatowej piżamie i za dużej bluzie. Ledwo go poznałam, jak powoli wstawał z łóżka i z trudem otwierał szufladę, choć przecież był sobą, gdy dał mi ulubioną gazetę, znów, jak zwykle, bo przecież wie, że "muszę wyczytać wszystkie litery". I gdy próbował mi wcisnąć czekoladę, "bo przecież lubię". I gdy miałam iść i zrobić mu herbatę, a potem "posłodzić i zamieszać, bo musi być zrobiona do końca". Te krótkie momenty to cały on; to normalność, którą wydarłam z tego przerażającego otoczenia, którą chcę zamknąć w jakimś pudełeczku i zachować, nie otwierać, nie wypuszczać na zewnątrz. Chcę wyciąć w nim okienko i sobie patrzeć, siedzieć i patrzeć na małego człowieczka, który denerwuje się na mnie, że nie chcę dokładki. 
Zapytał, jaka dziś pogoda, a ja spojrzałam w mleczne niebo i uświadomiłam sobie, że jest mi zimno, choć w sali ogrzewanie włączone na maksa. "Zimno, wieje, coś tam kapie z nieba".

Rozbolała mnie głowa, kupiłam butelkę wina.
Nie radzę sobie z umieraniem.

środa, 8 lutego 2017

forget the silence

Milczę.
Za dużo myślę, kiedyś eksploduje mi od tego głowa, to pewne. Jak można się tak wszystkim przejmować? Bezdomny pies, sieroty z Aleppo, kolejne marsze, protesty, gwałty, choroby, wypadki, zamachy. Krew na ulicach, jak to śpiewa Maria boska. Uczestniczę w tym wszystkim pośrednio i bezpośrednio, to dzieje się daleko albo całkiem blisko. Nie mam na to wpływu i to denerwuje mnie najbardziej. Nie umiem o tym opowiedzieć, nie mam siły tego zapisać. Zapisane istnieje jeszcze bardziej.
Milczę.
Tyle słów mi przecieka przez palce, siadam do pustych kartek i zniechęcona zamykam zeszyty. Słyszę zachęty i czuję czyjąś wiarę, bo nie własną przecież. Jak ja mam to wszystko opisać? Jak mam zamknąć chore twory głowy na iluś tam stronach? Chciałabym móc spojrzeć na świat nie moimi oczami, chciałabym spojrzeć na siebie z zewnątrz. Trochę się boję, że mogłabym się przestraszyć. Skąd się bierze to dziwne, niezrozumiałe dla mnie przekonanie, że ja mogę tworzyć? Przecież bardziej nie wiem niż wiem, składam się głównie ze znaków zapytania. Próbuję to zmieniać, próbuję wychodzić z siebie. Z daleka od własnego ciała jest mi zimno.
Milczę.
Jestem okrutna i samolubna, zapominam albo celowo wyrzucam z pamięci. Organizuję sobie czas i zagłuszam. Wmawiam sobie, że coś muszę - zrobić nową tablicę, uporządkować ciuchy, przejrzeć papiery. Uczę się myśleć o sobie i wymagać też od innych. Nikt nie uprzedzał, że to takie trudne.
Milczę. Moje milczenie jest niepisaniem, bo pisanie to krzyk.
Na razie biorę głęboki wdech.