piątek, 28 października 2016

finite incantatem

Hemingway mówił, że trzeba pisać prosto i szczerze o tym, co najmocniej boli. Ale ja już tak mam, że jestem stworzeniem przekornym i gdy mnie tak kłuje i gniecie i gdy się wbijają noże w brzuch najmocniej, to słowa nijak się nie kleją, są zbyt rozlazłe i leniwe, sypkie, niezebrane. Wtedy są te noce niemocy, gapienie się w ścianę, niemożność ruszenia ręką, obcość papieru i długopisu, zimno ekranu i klawiaturowych liter. Nie umiem. Denerwuję się, bo nie umiem, i nie umiem, bo się denerwuję. Kończy się zazwyczaj na tym, że sama sobie wmawiam, jak to jest świetnie i wspaniale, i że piąty aviomarin i do przodu. Jakoś leci.
A teraz coś mi zrobiło woltę w środku, coś się zbuntowało i krzyknęło, że już koniec tego (nie)dobrego, nie będzie lecieć samo. Ja będę lecieć. Gnać przed siebie i znów padać na ryj, i znów czuć, że mogę wszystko. I przeklinać siebie i kochać siebie za to wszystko, co sama sobie robię.
Dziś idę przez miasto i zauważam głównie rzeczy piękne. Są przecież czarne, gadające koty. Jest słońce w jesieni i spadające liście. Jest lodowaty wiatr całujący po karku. Jest lot gołębi i szum mewich skrzydeł. Jest śmiech do bólu brzucha. Jest morze muzyki. Jest taka pani, która co piątek w tym samym miejscu i o tej samej porze w jakimś zaułku w głównym dokarmia bezdomne koty, choć sama ledwo chodzi i przygniata ją do ziemi ciężar starości. I tak sobie absurdalnie myślę, że dopóki ona będzie, to ja nie zginę, bo trzeba przecież w coś wierzyć.
I myślę jeszcze, że są dobre anioły, drogi muszą się krzyżować, a ta moja sprawczość nie należy tylko do mnie - może to i lepiej?
Na razie jeszcze nie dopuszczam do siebie tej świadomości, ale już gdzieś tam w środku czai mi się ta złośliwa, dobrze znana myśl, że za parę miesięcy znów będę wyć, i to chyba podwójnie. Nie oswajam jej, nie karmię, ale ona prędzej czy później wyjdzie z kryjówki i wypełni mi głowę. Cóż. Do tego czasu zamierzam bawić się świetnie. Jeśli będę w tym zbyt dobra, może się okazać, że potrafię nawet zapominać o myślach mierzących jakiś metr pięćdziesiąt.

niedziela, 16 października 2016

hot tin roof

Za dużo się dzieje i śmiga mi wszystko przed oczami.
Strajk, pierwszy w życiu strajk. Czarno. Deszcz i parasole. Nie sądziłam, że będę musiała kiedyś walczyć o PRAWA CZŁOWIEKA. O moje prawa. Jak tak dalej pójdzie, to emigruję pod jakiś piękny paryski most, choć jednak wolałabym mieć gdzie wracać.
A wcześniej cudny Londyn. Nie myślałam, że jest na świecie miejsce (poza Krakowem), gdzie będę czuła się tak bardzo u siebie. Znowu schodami w górę, schodami w dół, bilet wciąż jeszcze gdzieś schowany w portfelu, dwa odloty i dwa lądowania, za dużo słodyczy, za dużo śmiechu, za dużo zmęczenia. W takich miejscach nigdy niczego nie jest za dużo.
Zajęcia i praca, praca i zajęcia. Kieracik jednym słowem - tak chciałam, żeby się zaczął, i tak bardzo nie rozumiem siebie sprzed kilku tygodni, bo jakże można tego chcieć (kolejny dowód na to, że nuda wyprała mi mózg). Siedzę i się zastanawiam, czy już płakać, czy jeszcze chwilę poczekać i posklejać kilka słów w pozornie poważne zdanie. A to i tak nie jest najgorsze.
Za mało, za mało, wciąż ZA MAŁO czasu na wszystko. Za dużo wina.
Odliczam czas księżycami za oknem. Dziś śmieje się do mnie mój kumpel w pełni.