Kim ja ostatnio jestem? Banał, wiem. Więc jestem banalna, to już zawsze coś.
Jestem dziewuchą na ustawce. Jestem walką o równe prawa, o wolność ogólną i wolność bardzo prywatną. Uczę się krzyczeć, uczę się brać odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale i za tych, których głosu nikt nie usłyszy. Uczę się też nie brać odpowiedzialności za zło tego świata. Uczę się mniej czuć i czuć coraz więcej.
Jestem czwartym piwem wypitym zbyt szybko w małym pubie. Mącę w głowie, wzburzam myśli, robię pianę, którą trudno wypić, zostawiam osad na dnie. Przed użyciem nie wstrząsać.
Jestem tym małym miastem, jeszcze nie miasteczkiem, które poznaję i którego poznać nie umiem, które o drugiej w nocy zamienia się w potwora, które chyba nie śpi, najwyżej podsypia i rzyga gdzieś w krzakach. Tylko mi się wydaje, że je lubię; tak naprawdę za każdym razem stoję na peronie z karuzelą w głowie i zastanawiam się, czemu to się znowu dzieje.
Jestem wszystkimi chorymi akcjami tego świata. Jestem niezrozumieniem i nieodczytywaniem znaków, albo odczytywaniem tego, co nie istnieje. Faux pas, c'est moi.
Jestem chęcią tworzenia. Jestem pisaniem, piórem nad białą kartką. Umiem zadać papierowi ból. Mam nadzieję, że nie zadaję go zbyt często innym.
Jestem pieprzonym lewackim ścierwem. Kupuję Newsweeka, kuskus z hummusem i wodę witaminową. Ciągle czytam. Ciągle się uczę. Wiem, że tylu rzeczy nie wiem. Idę na wojnę z rzeczywistością i zapominam, że nie mam karabinu. Jestem dumna z bycia pieprzonym lewackim ścierwem.
Jestem bardzo kiepską przyjaciółką. Odzywam się gdy wali mi się życie albo gdy wali mi się dzień. Mówię o sobie i nie umiem pomagać innym. Chcę być w centrum zainteresowania, a gdy to się dzieje, stroszę kolce i mówię, że u mnie po staremu. Tak naprawdę to nie wiem, co to znaczy "po staremu", jestem na to zbyt młoda.
Jestem feministyczną książką, od której nie można się oderwać. Trafia się na mnie przypadkiem i przypadkiem się zachwyca. Nie umiem zmieniać życia, umiem za to całkiem nieźle zmieniać myśli. Potem można mnie w razie czego odłożyć na półkę.
Znam tylko jeden dobry sposób na takie huragany w głowie; weź kartkę i zapisuj.
Jedź nad morze wcześnie rano, idź brzegiem przed siebie, pozwól falom lizać buty.
Zapomnij, zapomnij, zapomnij.
Wróć.
Powtarzaj do znudzenia, choć myślę, że nie znudzi ci się nigdy.
sobota, 30 kwietnia 2016
poniedziałek, 11 kwietnia 2016
głowa mi płonie
Nauczyłam się mówić jak byłam bardzo, bardzo mała - tak mała, że tego nie pamiętam. Podobno składałam od razu całe zdania i wszyscy się dziwili, jak to możliwe. Po jakimś czasie zorientowałam się też, że istnieje kłamstwo. I przemilczenie. Że słowa nie oddają wszystkiego, że zawsze zawodzą, choć usilnie próbowałam przyszpilić je do kartki czernią atramentu.
Wczoraj powiedziałam ci tylko, że pies chyba złapał kleszcza.
A tak naprawdę to chciałam ci powiedzieć, że się bardzo przestraszyłam, jak wspomniałaś o tych badaniach i o guzie, i jak słyszałam tę dobrze znaną bezradność. I jak mówiłaś, że rezygnujesz z Wiednia. I jak wymieniałaś te wszystkie ważne i poważne rzeczy. I że widzę i słyszę, jak próbujesz zagadywać rzeczywistość, żeby tylko nie myśleć. I że tak bardzo nienawidzę tej twojej słabości, której mnie oduczyłaś tak dawno temu, gdy uparcie powtarzałaś, że biedronki nie płaczą. I że jednocześnie tak bardzo ci tej słabości zazdroszczę, bo ja z nią ciągle walczę, a ty potrafisz odpuścić, i mimo że cię wtedy nie cierpię, to też bym tak chciała. I że nie chcę być poważna i myśleć o tym wszystkim, bo ja przecież muszę znów biegać po mieście z aparatem i upijać się tanim winem, a nie zapamiętywać loginy do kont. I że masz się wziąć w garść, bo ja nie umiem podlewać kwiatów.
Nie powiedziałam ci tego wszystkiego, bo nie umiałam. Nadal nie umiem. Umiem tylko mówić o psie.
Nic nie czuję... Marta, ja nic nie czuję.
Ciarki, paraliż. Odrywam wzrok od książki. Obok ciebie leży pies, trzymasz rękę na jego plecach.
Aha, więc ty o tym kleszczu.
Dlaczego o najważniejszych rzeczach potrafię tylko pisać?
Wczoraj powiedziałam ci tylko, że pies chyba złapał kleszcza.
A tak naprawdę to chciałam ci powiedzieć, że się bardzo przestraszyłam, jak wspomniałaś o tych badaniach i o guzie, i jak słyszałam tę dobrze znaną bezradność. I jak mówiłaś, że rezygnujesz z Wiednia. I jak wymieniałaś te wszystkie ważne i poważne rzeczy. I że widzę i słyszę, jak próbujesz zagadywać rzeczywistość, żeby tylko nie myśleć. I że tak bardzo nienawidzę tej twojej słabości, której mnie oduczyłaś tak dawno temu, gdy uparcie powtarzałaś, że biedronki nie płaczą. I że jednocześnie tak bardzo ci tej słabości zazdroszczę, bo ja z nią ciągle walczę, a ty potrafisz odpuścić, i mimo że cię wtedy nie cierpię, to też bym tak chciała. I że nie chcę być poważna i myśleć o tym wszystkim, bo ja przecież muszę znów biegać po mieście z aparatem i upijać się tanim winem, a nie zapamiętywać loginy do kont. I że masz się wziąć w garść, bo ja nie umiem podlewać kwiatów.
Nie powiedziałam ci tego wszystkiego, bo nie umiałam. Nadal nie umiem. Umiem tylko mówić o psie.
Nic nie czuję... Marta, ja nic nie czuję.
Ciarki, paraliż. Odrywam wzrok od książki. Obok ciebie leży pies, trzymasz rękę na jego plecach.
Aha, więc ty o tym kleszczu.
Dlaczego o najważniejszych rzeczach potrafię tylko pisać?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)