Jak sto lat temu zaczynałam się uczyć angielskiego, to po jakimś czasie trafiłam na dział, który jedna z moich lepszych nauczycielek nazwała "pobożne życzenia". Trzaskało się ten drugi conditional z poczuciem, że trochę to śmieszne, a trochę absurdalne, ale co zrobić - taka lekcja, takie zadanie, takie życie.
No i mnie dopadło po latach, bo przecież dlaczego pobożne życzenia miałyby istnieć tylko w drętwych językowych podręcznikach? A jeśli ktoś ma w głowie całą taką listę, cały spis w drugim warunkowym? A jeśli ta lista z roku na rok jest coraz dłuższa, to co wtedy?
Chciałabym umieć w końcu się przyznać, że tęsknię.
Chciałabym nie czuć tego czarnego i gryzącego w
środku.
Chciałabym być wspaniała i odważna bez dwóch
kieliszków wina.
Chciałabym komuś opowiedzieć, jak bardzo się boję tłumu
w autobusie i jak bardzo muszę się skupić na liczeniu wdechów, bo inaczej mam
poczucie, że się uduszę.
Chciałabym być zawsze fajna i pomocna, a nie tylko
wtedy, kiedy się mocno postaram.
Chciałabym mieć miliony na koncie, żeby co miesiąc
przesyłać sporą sumę na zwierzaki ze schroniska i na starszych samotnych ludzi,
bo w pewien sposób utożsamiam się i z jednymi, i z drugimi.
Chciałabym budzić się bez przekonania, że to nie
ma sensu.
Chciałabym budzić się bez nerwowego sprawdzania,
co mnie boli i dlaczego znów brzuch.
Chciałabym słuchać mniej smutnych piosenek, bo
przecież w sumie lubię wesołego rocka.
Chciałabym więcej tańczyć, bo przecież w sumie
lubię tańczyć.
Chciałabym malować usta na czerwono nie tylko do
zdjęć na instagram.
Chciałabym nie dolewać po kryjomu wódki do coli.
Chciałabym wiedzieć, jak to jest, że codziennie z
domu wychodzi tyle osób i sobie tak żyje, idzie do pracy, robi zakupy, jedzie
tramwajem i gra na telefonie.
Chciałabym, żeby ktoś mnie przykrył na zimę takim
ciepłym polarowym kocem we wzory i pozwolił nie wstawać z łóżka do kwietnia.
Chciałabym żeby nikt nigdy nie zapytał mnie, co
zamierzam, bo w zasadzie to nie zamierzam nic.
Chciałabym nie przeliczać nerwowo pieniędzy w
portfelu, rozmyślając o tym, czego znów nie uda mi się kupić.
Chciałabym, żeby ktoś zlikwidował godziny poranne.
Chciałabym nie musieć wychodzić z domu.
Chciałabym nie spotykać na ulicy przypadkowych
znajomych z przeszłości, z którymi nie wiadomo, o czym gadać, bo przecież nie o
pracy czy związkach.
Chciałabym mieć plan na przyszłość, taki nawet najmniejszy,
a nie pustkę w głowie.
Chciałabym przestać się jeżyć, gdy ktoś zapyta, co
tam u mnie.
Chciałabym nie zazdrościć.
Chciałabym w końcu napisać jako pierwsza.
Chciałabym mieć poczucie, że jest więcej osób,
które się boją krzykliwych ludzi, niejasnych sytuacji i przechodzenia przez
sklepowe bramki, mimo że przecież niczego się nie ukradło.
Chciałabym patrzeć na zachód słońca albo śmieszny
napis bez przekonania, że absolutnie muszę je natychmiast sfotografować, bo
inaczej się nie liczy.
Chciałabym być dobra dla innych.
Chciałabym być dobra dla siebie.
Chciałabym częściej mówić „nie wiem” bez poczucia,
że jestem najgłupsza na świecie.
Chciałabym umieć bez skrępowania przyznać, że nie
czytałam jakiejś książki albo nie oglądałam jakiegoś filmu.
Chciałabym rozmawiać najszczerzej bez alkoholu.
Chciałabym mieć siłę.
Chciałabym nie marnować czasu.
Chciałabym więcej piec i gotować.
Chciałabym żeby ktoś mi prosto i ciekawie opowiadał
o fizyce i chemii.
Chciałabym malować paznokcie bez poczucia
zażenowania, że robię coś tak ordynarnego zamiast czytać Susan Sontag.
Chciałabym się tyle nie martwić.
Chciałabym pytać ludzi, o czym myślą, gdy nie mogą
spać i kiedy ostatni raz płakali.
Chciałabym być prostsza.
Chciałabym, żeby złożoność nie była tak
przerażająca.