poniedziałek, 16 października 2017

#jateż

Zobaczyłam te posty rano i w pierwszym odruchu pomyślałam, że mnie to nie dotyczy. Bo przecież nic takiego się nigdy nie stało, bo przecież to norma, bo przecież nie ma co wyolbrzymiać, bo przecież inne laski miały gorzej. Ale potem, gdy zaczęłam sobie przypominać te wszystkie sytuacje, w których robiło mi się niedobrze i chciało mi się wyć, to nie mogłam zatrzymać tych kolorowych, wciąż żywych obrazków w głowie. Karuzela z madonnami, czas start.
Główna ulica starówki, wcześnie rano, zima. Idę do szkoły, mam puchową kurtkę i ciężkie buciory. Przechodzący z naprzeciwka mnie koleś "przypadkowo" ociera się o mnie ramieniem i w biegu rzuca mi prosto do ucha, że wyglądam pociągająco. Ja, piętnastolatka ze szkolnym plecakiem.
Impreza urodzinowa koleżanki, klub, środek nocy. Przykleja się do mnie facet, któremu taniec najwyraźniej myli się z grą wstępną. Ratuje mnie tłum ludzi, moja umiejętność znikania i znalezienie sobie innego kąta sali - bo przecież nie stanowcze odmowy.
Centrum miasta, wielkie skrzyżowanie, środek dnia. Idę mostem, tuż przy barierce, nikomu nie zawadzam. Mijający mnie rowerzysta decyduje się klepnąć mnie w tyłek. Tak po prostu.
Autobus, jeszcze przed północą, wracam z imprezy. Siadam przy oknie, w uszach mam słuchawki, a w ręku butelkę coli. Mniej więcej w połowie drogi dosiada się do mnie koleś, akurat do mnie, choć pół autobusu puste. Wciska mnie w szybę, wygłasza tyrady o tym, że wszystkie laski to kurwy i ja na pewno też (nie zagłusza go nawet moje ratujące życie Placebo), na koniec wyrywa mi z ręki colę i wysiada na następnym przystanku.
Znów autobus, tym razem środek dnia, jadę z jednej pracy do drugiej. Zaraz mój przystanek, choć jeszcze stoimy na światłach. Jest sporo ludzi, ale bez przesady, a stojący naprzeciwko mnie facet jest zdecydowanie za blisko - jestem tego pewna zwłaszcza wtedy, gdy zaczyna mi sapać do ucha. Zaczynam oddychać dopiero wtedy, gdy stoję już na przystanku.
Kino, popołudnie, jestem z rodziną, obok mnie wolne miejsce. W ostatniej chwili dosiada się mężczyzna, ja mam jedną nogę założoną na drugą. Gdy w połowie seansu chcę zmienić pozycję, moje udo natrafia na jego rękę. Kilka sekund później nic się nie zmienia, więc mój naprędce wygrzebany z kieszeni klucz "przypadkowo" trafia na jego nadgarstek. Facet wstaje z miejsca i wychodzi długo przed końcem filmu, ja na wolnym miejscu obok mnie nie chcę położyć nawet torby.

To tylko kilka scenek rodzajowych z życia. Mogę mnożyć te przypadki, te wszystkie zaczepki budowniczych, pseudokomplementy starszych i młodszych mężczyzn, gwizdy, naruszanie przestrzeni, zastraszanie. Znam na pamięć listę miejsc, których muszę unikać nie tylko po zmroku, umiem wtapiać się w tłum, w ścianę, w podłogę, w cokolwiek. Dawno temu nauczyłam się robić kastet z kluczy, potrafię zdeptać glanem za miejsce blisko kierowcy w nocnym autobusie i wejść na każde piętro, jeśli mam w perspektywie jazdę windą z dziwnym nieznajomym kolesiem. Mniej bałam się wracać sama na piechotę przez nocne miasto niż zostać w klubie pełnym spoconych, natarczywych facetów. Umiem stać w autobusie czy tramwaju przez całą drogę z jednego krańca miasta na drugi tylko dlatego, że manspreading ma się świetnie, a mnie nie bardzo uśmiecha się ocieranie o czyjeś uda. Przeczytałam setki książek w komunikacji miejskiej nie tylko z chęci zabicia wolnego czasu, ale głównie po to, by móc zniknąć i nie patrzeć. Tak, w tym jestem mistrzynią. Znikam i nie patrzę.

Nie chcę nawet myśleć o tych wszystkich kobietach, które są bite, poniżane, które ktoś zgwałcił. Nie wyobrażam sobie tego, co one czują, jeśli mnie znów jest niedobrze WYŁĄCZNIE na wspomnienie wszystkich tych opisanych sytuacji. Nie wyobrażam sobie skali ich traumy. Nie wyobrażam sobie, w jaki sposób żyją. Nie wyobrażam sobie, co muszą widzieć, gdy zamkną oczy.

Dopiero uczę się mówić - podobno lepiej późno niż wcale. Wiem chociaż tyle, że ta słuszna akcja niestety jest też dla mnie. O mnie.
Bo przecież  #jateż.