Nie wiedziałam, że rok mija tak szybko i tak wolno. Z tamtego przedostatniego dnia maja pamiętam przede wszystkim zmęczenie, bo sobotnie wstawanie o szóstej rano po całym tygodniu pracy to nie byle co. A przecież trzeba było ogarnąć trasę, pochodzić z ulotkami, nastawić się psychicznie... I jeszcze strach pamiętam, taki strach realny, jak już się zaczęło robić gorąco, a biedni chłopcy w meleksach krzyczeli coś przez megafony. I siłę pamiętam, jak nagle Targ zapełnił się ludźmi - kolorowymi ptakami, wolnymi duszami, pozytywnymi wariatami - a ja miałam poczucie, że to się DZIEJE, że to już nie jest planowanie, że to nie jest wizja w głowie, jakiś nikły zarys na kartce papieru; to się wydarza tu i teraz, i ci wszyscy ludzie przyszli żeby się cieszyć, świętować, tańczyć i krzyczeć, żeby się całować i przytulać, i trzymać za ręce, chodzić w konfetti i z balonami, machać tęczowymi chorągiewkami, pozdrawiać zaskoczonych obserwatorów... Widziałam, jakie to ma dla nich znaczenie, jak wielkie i jak ważne to święto, jak olbrzymią mamy moc, gdy tak idziemy wszyscy razem. I choć byłam trochę osobno, choć byłam "w pracy", to czułam to wszystko razem z nimi, czułam te bębny samby i nieopisaną radość, siłę i odporność na każdy hejt.
A teraz po roku to samo, a jednak inaczej. Znów siła, pasja, dużo muzyki, dużo śmiechu i luzu. Ja już "prywatnie", więc bez takiej odpowiedzialności; podziwiałam efekty ich pracy i doskonale wiedziałam, ile ich to musiało kosztować i jak wielką nagrodą jest sam przemarsz, jak się już widzi morze tęczy i znów ma się poczucie, że wyszło, że daliśmy radę, że jest pięknie.
Tylko mnie jakoś od wczoraj męczą pytania, czy naprawdę wyszło, czy naprawdę daliśmy radę, czy naprawdę było pięknie? Na ten dzień zaplanowano 14 (!!!) kontrmanifestacji; co prawda odbyły się chyba tylko dwie, ale sama planowana liczba poraża. Nie mogliśmy iść dalej, bo było zbyt niebezpiecznie; trasa została skrócona i poprowadzona tyłem, górą, gdzieś jakby obok; w pewnym momencie słyszałam coś podobnego do wystrzału, a potem Ania mi powiedziała, że rzucali petardami. Nie widziałam. Zasłaniały mi całe sznury policji.
I nie mam już siły. Nie mam siły znów słuchać, że to jest nienormalne, że to jakaś choroba, że to się leczy, że to obrzydliwe, że do gazu. Nie zgadzam się na to, żebyśmy znów MY musieli iść na kompromis, skracać trasę, wybierać inną, rozglądać się nerwowo na boki, pół żartem pół serio rzucać, że "w razie czego umiem szybko biegać" (nie, w razie czego nie umiem). Jestem wściekła, gdy po marszu wszyscy chyłkiem zwijają flagi i odczepiają przypinki, a ja sama swoją chorągiewkę chowam na dno torby, bo przecież nie pójdę tak do miasta. Skręca mnie, gdy spora grupa policjantów musi stać na straży przy wyjściu, bo dwie wspaniałe drag queens nie przeszłyby obok kilku bezmózgich patusów. Chce mi się krzyczeć, gdy pomyślę, że to się nie skończy nigdy, że zawsze się znajdzie jakaś Andżela z małżonkiem Sebkiem, którzy "generalnie spoko, ale jebać kurwa pedałów", i zawsze się znajdzie jakaś ciocia Helena z wujkiem Stefanem, którzy "o ho ho, ale co to się wyrabia, za naszych czasów to tego nie było, panie kochany, leczyć to trzeba i po księdza wołać koniecznie", i zawsze się znajdzie przemiła matka Polka, która swojego synusia wychowa na porządnego patriotę, "Polska dla Polaków, żydzi do gazu, zakaz pedałowania, gdzie jest kurwa mój obiad, Karyna?!".
Patrzę na to wszystko wokół. Na te szare bloki, na szary bruk, na szarych ludzi. Czy miłość jest dla nich tylko i wyłącznie abstrakcją? Skąd się bierze znieczulica, nienawiść, agresja? Tak, wiem, że czasu są ciężkie, i pewnie trudno wymagać od przeciętnego Kowalskiego, żeby się ekscytował Marszem Równości, skoro ma na głowie kredyt do spłacenia, kiepskie mieszkanie, martwi się o swoją pracę, a pewnie jeszcze dziecko w drodze i ceny w sklepie znów za wysokie. Ja to wszystko wiem, bo mnie samą przeraża przyszłość i naprawdę nie mam pojęcia, co będzie dalej. Ale istnieje jedna banalna w swej prostocie zasada: nie pomagasz? To chociaż nie przeszkadzaj.
Kiedyś znalazłam na murze napis, który dał mi wiele do myślenia - tak, napis na murze właśnie, a nie żadna poważna książka czy inny artykuł. Wielkimi czarnymi literami ktoś wymalował: "no matter how many times you'll paint all over me, I will still be here".
Możecie krzyczeć. Możecie się wściekać. Możecie strzelać w nas petardami i obrzucać jajkami. Możecie zastraszać. Możecie robić wszystko, co wam się podoba, a my i tak tu będziemy. I nie zamierzamy przepraszać.