wtorek, 14 lipca 2015

the sickness of long thinking

Tak gdzieś od połowy października byłam w drodze, a teraz koniec i to bardzo dziwne uczucie. Panikowałam, chciałam rzucać wszystko i uciekać, wrzeszczałam że nie dam rady, że nie ma szans, że za dużo rzeczy, za mało czasu... Wypiłam (jak na mnie) morze kawy, wypaliłam wiele papierosów, najadłam się nerwów... I już. Skończone. Skończone dobrze, bardzo dobrze. Zupełnie nie tak, jak Dean Moriarty (zapomniałam, że to się tak pięknie i tak smutno kończy!). W końcu jak to szło? Stanęłam wobec pustki i zawołałam cię, Jack!
A teraz wolność i trochę nie wiem, co z nią zrobić, jak wykorzystać, żeby nie żałować. I tak zawsze żałuję. Taka już moja natura. Na razie popijam piwo zieloną herbatą, za dużo śpię i liczę na to, że zgiełk myśli jakoś przeminie.
Jak dziś mi się przypomniał Muir, to się prawie popłakałam. Tęsknię za "moimi" górami. Za otarciami, pęcherzami, zadrapaniami, zmęczeniem, padaniem na twarz, bólem, myleniem szlaków, błotem, burzami, czasem strachem... Za bezgranicznym szczęściem. Umysł mi już tam pofrunął, ale realne szanse mojego powrotu raczej kiepskie. Być może jak się człowiek bardzo postara, to swoją wolność znajdzie wszędzie. Pewnie tak jest. Ale jeśli moją wolność od prawie czternastu lat znajduję tylko gdzieś wysoko, to chyba nie warto na siłę sobie wmawiać, że bez gór da się żyć.
Nie da się. Ja nie umiem. Przecież "going to the mountains is going home".