niedziela, 7 czerwca 2015

wino marki wino

Rozpisuję sobie od dłuższego czasu Amerykę na słowa. Ależ to śmieszne uczucie. Śmieszno-tragiczne raczej, biorąc pod uwagę mój poziom. Zwracam uwagę na zdania, wyrazy, sylaby, czasem głoski; na brzmienie, rytm, kolejność, znaczenie... Wszystko się liczy, wszystko jest ważne, wszystko ma wpływ... trochę na moje dalsze życie. Nie wiedziałam, że aż tak mocno chwycę się Kerouaca i będę chciała frunąć z jego słowami - a jednak.
Butelka wina na głowę to w ogóle nie jest dużo. Butelkę wina na głowę powinni czasem rozdawać jako słaby antydepresant. Niektórym i to by nie wystarczyło.
Świętowałam urodziny dziadka (winem) i się zastanawiałam, ile jeszcze. A on wydawał się szczęśliwy. I ja byłam, a wtedy są słodycze. Jeśli kojarzę mu się ze słodyczami, a on słodycze kocha najbardziej na świecie, to chyba dobrze?
Kiedyś mi pokazywał żaby. I skróty, którymi się szło na plażę trzy godziny zamiast półtorej. Przełaziliśmy przez płot (jak on to zrobił?). Mówił, żeby się nie bać żuków. Wierzyłam mu najbardziej na świecie, gdy mówił, że nie ma pojęcia, gdzie jedziemy. Kazał pakować plecak i ruszaliśmy w las. Uczył mnie jeździć na rowerze (tłukłam kolana i krzyczałam, że nigdy więcej) i zmywać naczynia (tłukłam szklanki i zadziwiała mnie ostrość szkła). Piekł najlepsze na świecie ciasta, pił czarną kawę i palił mocne papierosy. Robił wszystko to, czego nie był w stanie robić mój ojciec.
Magda Umer śpiewa "Kołysankę dla babci", która mnie nieustannie rozkłada na łopatki, ale w sztuce nikt nie pamięta o dziadkach. A wielu dziadkom można by postawić pomniki, których oni pewnie nawet by nie chcieli.
Bo mogli być chujowymi ojcami. Ale tego przecież nie widziały ich wnuki.