środa, 20 maja 2015

paw

Zebrałam dupę i zasiadłam do pracy, i dopiero sobie uświadomiłam, jak bardzo się nie wyrabiam. Ależ cudownie. Może lepiej być nieuświadomionym, wtedy przynajmniej jest fun. A tak to nie.
Obserwuję zwierzęta wokół mnie, a moja do nich miłość rośnie wprost proporcjonalnie do nienawiści do niektórych ludzi. Jeszcze trochę i mi się ta zwierzęca miłość wyleje z serca, zaleje szary świat czerwoną farbą. O! To by było. Ale może lepiej nie czerwoną, ten kolor ma nieciekawe konotacje, czerwono już przecież było i nie działo się wtedy najlepiej. Proszę pani, a jaki kolor ma pani wolność?
Słucham codziennego hejtu. Uprawiam codzienny hejt. Codzienny hejt się stał naszym sportem narodowym, nas, Polaków z Polszy. Ktoś kiedyś zrobił eksperyment, żeby przez tydzień nie mówić i nie myśleć nic złego o nikim i niczym. Ale NIC, totalnie nic. Spróbowałam. Dobrze mi szło, wytrzymałam pół dnia, a potem mnie wkurwiła sąsiadka hejtująca na innych mieszkańców osiedla. No to pomyślałam, pomyślałam źle, pomyślałam haniebnie, i eksperyment szlag trafił. No i tak.
Doszłam do etapu, gdzie żyje się dla paru momentów w ciągu miesiąca. Spotkania. Słuchanie. Inspiracje. Szarość pomiędzy, a potem znów kolory. Maluję usta na ciemno. Hej, hej, zauważ mnie.