poniedziałek, 8 grudnia 2014

rok

Wtedy była wichura i śniegu po kolana, a teraz przynoszę na butach piasek. Nie wiem, czy był księżyc; dziś mi świeci nad głową. Tyle się zmieniło i tyle pozostało takie same. Cieszyłam się z pierwszego tygodnia i załamywałam ręce nad ilością rzeczy. Najszybciej zaaklimatyzował się wyratowany od dziadków Albert. Najpierw były naleśniki i szampan, nigdy nie jadłam lepszej kolacji. Narzekałam na dojazdy i odmrażałam palce na przystankach. Zaczęły kwitnąć kwiaty skazane na śmierć. Uczyłam się czasu na nowo. Zapominałam i starałam się zapamiętać. Pojawiali się i znikali ludzie, zostawały po nich słowa i migawki chwil w głowie. Było dużo śmiechu i sporo wina. Trochę wyjazdów i powrotów. Góry książek i godziny filmów. Wiele rozmów przy stole. Choroby i wyzdrowienia. Kilka kryzysów. Cisza przed burzą i głośna muzyka. Zapracowana wiosna i leniwe lato. Rozgościł się na dobre i złe Miki. Nad polami fruwały stada wróbli. Na zimę został jeden bocian i jedna czapla. Były sukcesy i porażki. Świętowałam wszystko, co tylko możliwe. Bywały też dni bez sensu. Chandry. Wypiłam hektolitry malinowych herbat. Spadały gwiazdy. Czasem w skupieniu, a czasem beztrosko oswajałam nową rzeczywistość. Uczyłam się. Uczę się.

Hej, roku prostych pytań, rok minął. Jak szybko.