wtorek, 11 listopada 2014

pif paf giń

Kup chłopcu broń, niech ci ją przystawi do skroni, żeby zobaczyć, jak to jest, a ty śmiej się z wycelowanej w siebie lufy i patrz, jak beztrosko pociąga za spust ("pif paf, mama, nie żyjesz!"). To tak z autobusowych obserwacji, z niezrozumienia i niezgody.
Mignęła mi jakaś reklama kolejnej ambitnej gazety dla "kobiet wyznających tradycyjne wartości" czy coś w ten deseń i aż uwierzyć nie mogłam, że naprawdę drzewa muszą umierać za miliony (no sorry, że tak z Mickiewicza jak z grubej narodowej rury, ale tradycja zobowiązuje). Jak głosi reklama, w środku same rewelacje, z artykułem o jakiejś świętej i przepisami na wspaniały sernik włącznie. Kilkudziesięciostronicowe cudo do nabycia w najlepszych kioskach. Ciekawe tylko, czy te "tradycyjne wartości" to szeroko rozumiany bóg pod rękę z honorem i ojczyzną, czy może coś innego - na przykład ideał "baba-to-do-garów" zmiksowany na papkę z kalendarzykiem małżeńskim i niedzielną mszą. Smacznego. Trochę nie wiem, czy się śmiać, czy płakać, ale chyba zawsze lepiej się jednak śmiać.
Znów mnie jutro zaatakują płótna w kolorze śniegu i krwi, o jakże mi tego brakowało, o jakże się cieszę, że to raz na rok. Piękna, wolna, niepodległa, hej (nie, wbrew pozorom to nie o mnie). Więc jutro sielanka i kotyliony, a pojutrze znów się zeżremy w tej naszej nienawiści i małości. Zawsze sobie wtedy słucham Marii (takiej albo takiej), wbrew wszystkiemu i ponad wszystkim. Nic nie poradzę, że tak właśnie myślę, a ona to wyśpiewuje.
Ależ sobie nawrzucałam na Polskę, pójdę do piekła jak nic. Gdybym tylko była kobietą wyznającą tradycyjne wartości, to pewnie bym się bardzo przestraszyła.