Syreny dziś zawyły jak co roku, a mnie co roku niezmiennie zadziwia bezmyślność i ignorancja wszystkich wokół. Zadziwia tym bardziej, że (prawie) wszyscy mają telewizory, a w tych (prawie) wszystkich telewizorach o powstaniu rypią od dłuższego czasu niemalże nieustannie. I nie umiem zaakceptować tłumaczenia (ja, prawie-specjalistka od tłumaczeń!), że "ale to nie Warszawa". Ale syreny wyją. Ale siedemdziesiąt lat temu oni też specjalnie nie mieli wyboru, jak im w deszczu krzyknęli, że powstanie. Ale minuta cię nie zbawi, nawet jeśli już jesteś spóźniony, co jest i tak prawdopodobnie wynikiem twojego lekceważącego stosunku do czasu innych ludzi. Ale skoro i tak jesteś na tej pieprzonej ulicy i upominasz tego pieprzonego bachora, i wleczecie się w jakimś pieprzonym tłumie, to równie dobrze możesz na chwilę się zatrzymać. Bo skoro nikt inny tego nie robi, to nie znaczy, że ty nie możesz.
Jak zatrzymałyśmy się z Anią, to spokojnym, spacerowym krokiem podeszła do nas kobieta i zaczęła wypytywać, jak najlepiej trafić na pewną ulicę. Żadne: "przepraszam, dlaczego syreny wyją?" albo: "przepraszam, dlaczego panie stoją?". Po prostu, zwyczajne, niewinne: "przepraszam, jak dojść na...". Spojrzałam na nią i w jednej sekundzie doszło do mnie z całą mocą, że mam ochotę poważnie ją uszkodzić, bo moja tolerancja spadła do minus trzydziestu. No i co mam zrobić? Co mam zrobić, gdy w głowie mi przelatują obrazki Warszawy i gdy sobie myślę, jak tam wszystko zamarło, i dziś, i pewnie siedemdziesiąt lat temu, i gdy myślę o tych dziewczynach i chłopakach w moich wieku, którzy tam mogli zginąć w każdej sekundzie, ale tego dnia może jakaś cząstka nich się ucieszyła, że utopijna wolność może być rzeczywistością? Co mogę zrobić? Wiem, czego nie mogę. Nie mogę się ruszyć, bo nogi nie posłuchają, nie pozwoli im serce i rozum - sama nie wiem, które bardziej. Więc stoję jak słup, mam to wszystko w głowie, słyszę ten ryk i słyszę też swój własny głos, który rzeczowo wyjaśnia, jak się poruszać po mieście, i sama nie wierzę, że słyszę te dwa dźwięki na raz, te przeraźliwe syreny i ten ton, tę barwę, które gdzieś w moim gardle mieszkają, te słowa, które układają się w spójne zdanie: "musi pani iść...". Za dobrze mnie wychowali. Znów zwalam na to całą winę, cały mój brak charakteru.
Nigdy się nie uważałam za patriotkę. Nie zawsze stoję, gdy grają hymn, który notabene raczej mnie nie wzrusza. Nie uważam, aby pan Kupisz projektując swoje koszulki z orzełkiem zrobił rzecz straszną i karygodną. Ale gdy patrzę na Warszawę, która autentycznie zamiera, to przechodzą mnie ciary. I gdy myślę o moich dziadkach, którzy mieli wtedy zaledwie po kilka lat, i "gdyby tylko", to coś mnie ściska. I gdy po raz pierwszy słuchałam "Powstania Warszawskiego" Lao Che, to uświadomiłam sobie, że to lepsze niż niejedna lekcja historii. W takich momentach mam wrażenie, że nie mogłabym być kimkolwiek innym, że to moje "polska", gdy pytają o narodowość, jest jak najbardziej na miejscu...
Cóż poradzić. Idiotom nie przetłumaczę, a marzenia o wygranej z ignorancją porzuciłam w wieku lat mniej więcej dwunastu. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie można żyć przeszłością. Ale dzięki przeszłości mamy teraźniejszość, więc całkowite o niej zapomnienie nie jest chyba najmądrzejszym pomysłem. A i tak przecież wyjdzie na to, że się mądrzę. Jak zwykle.
Więc ja nadal się będę zatrzymywać "po prostu o piątej" w pierwszy dzień sierpnia, a wy lećcie na złamanie karku, a co wam tam.