Ja na literackich, a na świecie najważniejsze i najsmutniejsze - nie ma Różewicza. Klikam, czytam i nie wierzę. Więc nie ma pana który pamiętał niegrzecznych chłopców pociągających dziewczynki za warkoczyki. Więc nie ma pana który widział furgony porąbanych ludzi. Więc nie ma pana, który listy pisał nawet do ludożerców. Chciałabym umieć powiedzieć, że starsi ustępują miejsca młodszym, ale gdzie ci młodsi, dlaczego ich tak mało, dlaczego oni tak krzyczą i tak się miotają? I dlaczego nikt już nie przerwie "Białych groszków" w najważniejszym momencie?
Znów się zastanawiałam nad sensem "mieć" i "być", tym razem po francusku (choć i tak mój przekorny mózg nie chciał myśleć w tym języku i uparcie wracał do ojczystego). "Nie można ciągle używać tych słów, już nawet dzieci o tym wiedzą". Naprawdę? A one nie są najważniejsze?
Można przecież mieć wszystkie nogi, ręce, oczy i uszy, Anię i mamę, przecudownych dziadków, nowe mieszkanie, wielkie nadzieje, skłonności do tycia, dobry humor, tendencję do słowotoku, szósty zmysł, szczęście i pecha, wciąż tak mało lat, wiarę w dobro i piękno, kilka płyt i książek, rację, trochę zapisanych zeszytów i pamiątek z podróży.
Można przecież być melancholikiem, względnie dobrym człowiekiem, roztrzepanym, miłośnikiem gór i starych filmów, smutnym i wesołym, pomocnym, wędrującym samotnikiem, nie w humorze, wciąż nie tam, gdzie by się chciało, czytaczem, amatorem taniego wina, nadwrażliwym, optymistycznym realistą, zapatrzonym w mistrzów pióra, słowa i obiektywu...
Jak mogłabym nie (nad)używać tych słów, skoro to właśnie one mówią o mnie wszystko? Chyba już nie zrozumiem francuskiego tak dobrze, jak go rozumiałam kiedyś. Chyba już nie chcę go tak zrozumieć.
Tak, literatury nie trzeba wymyślać - choć gdybym opisała ostatnie półtora roku, to pewnie sama sobie bym nie uwierzyła. Ale jeśli nie trzeba wierzyć, żeby czytać - to przecież wszystko jest w porządku.